W Niemczech nie ma już dyskusji o tym, czy Abdul B. był znany służbom. Był. Pytanie brzmi dziś inaczej: jak to możliwe, że człowiek uznany za islamistycznego radykała i osobę wysokiego ryzyka mógł swobodnie poruszać się po Berlinie i przeprowadzić zamach?
Niemieckie służby uważnie obserwowały radykalizację 21-latka, rejestrowały rozpowszechnianie przez niego propagandy Państwa Islamskiego i wiedziały o próbach wyjazdu z kraju.
Abdul B. Znali go i wiedzieli, że może być niebezpieczny
Abdul B. był obywatelem Niemiec, dlatego nie można go było deportować. W maju 2025 roku służby udaremniły jego pierwszą próbę opuszczenia Niemiec. Kilka dni później Abdul B. spróbował ponownie i wyjechał z kraju.
Przez Turcję dotarł do Libanu i - według śledczych - próbował przedostać się do Syrii, aby przyłączyć się do Państwa Islamskiego. W lipcu został zatrzymany w Libanie. Tamtejszy sąd wojskowy skazał go na trzy miesiące więzienia, między innymi za podżeganie do konfliktów religijnych i wyznaniowych.
Po powrocie do Niemiec w listopadzie 2025 roku policja zatrzymała go już na lotnisku BER. Trafił do aresztu, a prokuratura oskarżyła go o przygotowanie ciężkiego przestępstwa zagrażającego bezpieczeństwu państwa.
W maju tego roku sąd skazał go na rok i 10 miesięcy pozbawienia wolności. Zastosował jednak prawo karne dla młodocianych.
W przypadku Abdula B. sąd zwrócił uwagę między innymi na brak wykształcenia zawodowego, mieszkanie z matką oraz zachowanie podczas procesu. Uznał, że występują u niego możliwe do nadrobienia zaległości w dojrzewaniu.
Nie była to zwykła kara w zawieszeniu. Sąd zastosował rozwiązanie nazywane w Niemczech "Vorbewährung". Abdul B. został skazany na bezwzględne więzienie, ale decyzję, czy kara zostanie ostatecznie wykonana, czy jednak zawieszona, odłożono na sześć miesięcy.
Jednocześnie uchylono nakaz aresztowania i Abdul B. wyszedł na wolność. Miał pozostawać pod nadzorem kuratora, uczestniczyć w rozmowach doradczych oraz programie deradykalizacyjnym. Sąd uwzględnił dziewięć miesięcy spędzonych wcześniej w więzieniach w Libanie i Niemczech, częściowe przyznanie się do winy oraz deklarowane odcięcie się od Państwa Islamskiego.
Sąd nie wystawił mu jednak pozytywnej prognozy. Uznał, że nie można jeszcze zakładać, iż samo skazanie wystarczy, aby powstrzymać go przed kolejnymi przestępstwami. Następne sześć miesięcy miało dopiero pokazać, czy podporządkuje się nałożonym warunkom. Wyrok nie był prawomocny. Prokuratura domagała się surowszej kary, której nie można byłoby zawiesić, oraz pozostawienia mężczyzny w areszcie.
W styczniu LKA, czyli krajowa policja kryminalna Berlina, oficjalnie uznała Abdula B. za tzw. Gefährdera. Tak niemiecka policja określa osoby, którym przypisuje zdolność do przeprowadzenia poważnego przestępstwa motywowanego politycznie, w tym zamachu. Sam ten status nie jest jednak wyrokiem ani automatyczną podstawą do pozbawienia człowieka wolności.
Jego przypadek kilka razy omawiano we Wspólnym Centrum Zwalczania Terroryzmu. Jeszcze przed wyjściem mężczyzny z aresztu specjaliści oceniali, że istnieje poważne ryzyko kolejnej próby wyjazdu do dżihadystów albo przeprowadzenia przez niego ataku.
Ta informacja nie trafiła jednak do składu orzekającego Sądu Rejonowego Tiergarten, który decydował o dalszym aresztowaniu Abdula B. Przekazywanie podobnych ocen między centrum antyterrorystycznym a sądem nie było przewidziane. Służby uznawały więc mężczyznę za niebezpiecznego, ale sąd nie otrzymał pełnego obrazu zagrożenia.
Kamera, która na nic się nie zdała
Po zwolnieniu Abdul B. był intensywnie obserwowany. Kontrolowano jego telefon i aktywność w internecie, śledziły go zespoły operacyjne, a przed domem zamontowano kamerę. Po około 10 dniach bezpośrednią obserwację jednak ograniczono. Mężczyzna zachowywał się spokojnie, służby nie dostrzegły oznak przygotowywania ataku, a policja miała ograniczone zasoby.
Kamery nie obserwowano na żywo. Funkcjonariusze sprawdzali nagrania dopiero po 24 godzinach. Mogli więc odtworzyć, kiedy Abdul B. opuścił dom i w którą stronę się udał, ale nie byli w stanie natychmiast za nim ruszyć.
To zasadnicza różnica. Podczas obserwacji prowadzonej na żywo policjanci mogą w ciągu kilku sekund rozpocząć pościg, przekazać informację patrolom albo podjąć decyzję o zatrzymaniu. Nagranie oglądane następnego dnia służy przede wszystkim do ustalenia tego, co już się wydarzyło.
Tymczasem system analityczny Federalnego Urzędu Kryminalnego RADAR-iTE umieścił Abdula B. w czerwonej kategorii. W praktyce była to czerwona kartka: system wskazywał na wysokie ryzyko związane z tym mężczyzną. Ocena nie uruchamiała jednak automatycznie całodobowej obserwacji ani nie dawała policji prawa do ponownego pozbawienia go wolności.
Na początku lipca służby zauważyły na nagraniu przedmiot przypominający pistolet, który Abdul B. miał za paskiem. 3 lipca policja przeszukała jego mieszkanie w Berlinie-Schönebergu w związku z podejrzeniem naruszenia prawa o broni. Znaleziono jednak tylko zabawkę, dlatego postępowanie umorzono.
Tragiczny dzień w Berlinie
W sobotę o godz. 20.58 kamera zarejestrowała, jak Abdul B. wychodzi z domu. Około godziny później biały samochód dostawczy wjechał w ludzi znajdujących się w berlińskim Tiergarten. Zginęła 65-letnia Polka, która przyjechała do Berlina razem z córką. Córka również została ranna, ale jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Łącznie obrażenia odniosło 29 osób.
Ze wspólnego dziennikarskiego śledztwa telewizji WDR i NDR oraz gazety "Süddeutsche Zeitung" wynika więc, że służby nie zignorowały zagrożenia. Wiedziały, kim jest Abdul B., i podejmowały wobec niego działania. Nie potrafiły jednak rozpoznać momentu, w którym zdecydował się przeprowadzić zamach.
W Berlinie wracają przez to wspomnienia zamachu na kiermasz bożonarodzeniowy z 2016 roku. Jego sprawca Anis Amri również był wcześniej znany policji i służbom jako islamistyczny radykał.
Był obserwowany i omawiany przez urzędy odpowiedzialne za bezpieczeństwo. Mimo to zdołał przeprowadzić atak. Późniejsze komisje śledcze wykazały błędy, problemy z wymianą informacji i brak koordynacji między instytucjami.

Dlaczego Abdul B. nie został zatrzymany żywy?
Drugie pytanie dotyczy policyjnej operacji w ogródkach działkowych w dzielnicy Spandau. Abdul B. został tam odnaleziony niespełna dobę po zamachu i zastrzelony przez funkcjonariuszy jednostki specjalnej.
Jego śmierć utrudni śledztwo. Nie będzie można bezpośrednio zapytać go o motyw, sposób przygotowania zamachu, ewentualnych pomocników i związki z innymi islamistami. Śledczy muszą teraz odtworzyć te informacje na podstawie telefonu, komputera, wiadomości, kontaktów oraz zeznań rodziny, znajomych i świadków. To może potrwać miesiącami.
Nie oznacza to jednak, że już dziś można zarzucić policjantom, iż powinni byli jedynie postrzelić podejrzanego. Według dotychczasowej wersji policji Abdul B. zaatakował funkcjonariuszy przedmiotem przypominającym broń kłującą. Wtedy funkcjonariusze SEK otworzyli ogień. Mężczyznę próbowano reanimować, ale zmarł na miejscu.
Nadal nie wiadomo, jaka odległość dzieliła go od policjantów, jak szybko się poruszał, ile strzałów oddano ani czy istniała realna możliwość użycia innych środków.
Funkcjonariusze podejmują takie decyzje w ciągu kilku sekund i przede wszystkim muszą powstrzymać bezpośrednie zagrożenie dla siebie oraz innych osób.
Dlatego ocena, czy użycie broni było konieczne i proporcjonalne, wymaga osobnego wyjaśnienia.
Śledczy muszą również ustalić pełny motyw ataku. Dotychczasowe informacje wskazują na islamistyczne tło, ale nie odpowiadają jeszcze na pytanie, czy Abdul B. działał całkowicie sam, czy pozostawał w kontakcie z innymi osobami.
Część ekspertów zwraca uwagę, że kilka ciężkich ataków w Niemczech wydarzyło się w ostatnich latach krótko przed wyborami. Ewentualna próba wpływania na sytuację polityczną lub destabilizowania państwa jest więc jednym z kierunków, które śledczy mogą sprawdzać, a nie potwierdzonym wyjaśnieniem.
Niemcy po ataku. Merz i Dobrindt zapowiadają zmiany
Kanclerz Friedrich Merz przyznał, że państwo musi odpowiedzieć na pytanie, jak człowiek oceniany przez służby jako skrajnie niebezpieczny mógł bez przeszkód znaleźć się w pobliżu masowej imprezy. Zapowiedział ograniczenie swobody poruszania się takich osób i zlecił ministrowi spraw wewnętrznych przygotowanie propozycji zmian.
Alexander Dobrindt przedstawił trzy główne rozwiązania:
- ograniczyć możliwość stosowania prawa karnego dla młodocianych wobec pełnoletnich osób uznawanych za ekstremistycznych Gefährderów,
- szersze używanie elektronicznych bransoletek,
- wprowadzenia jednolitych zasad prewencyjnego aresztu.
Takie zmiany nie mogą jednak wejść w życie od razu. Gefährder to policyjna ocena ryzyka, a nie osobna kategoria w prawie karnym. Dłuższe pozbawienie wolności osoby, która nie popełniła jeszcze kolejnego przestępstwa, wymagałoby bardzo precyzyjnych warunków, decyzji sądu i kontroli zgodności z konstytucją.
Do tego przepisy dotyczące prewencyjnego zatrzymania i elektronicznych bransoletek znajdują się przede wszystkim w ustawach policyjnych poszczególnych krajów związkowych. Dobrindt może domagać się wspólnych zasad, ale nie jest w stanie wprowadzić ich sam. Rząd federalny musi porozumieć się z władzami wszystkich 16 landów.
Pomysł ograniczenia prawa dla młodocianych krytykują niemieccy prawnicy karni. Spór zaczyna się również wewnątrz koalicji. Ministerstwo Sprawiedliwości kierowane przez Stefanie Hubig z SPD nie chce pospiesznie zmieniać prawa dla młodocianych. Resort zamierza najpierw poczekać na wyniki rozpoczętego wcześniej badania. Pierwsze wnioski mają być gotowe dopiero pod koniec 2027 roku.
Dziś BKA uznaje 410 osób za islamistycznych Gefährderów. Część z nich przebywa w więzieniach albo poza Niemcami. Pozostali muszą być oceniani i w różnym stopniu kontrolowani przez policję.
Policja nie jest w stanie inwigilować wszystkich radykałów
Całodobowa obserwacja jednej osoby nie oznacza jednego funkcjonariusza stojącego przed jej domem. Potrzebne są zmieniające się zespoły, osoby prowadzące obserwację i analizujące informacje oraz policjanci gotowi do natychmiastowej interwencji.
Każdego dnia wymaga to zaangażowania dwucyfrowej liczby funkcjonariuszy. Obserwowanie w ten sposób wszystkich podejrzanych przekracza możliwości kadrowe niemieckich służb.
Rząd podkreśla, że system nie jest całkowicie nieskuteczny. W ciągu ostatnich 10 lat niemieckim służbom udało się udaremnić prawie 30 islamistycznych zamachów. Nie można jednak automatycznie zamknąć wszystkich Gefährderów wyłącznie na podstawie policyjnej prognozy.
Niemcy. Czy imprezy masowe są bezpieczne?
Po zamachu pojawiło się również pytanie o ochronę niemieckich imprez masowych. Nie ma jednak podstaw do twierdzenia, że Abdul B. przełamał zabezpieczenia berlińskiego CSD.
Do ataku doszło około 400 metrów od chronionej trasy, w miejscu, przez które przechodzili uczestnicy opuszczający wydarzenie. Sprawca nie dostał się na trasę, ponieważ policja i służby bezpieczeństwa ją zabezpieczyły - podkreślił burmistrz Berlina Kai Wegner.
Nie da się jednak fizycznie odgrodzić wszystkich ulic, parkowych alejek i dróg prowadzących na wydarzenie. Przed kolejnymi paradami w niemieckich miastach policja ponownie analizuje trasy, drogi dojazdowe oraz miejsca, w których po zakończeniu imprez gromadzą się uczestnicy. Ochrona ma zostać wzmocniona, ale same wydarzenia nie będą odwoływane.
W telefonie Abdula B. odkryto nagranie
Po zamachu w Berlinie Niemcy muszą więc odpowiedzieć nie tylko na pytanie, czy potrzeba nowych przepisów. Najważniejsze jest ustalenie, dlaczego alarmująca ocena służb nie dotarła do sądu oraz czy po wyjściu Abdula B. na wolność istniejące prawo i posiadane informacje zostały wykorzystane we właściwy sposób.
Federalna prokuratura potwierdziła, że w telefonie Abdula B. znaleziono nagranie, na którym całkowicie zamaskowany mężczyzna przyznaje się do przeprowadzenia zamachu i deklaruje wierność Państwu Islamskiemu. Śledczy zakładają, że jest nim Abdul B.
Telefon zabezpieczono w samochodzie użytym podczas ataku. Jako pierwszy o odnalezieniu nagrania poinformował dziennik "Bild".
Z Berlina dla Interii Tomasz Lejman




















