Reklama

Reklama

Zaskakująca decyzja ws. prezydent Brazylii

Ku ogólnemu zaskoczeniu p.o. przewodniczącego izby niższej brazylijskiego parlamentu Waldir Maranhao w poniedziałek anulował głosowanie z 17 kwietnia, w którym deputowani poparli impeachment dla prezydent Dilmy Rousseff. Skutki tej decyzji nie są jasne.

Senat miał w środę głosować, czy formalnie rozpocząć proces usuwania szefowej państwa z urzędu, i oczekiwano, że głosowanie to doprowadzi do natychmiastowego zawieszenia Rousseff w funkcjach i przejęcia władzy przez wiceprezydenta Michela Temera. W związku z poniedziałkową decyzją nie wiadomo, czy dojdzie do tego głosowania i czy sprawa nie wróci do izby niższej, co odroczyłoby początek procesu na wiele dni lub tygodni.

17 kwietnia deputowani zdecydowaną większością głosów (367 na 513) poparli procedurę impeachmentu Rousseff. Ostatnie zdanie w tej sprawie należy do Senatu.

Reklama

W nocie, którą w poniedziałek rozdano dziennikarzom, Maranhao ocenił, że kwietniowe głosowanie w Izbie Deputowanych stanowiło "wstępny osąd" lewicowej pani prezydent i "naruszyło jej prawo do pełnej obrony". "Anulowałem sesję plenarną Izby Deputowanych z 15, 16 i 17 kwietnia, aby w celu podjęcia obrad w tej sprawie zwołana została kolejna sesja" - oświadczył Maranhao.

Maranhao przyjął tym samym wniosek byłego ministra sprawiedliwości w rządzie Rousseff Jose Eduardo Cardozy. Sprawuje on urząd "generalnego adwokata państwa brazylijskiego" i pełni rolę obrońcy pani prezydent w parlamencie.

Według agencji AP argumentacja obecnego szefa niższej izby parlamentu nie była jasna. Niespodziewane oświadczenie wywołało burzliwą debatę na temat zgodności decyzji z prawem i jej możliwych skutków. Główne partie opozycyjne już zapowiedziały, że odwołają się od decyzji w Najwyższym Trybunale Federalnym. Lider Demokratów (DEM) Pauderney Avelino powiedział, że Maranhao nie ma prawa podejmować takiej decyzji, i nazwał go "osobą niezrównoważoną".

Według analityków rząd także może się odwołać, jeśli Senat zignoruje poniedziałkową decyzję i mimo to w środę przeprowadzi głosowanie.

Rousseff z ostrożnością zareagowała na poniedziałkowe doniesienia, sugerując, że nie do końca jest jasne, co się dzieje. "Przed nami ciężka walka" - dodała w stolicy kraju Brasilii.

Rousseff jest oskarżana o "zbrodnię nieodpowiedzialności", czemu sama pani prezydent zaprzecza, utrzymując, że trwa "parlamentarny zamach stanu".

Szefowej państwa zarzuca się "upiększanie danych" o stanie finansów państwa w latach 2014-2015 i łamanie reguł prawnych dysponowania majątkiem publicznym. Administracja pani prezydent miała to czynić m.in. w celu kontynuowania programów socjalnych rządu przy gwałtownie pogarszającej się koniunkturze gospodarczej. Próbowała utrzymać w ten sposób na poprzednim wysokim poziomie poparcie dla swego rządu.

Maranhao, dotychczasowy wiceszef Izby Deputowanych, w ubiegły czwartek stanął na jej czele, gdyż dotychczasowy przewodniczący Eduardo Cunha został zawieszony w funkcjach za utrudnianie śledztwa w sprawie korupcji w koncernie naftowym Petrobras. Poniedziałkowa decyzja jest pierwszą podjętą przed Maranhao po zastąpieniu Cunhi.

17 kwietnia Maranhao, deputowany Parti Pracujących (PT), który według AFP również jest podejrzewany o łapówkarstwo w państwowym gigancie, zagłosował przeciwko odsunięciu Rousseff od władzy, tłumacząc, że zrobił to "w obronie demokracji".

Jeśli w środę liczący 81 członków Senat zwykłą większością głosów zdecydowałby o rozpoczęciu procesu impeachmentu, Rousseff na 180 dni zostałaby odsunięta z urzędu. W tym czasie zastąpiłby ją jej obecny przeciwnik polityczny, wiceprezydent Temer.

Jeżeli ewentualny proces polityczny zakończy się odsunięciem obecnej prezydent od władzy, Temer będzie sprawował mandat szefa państwa do 1 stycznia 2019 roku, tj. do nowych wyborów. Jako lider centrowej Partii Demokratycznego Ruchu Brazylijskiego (PMDB) zerwał w marcu sojusz z obozem prezydenckim.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy