Wiceprezydent USA zaskoczył w odpowiedzi na pytanie węgierskiej dziennikarki
Prorządowa węgierska dziennikarka próbowała uzyskać od amerykańskiego wiceprezydenta potwierdzenie tezy o zagrożeniu płynącym ze strony Ukrainy. I tu spotkał ją wyraźny zawód. J.D. Vance oznajmił, że nie ma żadnej wiedzy, jakoby prezydent Ukrainy groził Viktorowi Orbánowi. Nie milkną echa wizyty zastępcy Donalda Trumpa w Budapeszcie na cztery dni przed wyborami na Węgrzech.

W skrócie
- Wiceprezydent Stanów Zjednoczonych J.D. Vance odwiedził Viktora Orbána w Budapeszcie i wyraził polityczne wsparcie dla lidera Fideszu.
- J.D. Vance zadeklarował gotowość współpracy z każdym przyszłym rządem Węgier i krytycznie odniósł się do Unii Europejskiej w kontekście wpływania na wybory.
- Podczas wizyty ogłoszono zakup amerykańskiego LNG przez Węgry o wartości 600 mln dolarów, a kontrakt na dostawy amerykańskiej ropy uzgodniono na 500 tys. ton za pół miliarda dolarów.
- Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Wiceprezydent Stanów Zjednoczonych J.D. Vance odwiedził Viktora Orbána. Drugi najważniejszy polityk amerykańskiej administracji przyleciał do Budapesztu, by udzielić liderowi Fideszu politycznego wsparcia w wyjątkowo trudnym momencie kampanii. Kolejne sondaże opinii publicznej coraz wyraźniej sugerują bowiem, że nad Dunajem może dojść do zmiany władzy.
J.D. Vance zapewnił wprawdzie, że zwycięży Viktor Orbán, ale zarazem zadeklarował gotowość współpracy z każdym przyszłym rządem, ponieważ - jak stwierdził - "kocha Węgrów".
Warto zwrócić uwagę na gest Orbána, który towarzyszył tej wypowiedzi. Był to raczej odruch niepewności niż demonstracja pewności siebie.
Z całego dnia właśnie ta deklaracja może okazać się najważniejsza - i to nie tyle dla Fideszu, ile dla TISZY. Konferencję Vance'a i Orbána transmitowały wszystkie najważniejsze media, w tym rządowe, a także internetowe profile polityków partii rządzącej.
Oznacza to, że słowa o gotowości współpracy z każdym przyszłym zwycięzcą dotarły do bardzo szerokiego grona odbiorców - w tym zwolenników Fideszu.
J.D. Vance dał tego dnia coś obu stronom: Fidesz otrzymał publiczne wsparcie, ale TISZA - polityczne potwierdzenie, że ewentualna zmiana władzy nie oznacza międzynarodowej izolacji.
W odpowiedzi na słowa amerykańskiego wiceprezydenta Péter Magyar zapewnił, że przyszły rząd TISZY "będzie postrzegał Stany Zjednoczone jako kluczowego partnera, zarówno jako sojusznika w ramach NATO, jak i partnera gospodarczego. Z przyjemnością powitamy Prezydenta i Wiceprezydenta w Budapeszcie z okazji 70. rocznicy rewolucji węgierskiej z 1956 roku". A ta przypada już w październiku tego roku.
Wcześniej lider TISZY napisał w mediach społecznościowych:
Węgry - wybory 2026. Vance burzy narracje, Trump chwali Orbána
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden wątek. Prorządowa dziennikarka próbowała uzyskać od amerykańskiego wiceprezydenta potwierdzenie tezy o zagrożeniu płynącym ze strony Ukrainy. I tu spotkał ją wyraźny zawód.
J.D. Vance przyznał bowiem wprost, że nie ma żadnej wiedzy, jakoby prezydent Ukrainy groził Viktorowi Orbánowi czy próbował go zastraszać. Nie wsparł też rządowej wersji rzeczywistości w kwestii rzekomego wpływu Ukrainy na kampanię wyborczą na Węgrzech.
Stwierdził jedynie, że "nie wydaje mu się, żeby ta sprawa jakkolwiek negatywnie wpłynęła na Viktora (…)".
To o tyle istotne, że sam Fidesz od miesięcy buduje przekaz oparty właśnie na tezie o ukraińskim zaangażowaniu i zagrożeniu płynącym z Kijowa.
Wystąpienie Vance'a zwraca uwagę również z innego powodu: pytanie zadane przez dziennikarkę od początku było skonstruowane tak, by zasugerować analogię między sytuacją na Węgrzech a oskarżeniami o ukraińskie zaangażowanie w kampanię wyborczą w USA po stronie demokratów.
Innymi słowy, próbowano zbudować prostą paralelę: skoro Ukraina miała ingerować w amerykańską politykę, może robić to także nad Dunajem.
O ile więc o samym rzekomym ukraińskim zaangażowaniu Vance nie powiedział wiele, o tyle nie zabrakło z jego strony licznych krytycznych uwag pod adresem Unii Europejskiej, oskarżanej o próbę wpływania na wynik wyborów.
Powstał w ten sposób dość osobliwy obraz: amerykański wiceprezydent najpierw atakuje zewnętrzne ingerencje w demokratyczny proces, by po chwili otwarcie poprzeć Orbána.
Jeszcze bardziej wymowny był drugi element całego wydarzenia. W trakcie kolejnego wystąpienia Vance połączył się telefonicznie z Donaldem Trumpem.
W politycznych marzeniach Viktora Orbána to właśnie sam prezydent Stanów Zjednoczonych miał pojawić się w Budapeszcie - i to nie dopiero teraz, lecz już wcześniej, choćby podczas marcowej konferencji CPAC, gromadzącej środowiska konserwatywne.
Podczas obchodów Dnia Przyjaźni Węgiersko-Amerykańskiej Vance zadzwonił więc do Trumpa, który wypowiadał się o węgierskim premierze niemal wyłącznie w superlatywach. Jak przekazał, "bardzo lubi Orbána".
Wybory na Węgrzech. Podwójne standardy Vance'a
Przewrotne jest to, że wiceprezydent USA tak wiele mówi o wpływaniu na proces wyborczy na Węgrzech, określając go wręcz jako jeden z najgorszych przykładów zagranicznej ingerencji w kampanię wyborczą. O takie działania oskarża Unię Europejską.
Jednocześnie sam w ten sam proces wyborczy ingeruje w sposób całkowicie jednoznaczny. Z jednej strony zapewnia, że nie będzie mówił Węgrom, na kogo mają głosować, z drugiej zaś stwierdza wprost, że "musimy zrobić wszystko, by Viktor Orbán wygrał".
W tym kontekście warto przywołać sondaż pracowni Medián, opublikowany w dniu wizyty amerykańskiego wiceprezydenta.
Wśród wielu pytań zadanych respondentom znalazło się także to dotyczące obaw związanych z zewnętrznym wpływem na wybory. Wbrew antyukraińskiej obsesji rządu Węgrzy znacznie bardziej obawiają się wpływów Rosji (48 proc.) niż Ukrainy (26 proc.).
Ryzyko oddziaływania ze strony USA i Unii Europejskiej dostrzega niespełna co czwarty badany. Oczywiście rozkład tych obaw silnie wiąże się z preferencjami politycznymi.
Zwolennicy Fideszu wskazują przede wszystkim na zagrożenie ze strony Unii Europejskiej i Ukrainy, natomiast elektorat TISZY obawia się głównie Rosji i Stanów Zjednoczonych.
Wsparcie za pół miliarda
W wizycie amerykańskiego wiceprezydenta zdecydowanie warto szukać ukrytej transakcyjności. W polityce nic nie jest bowiem za darmo - nawet wtedy, gdy J.D. Vance przekonuje, że to Węgry powinny być wzorem polityki energetycznej.
Z mównicy stanowczo skrytykował przy tym "biurokratów w Brukseli", oskarżając unijne instytucje o ograniczanie suwerenności państw narodowych poprzez narzucanie wspólnej polityki i próby wymuszenia nagłej rezygnacji z rosyjskich surowców.
Paradoksem (kolejnym już podczas tej wizyty) jest jednak fakt, że to właśnie Amerykanie w największym stopniu próbują wpływać na decyzje Budapesztu dotyczące ich "suwerenności energetycznej", a więc rezygnacji z rosyjskiej ropy i gazu.
Przypomnijmy: jeszcze podczas jesiennej wizyty w Waszyngtonie Viktor Orbán niespodziewanie zobowiązał się do zakupów amerykańskiego LNG o wartości 600 mln dolarów. Stało się tak mimo lat konsekwentnego wmawiania Węgrom przez rząd Fideszu, że import tego węglowodoru zza oceanu jest całkowicie nieuzasadniony ekonomicznie.
Co prawda Węgry i Słowację tymczasowo wyłączono z amerykańskiego embarga na rosyjską ropę, ale zwolnienie to wygasa wraz z końcem tego roku.
Choć w ostatnich miesiącach obserwujemy amerykańskie sygnały o luzowaniu sankcji na rosyjskie surowce, to formalnie nikt dotąd granicznych dat nie przesunął.
W praktyce oznacza to, że do końca roku Węgry i tak powinny porzucić rosyjską ropę - i to wcale nie z powodu nacisków Brukseli, lecz właśnie w związku z reżimem sankcyjnym Waszyngtonu.
Jak wynika z medialnych doniesień, węgierski koncern MOL miał ostatecznie wyrazić zgodę na zakup amerykańskiej ropy. Wolumen dostaw ma wynieść 500 tys. ton, a ich wartość szacuje się na pół miliarda dolarów.
To pierwszy tak potężny kontrakt zawarty z partnerem z USA, stanowiący zarazem jeden z rzadkich w węgierskiej polityce przykładów faktycznej, a nie wyłącznie deklaratywnej dywersyfikacji źródeł energii.
Co jednak istotne, póki co próżno szukać jakiegokolwiek oficjalnego potwierdzenia tej transakcji w węgierskich mediach prorządowych czy choćby w depeszach państwowej agencji prasowej MTI.
Dominik Héjj


















