Spis treści:
- Widzowie specjalnej troski
- Noblistka na czarną godzinę
- Kierunek: Japonia
- Lekcje japońskiego w cieniu Buddy
- Klasztor jak pewna miska ryżu
- Sześcioletni mnisi na modłach o 5 rano
- Trzy karty menu
- W blasku stroboskopów
- Gen Z nie wchodzi do gry
Z kieszeni gościa, który usypia prawie na moim barku w samolocie z Rangun do Singapuru w trakcie lotu wysuwa się złota kolia z kamieniami wielkości pięciozłotówek. Tak sobie wyobrażam to, co skradziono w Luwrze.
Dzień wcześniej w buddyjskim klasztorze rozmawiam z sześcioletnimi mnichami. Wszystko co mają, to bordowa szata i tyci tyci szlaczek w księdze życia. Nic więcej. Jak nie masz co dziecku włożyć do gęby, to oddajesz je do klasztoru.
Widzowie specjalnej troski
W Mjanmie, która za czasów świetności była Birmą, zakończył się spektakl, który miał upudrować wizerunek tamtejszych władz. Wybory parlamentarne, otwiera się w nowym oknie. Pierwsze od przewrotu wojskowego pięć lat temu.
Na miejsce przyjechała niezbyt liczna widownia tzw. obserwatorów. Z Korei Północnej, Białorusi i Rosji. "Demokratyczny Zachód" postanowił zbojkotować zarówno reżysera wyborczej farsy jak i jej aktorów. Do Mjanmy udali się zagraniczni reporterzy, którym tym razem junta wydała akredytacje. Niechętnie to robi. Ale jak się nie ma francuskich, amerykańskich czy polskich niezależnych obserwatorów, to choć można sobie pstryknąć w komisji wyborczej zdjęcie z uśmiechniętym Francuzem czy Polakiem. Nawet jak oni tego nie chcą. Takie frycowe za możliwość posiedzenia trochę w kulisach i pooglądania jak łamanie prawa można ukryć uśmiechem. Jak pudruje się polityczne zabójstwa.
A wybory? Zwyciężyli ci, co mieli zwyciężyć (choć głosy będą oficjalnie liczone jeszcze przez miesiąc).
Mały zafoliowany świstek akredytacji na piersi sprawia, że trochę mniej boisz się gości z kałachami w rękach. Wszyscy uczestniczymy przecież w spektaklu. Ja udaję, że się ich boję mniej niż zazwyczaj. Oni więcej niż zazwyczaj się pouśmiechają. Dziś jestem widzem "specjalnej troski".

Noblistka na czarną godzinę
Pokojowy Nobel może tak wiele pomóc co i zaszkodzić. Nagradzani nim ludzie, już z historią walki o wartości, stają się symbolami. Wolności, niezależności, prawdy i pokoju. To wartości, którymi brzydzą się reżimy.
Od dwóch lat nie ma żadnych wiarygodnych informacji o losie birmańskiej żelaznej damy, laureatki Pokojowej Nagrody Nobla Aung Saan Suu Kyi. Po przewrocie wojskowym w Mjanmie od pięciu lat ponownie więziona. Teraz już 80-letnia. Główny zakładnik junty wojskowej. Dla reżimu o wiele więcej warta żywa niż martwa. Lokata na czarną godzinę.
Pamiętając o jej tragedii, nie można zapomnieć jednak o czarnej plamie na jej życiorysie, jakim był dramat mniejszości Rohindża. Będąc u władzy, nie powstrzymała czystek etnicznych. To skaza, która łączy ją z wojskową juntą. Zarówno laureatka pokojowego Nobla jak i obecne władze utrzymują, że w Birmie czystek etnicznych nie było. Milion rdzennych mieszkańców Birmy chciano jednak wymazać z pamięci. Wypchnięto ich poza granice kraju. Jako bezpaństwowcy koczują w Bangladeszu.
Kierunek: Japonia
W powyborczy poniedziałek w Mjanmie Aung Saan Suu Kyi patrzy na mnie zza tych krat. Tym samym wzrokiem, który znamy od dziesięcioleci.
Oboje toniemy w kurzu Rangunu. Między nami biegają szczury. Ja jestem bardziej zaskoczony jej widokiem, niż ona moim. Noblistka z kwiatem we włosach to w Mjanmie temat tabu. To wygrana w poprzednich wyborach parlamentarnych strąciła Suu Kyi po raz kolejny w otchłań więzienia i politycznego niebytu. Wojskowi przejęli władzę, zanim noblistka zdążyła się z nimi rozprawić.
Aung Saan Suu Kyi spogląda na mnie w centrum Rangunu z poziomu chodnika. Z okładki książki "Zakładnik Idealny", chyłkiem wyniesionej z tajnego schowka w dziurze po bankomacie. Książki z noblistką, do tego po angielsku czy niemiecku, to gratka dla żądnych dreszczyku emocji zagranicznych turystów. Bukiniści z Rangunu nie do końca wiedzą, czy są nielegalne czy nie. Kolbą z karabinu na pewno można oberwać za sprzedaż jej książek po birmańsku. Tych nie mają.

Ale to nie są najbardziej poszukiwane książki w Rangun. W tej kategorii przewodzą podręczniki do japońskiego. Bo z Mjanmy ucieka ten kto może.
Japończycy młodym Birmańczykom dają stypendia. Uczą, jak opiekować się starszymi. Podporą starzejącego się japońskiego społeczeństwa mają być właśnie młodzi ludzie z Birmy.
Lekcje japońskiego w cieniu Buddy
- Co panią boli? - w krzakach pod świątynią Buddy w Rangun po japońsku powtarza Sara. W piękną młodą Birmankę wpatruje się jej chłopak. Patrzy na nią tak, jakby oczami w pamięci wykuwał marmurowy posąg dziewczyny, której długo nie zobaczy.
Sara dostała stypendium w Japonii. Mjanmy i ukochanego może nie zobaczyć nawet przez dwa lata. Ale taka jest siła młodzieńczych miłości, którym niestraszna odległość, czas, a nawet krwawe reżimy. Przynajmniej teraz im się tak wydaje.
Klasztor jak pewna miska ryżu
W pobliżu jednego z klasztorów buddyjskich w Rangun mnisi mają swoje cele w domach z czasów kolonialnych. Po półgodzinnej rozmowie 17-letni Sin przyzna, że mnichem to on jest dopiero od czterech lat. I nie wezwał go Budda. Uciekał z terenów objętych wojną domową.
Uważa, że ma szczęście, bo teraz w klasztorze ma co jeść, dach nad głową i względny spokój. Opiekuje się współbraćmi z celi. - Ten najmniejszy ma siedem lat. - mówi Interii.
Czy we wzroku siedmiolatka można odnaleźć spokój i mądrość Buddy? Mówię do Sina, że tym jego siedmioletnim "współbraciom" w mnisich szatach nie mam odwagi zadać pytania o rodziców. Ty mi powiedz, czy mają rodziny. - Mają. - mówi Sin. Tak biedne, że oddają kilkuletnie dzieci na wychowanie do mnichów.
Sześcioletni mnisi na modłach o 5 rano
Bose, umorusane smarkacze wstają o 5 rano na godzinne modły. Na których zdarza im się przysnąć. Potem jeszcze trzykrotnie w trakcie dnia. Prócz nauk Buddy, tak jak inne dzieci lubią: poharatać w gałę, cukierki i telefon.
Ten dzieci z klasztoru widzą raz w tygodniu na godzinę. - Przyzwyczajają się do takiego życia - mówi Interii Sin.
Gdyby skończyła się wojna domowa, to czy 17-letni mnich wróci do "cywila" sadzić ryż na wsi? Chciałbym - szepcze Max, który nie zapomniał, jak wyglądało jego życie przed przywdzianiem koloru purpury.
Kiedy Sin i jego siedmioletni podopieczni kładą się spać na twardych bambusowych matach jednego z klasztorów w Rangun, przekrwione oczy otwiera miasto. Tylko czego można spodziewać się po życiu nocnym miasta, w którym co rusz są przerwy w dostawach prądu. Wydawało mi się, że niewiele. Nic bardziej mylnego.
Trzy karty menu
Przed jednym z nocnych klubów w Rangun stoją już luksusowe auta. Widok limuzyn między słupami wysokiego napięcia, z których "po azjatycku" zwisają we wszystkie strony przewody, potęguje wrażenie nierealności. Bilet, opaska na rękę. Mikrofon muszę zostawić, ale telefon - telefon można wziąć. Jak się zamówi zestaw z "trzeciego" menu, najhigieniczniej użyć będzie własnego telefonu - tłumaczy mi Nyan, który będzie dziś moim przewodnikiem. O "trzecim zestawie" za chwilę.
Limuzyny przed klubem to przedsmak świata laserów i stroboskopów, które przypominają kluby techno Berlina i Dubaju. Jest tuż po północy. Klub działa od mniej więcej godziny. Nie przeszkadza to już kilku osobom być niesionym na plecach innych. Dziewczynom z nieobecnym wzrokiem leżeć na czerwonych pluszowych sofach.
Zanim dojdziemy do naszego stolika mijamy kilkanaście innych. Przy każdym z nich młodzi ludzie. Na każdym z nich telefon. Na telefonie mniej lub bardziej równe kreski białego proszku. To najcięższa kategoria wagowa najbardziej uzależniających środków. Dziewczyny leżące na sofach są już w stanie zombie.
