Ponad połowa ludzkości mieszka w miastach. Coraz więcej osób się do nich przeprowadza. W cyklu "Międzymiastowa" na łamach Interii Paulina Wilk przygląda się wielkim globalnym metropoliom i nieznanym miasteczkom. Mierzy puls codzienności, ogląda z bliska współczesne fenomeny i pyta o naszą zurbanizowaną przyszłość.
Mieszkania rozgrzane tak, że cała noc nie wystarcza, by ściany ostygły. Asfalt parzący łapy psów. Rzeki, w których jako dzieci pływaliśmy, dziś naszym dzieciom sięgają do łydek. W wieczornych wydaniach wiadomości obrazy suszy z kraju i ze świata. Oraz apokaliptyczne reportaże z Bordeaux czy Madrytu, wokół których szaleją niemożliwe do okiełznania pożary.
Wakacje na greckich wyspach kupujemy z dużą szansą na ewakuację pożarową w pakiecie all-inclusive. Oglądamy korki samochodów z rodzinami szukającymi ratunku. Łzy na tle domów zmienionych w zgliszcza. I nieopowiedziane cierpienie zwierząt ginących w ogniu.
One na ogół zostają same z konsekwencjami globalnego ocieplenia, które my powodujemy. Katastrofa już tu jest, choć jeszcze nie dotyczy wszystkich i na upartego można sobie mówić, że to wciąż tylko epizody. A jednak naukowcy nie pozostawiają wątpliwości: tak wygląda koniec świata, jaki znamy.
Nie jest spójnym, wspólnym krajobrazem, ale serią chaotycznych, trudnych do przewidzenia, gwałtownych zjawisk: tu nagła powódź i podtopienie, tam trąba powietrzna, jakiej najstarsi mieszkańcy nie pamiętają, gdzie indziej poziom wód tak niski, że usycha wielki dąb, który długo dumnie rósł na podwórzu.
W tramwajach duchota, kierownice w samochodach nagrzane, aż parzą. Żar bijący z betonu wypędza do centrów handlowych (rzadziej muzeów), bo tam zimniej. Kawiarnie i galerie zachęcają na swoich profilach online: "Mamy klimatyzację, przyjdź się ochłodzić!".
Nauczyliśmy się cenić pojedynczość, wciąż wykupujemy prywatne korytarze przez miejską codzienność, przestrzenie wspólne straciły na wartości
Zimny czubek własnego nosa
A przecież sytuacja w polskich miastach jest - dzięki naszemu umiarkowanemu klimatowi - wciąż niezła. W londyńskich parkach oficjalnie ogłoszona susza, zamiast zielonej trawy wypalone suche kępy. W metrze brytyjskiej stolicy nie ma czym oddychać, spadło ledwie 10 proc. średniego lipcowego deszczu.
Gdy w indyjskim Delhi termometry pokazują 43 stopnie Celsjusza, odczuwalna temperatura jest znacznie wyższa. Bo asfalt jest tam rozgrzany do 62 st. C. Tymczasem w indonezyjskiej Dżakarcie dzielnice zbudowane blisko wybrzeża stoją w wodzie, która przelewa się przez betonowe zapory.
Poziom oceanów i ich temperatury rosną - nie gdzieś hen, ale u progu domów w najludniejszym mieście świata. Naukowcy prowadzą walkę z czasem i pracują nad nową szczepionką na dengę, która sieje cierpienie i grozi gorączką krwotoczną w coraz to nowych miejscach, bo przenoszącym ją komarom wystarczy odrobina stojącej wody.
Obrazy i dowody kryzysu naszych czasów docierają codziennie - z daleka i z własnych doświadczeń.
A co my na to? Klimatyzatory i wiatraki dostępne na przecenach są hitem wakacyjnych sprzedaży w sklepach AGD. Instalujemy je w mieszkaniach, chłodzimy czubek własnego nosa obojętni na to, że urządzenia te wypluwają na zewnątrz (często na balkon sąsiadów) wydechy jeszcze gorętszego powietrza. Co nas chłodzi, innych (i całą Ziemię) silniej gotuje.