W klubach funkcjonują trzy "karty" - dań, drinków i nielegalnych substancji. W Birmie są plagą.
W blasku stroboskopów
Nie ma zażywania cichaczem w toalecie, czy gdzieś za rogiem. Wszystko odbywa się w świetle stroboskopów i laserów, między stolikami krąży ochrona. Na niektórych stolikach swój towar prezentują dilerzy. Za chwilę do stolika podejdzie sprzedawca czarnych okularów i hotelowych klapek. Okulary przeciwsłoneczne w klubie mają zapobiegać jeszcze większemu przekrwieniu oczu. Hotelowe klapki na pewno będą wygodniejsze dla dziewczyn poległych na czerwonych sofach.
Wygodniejsze od fejkowych Louboutinów o podeszwie czerwonej jak krew. Bo czerwień podeszw czasem maskuje czerwień krwi.
Do Nyan, który w takie miejsca chodzi wyłącznie z ciekawymi nocnego życia Rangunu przybyszami z zagranicy podchodzi młody chłopak. Okaże się, że to jego przyjaciel ze szkolnej ławki. Ma 30-kilka lat. Z zawodu jest architektem. Do Rangun wrócił "na chwilę".
Nyan zna jego historię. W bogatszych państwach ościennych pracuje jako "chłopak do towarzystwa". W jego oczach widać dumę przełamaną rowem mariańskim smutku. To oczy nieobecne. Przećpane. Przedstawia się jako architekt. Nyan powie mi prawdę kilka chwil później. Jego przyjaciel widział w życiu wiele śmierci. Większości członków swojej rodziny. Mnie o tym nie opowie, ale Nyan jest pewien, że jego przyjaciel Nay nie ma już nikogo bliskiego. - Ponoć z całej rodziny uratował się tylko on - mówi Interii.
Pytałem go kilka lat temu, czy nie mógłby poznać kogoś, z kim się jednak ustatkuje. On jest wykształcony, dobrze wygląda. Powiedział mi coś, co zostanie ze mną na całe życie. Że nie jest w stanie przywiązać się i zaufać. Bo jeśli miałby po raz kolejny kogoś stracić, widzieć czyjąś śmierć, to woli natychmiast umrzeć.
Za chwilę wyjdziemy z klubu, tuż za wyniesioną z niego dziewczyną z czerwonymi jak krew fejkowymi Louboutinami.
Gen Z nie wchodzi do gry
Hoke wozi nas po mieście. Jak większość moich rozmówców nie uczestniczył w wyborach. - Ja nawet nie wiem, gdzie, na kogo i jak trzeba było głosować - mówi Interii. Ma 30 lat. Przed przewrotem wojskowym był sprzedawcą.
Od ostatnich dwóch lat jeździ "Grabem", czyli południowoazjatycką wersją Ubera. - Tylko tak jakoś mogę związać koniec z końcem. Z miesiąca na miesiąc wystarcza tylko na podstawowe potrzeby. Hoke nie ma dzieci. Kiedy pytam dlaczego - mówi mi coś, co wstrzymuje rozmowy w naszym aucie. - Nie mógłbym patrzeć, jak moja żona cierpi w trakcie porodu. To rozerwałoby mi serce.
Tak właśnie kochają Birmańczycy.

Na ulice pięć lat po przewrocie nikt nie myśli nawet wychodzić. Przyjeżdżając kolejny raz do Birmy, nie widzę strachu. Lęk zamieniło poczucie bezsilności i coraz większej beznadziei.
Gen Z nie chce robić w Birmie rewolucji. Chce z niej uciec. Pchać przed sobą japońskich staruszków, ewentualnie wzdychać do Buddy w Rangunie lub żyć z dnia na dzień w wydmuszce miłości w czasach junty.
Birma była niegdyś najbogatszą brytyjską kolonią. Bogatą w surowce mineralne, kamienie szlachetne, ewidentnie szmuglowane przez siedzącego obok mnie w samolocie pasażera rejsu do Singapuru. Gdyby tylko Birma znów weszła na drogę demokracji, to arcystrateg Donald Trump byłby bardziej nią zainteresowany niż Grenlandią. Tu jest więcej pierwiastków ziem rzadkich.
Rangun to miejsce ogromnych kontrastów społecznych. Przed XVII-wiecznym ormiańskim kościołem ulicą jedzie Rolls-Royce Phantom w kolorze kości słoniowej. Wśród tego kurzu, upału, gołębi i ich odchodów, z wewnątrz innej wydmuszki patrzy na nas azjatycka nastolatka. Raczej Birmanka.
Więziona przez szofera. Przygląda się mi, szczurom, bukinistom i kościołowi tak, jakby ze środka "normalnego" świata oglądała gabinet osobliwości.
Z Rangun dla Interii Tomasz Sajewicz