W samochodach zasuwamy szyby, włączamy klimatyzację i jedziemy śmiało. W środku chłodno, dookoła auta powietrze drży z gorąca, a i paliwa spala się więcej. Dotkliwie kosztowna z powodu trwającej w Zatoce Perskiej wojny benzyna i ropa nie odstraszają od tankowania. Co innego moglibyśmy zrobić?
Jeździmy, bo samochód stał się dla Polaków nieodzownym elementem życia, w kulturze indywidualizmu jest obowiązkowym akcesorium tych, którzy cenią wolność przemieszczania się. Na wsiach i w miasteczkach stał się koniecznością, bo transportu publicznego jak na lekarstwo albo wcale. No i samochód pozostaje oznaką statusu, z której nie jesteśmy gotowi rezygnować. Te elektryczne nie są wiele bardziej ekologiczne, ich baterie to potężny ładunek toksyn, a i działają na prąd pozyskiwany wciąż, co najmniej częściowo, z paliw kopalnych.
Prysznic w wodzie dobrej jak mineralna
Nawet w dużym mieście, gdzie opcji poruszania się jest wiele i gdzie korzystanie z roweru albo sarkastycznie określanego "zbiorkomem" transportu publicznego powinno być pierwszym odruchem samoobrony przed dalszym ocieplaniem, samochodów jest wciąż dużo za dużo. Dobrze, że są coraz liczniejsi rowerzyści, ale tanie przejazdy z aplikacjami stały się nową normą dla tych, którym autobusem nie po drodze i nie w smak.
Nauczyliśmy się cenić pojedynczość, wciąż wykupujemy prywatne korytarze przez miejską codzienność, przestrzenie wspólne straciły na wartości. Wyżej cenimy prywatny ogródek niż miejski park. I zbyt rzadko mówimy w superlatywach o transporcie publicznym jako ważnym prawie, a także najlepszej (dla zdrowia ludzi i klimatu) formie codziennych podróży.
Z wodą jest podobnie. Kupujemy ją w plastikowych opakowaniach i dużych ilościach (zużywamy około 4,5 mld litrów rocznie w całym kraju), mimo że wiele polskich miast i miejscowości oferuje bezcenny skarb - zdatną do picia wodę z kranu. Hydrolodzy mówią, że wielu Polaków bierze codzienny prysznic w wodzie tej samej jakości co ta, za którą płacimy w butelkach.
W Kalkucie czy Sztokholmie w kawiarniach i restauracjach wita gości darmowa woda z kranu. U nas rząd wycofał się (póki co) z legislacji zapewniającej pół litra wody z kranu dla każdego klienta gastronomii. Zyski producentów pozostają ważniejsze. Szkoda, bo filtrowana woda na restauracyjnych stołach byłaby dobrą lekcją doceniania zasobu, który jest nasz wspólny, należy się nam i nie musi być monetyzowany.
Czego wolimy nie wiedzieć
Zmiany klimatyczne i ich coraz poważniejsze konsekwencje są zjawiskiem dotykających nas zbiorowo, problemem ponadgranicznym, wymagają skoordynowanych odpowiedzi i współpracy, a także troski nie tylko o siebie i własny komfort. A z tym ostatnim bardzo trudno się rozstawać. Każdy właściciel ogródka chce podlewać swoje grządki. Każdy lubi wskoczyć do samochodu i pojechać, dokąd fantazja poniesie. Albo włączyć klimatyzator, gdy upalne powietrze nie daje spać.
Tyle że indywidualne wymiary dobrego życia i wygody są właśnie tym, co wyłącza możliwość współpracy w obliczu problemu gigantycznej skali. Myśląc o sobie, o prywatnych sposobach walki z upałem, robimy coś więcej - pogarszamy sprawę. Nie tylko chronimy bliskich, ale szkodzimy ogółowi. I to jest perspektywa tak niewygodna, że nie chcemy jej przyjmować. Ani o niej rozmawiać.
Argument o indywidualnej odpowiedzialności każdej i każdego z nas za świat, w którym żyjemy, łatwo dziś obalić. Wiadomo przecież, że moje zakręcanie wody w kranie podczas mycia zębów ma się nijak do tego, ile wody każdego dnia zużywają koncerny naftowe.
Zawsze można powiedzieć, że światu potrzebne są pilne zmiany systemowe, a nie obciążanie jednostek poczuciem nieproporcjonalnej odpowiedzialności. I taki argument jest bez wątpienia zasadny. Tyle że bez zmiany w myśleniu i działaniu każdego z nas zmiana instytucjonalna i systemowa nie nastąpi.
Bez naszej współpracy i presji wywieranej na przykład na władze miast, by zazieleniały tereny zamiast lać beton, sadziły drzewa i chroniły bagniska, zamiast robić miejsce patodeweloperskim inwestycjom, wygrywać będzie interes tych, którzy silniej lobbują i więcej płacą.
Potrzebny jest opór i zaangażowanie, wysiłek dla dobra przekraczającego próg naszego mieszkania. Wspólnego środowiska życia musimy bronić razem, ale od 1989 r. ćwiczymy głównie prywatne i odpłatne kontakty z otoczeniem, a wiele obszarów współdziałania zamieniliśmy na indywidualne transakcje. Wyszliśmy z wprawy wspólnego działania. Komu dziś sąsiad pomaga naprawić kran? Prędzej wezwiemy hydraulika z drugiego końca miasta, bo o technicznych talentach sąsiada nawet nie wiemy. Znamy się tylko na "dzień dobry".
Jak się zmusić i mniej szkodzić
Porozumienia międzynarodowe - przyjęty w Paryżu w 2015 r. pakt klimatyczny zobowiązujący kraje sygnatariuszy do ochrony klimatu i spowolnienia wzrostu temperatur - nie przetrwał dekady.
Donald Trump, entuzjasta paliw kopalnych i pomnażania swych zarobków za każdą cenę, zdewastował idee ponadnarodowej kooperacji. Z jego drugiej prezydentury nawet instytucje tak trwałe jak ONZ wyjdą poobijane i zdeprecjonowane.
Nie ma pewności, że uda się jeszcze odbudować ich autorytet i przekonanie, że chcemy, potrafimy porozumiewać się ponad różnicami, dążyć do poprawy życia na planecie. Obecny amerykański prezydent ze swym skrajnym egocentryzmem daje przyzwolenie dla dbania tylko o siebie. I ten przykład działa.
Korporacje już likwidują działy odpowiedzialne za ESG - zrównoważony rozwój, upadają regulacje zobowiązujące do mierzenia śladu węglowego czy wodnego. Mówiąc kolokwialnie: biznes na Zachodzie popuścił już pasek w spodniach o dwie dziurki, nie musi się starać, więc tego nie robi.
I z nami jest tak samo. Dopóki w naszym zbiorowym interesie - i na skutek naszej presji społecznej - nie pojawią się regulacje nakazujące powściągliwość i rozsądek w korzystaniu z zasobów i emitowaniu szkodliwych substancji, będziemy kierować się własnym rozumieniem dobra i wygody. Chciałoby się szukać ratunku w edukowaniu kolejnych pokoleń, ale przecież edukujemy je my - tu, teraz, w naszych domach i rodzinach, siłą przykładu i naszymi wyborami.
Żyjemy w miastach, które wciąż są obietnicą czegoś lepszego, baśnią o komforcie, szansach, rozwoju. Tymczasem codziennymi zachowaniami zmieniamy je w sfery trudne dla przetrwania, nie chcemy słyszeć, że już jutro staną się piekłem na Ziemi. Złości nas, że pod blokiem chodzą dziki i posilają się w śmietnikach. Domagamy się, żeby ktoś coś z tym wszystkim zrobił. Tyle że tego kogoś nie ma i nie będzie. Jesteśmy tylko my.
Paulina Wilk






















