Węgiel wraca. Walka o redukcję CO2 na poważnie trwa tylko w Unii Europejskiej
Światowe szczyty klimatyczne przypominają coraz bardziej wydmuszkę, ponieważ dla największych mocarstw węgiel okazuje się bardzo ważnym paliwem. Chiny i Indie spalają go więcej i więcej, bo mają wielkie ambicje. USA, ponieważ mają wielki, energetyczny problem.

W skrócie
- Węgiel zyskuje na znaczeniu w Chinach, Indiach i USA mimo globalnych deklaracji klimatycznych.
- Kraje te zwiększają produkcję energii z węgla z powodu ekonomicznych ambicji i rosnącego zapotrzebowania na prąd.
- W Unii Europejskiej walka z węglem trwa, lecz reszta świata nie zamierza z niego rezygnować.
- Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Kiedyś to były szczyty. Jak choćby ten we wrześniu 2019 r. w Nowym Jorku. Dopłynęła na niego przez Atlantyk sama Greta Thunberg, zapewnionym jej przez możnych tego świata jachtem, który nie emitował nawet grama dwutlenku węgla. Albo Klimatyczny Szczyt Liderów zorganizowany przez Joe Bidena w kwietniu 2021 r. Wówczas prezydent Xi Jinping oświadczył: "Rygorystycznie ograniczymy wzrost zużycia węgla w okresie 14. planu pięcioletniego (w latach 2021-2025) i będziemy go obniżać w 15. planie pięcioletnim (2026-2030 r.)".
Szczyt w brazylijskim Belem nawet się do nich nie umywał. Choć przyleciało na niego odrzutowcami 56 tys. polityków, urzędników i aktywistów z całego świata (emitując po ok 150-200 gramów CO2 na osobę przez każdy kilometr lotu). Z ich zlotu i tak nic nie wynikło. Nie zmieniło tego nawet 800 delegatów z Chin, pomimo że nie przeszkadzał im klimatyczny reakcjonista Donald Trump. Ponieważ on żadnej delegacji nie wysłał.
Dla zachowania pozorów przyjęto jedynie zobowiązanie, że wszystkie kraje na świecie będą wydawać 1,3 biliona dolarów rocznie na "ratowanie klimatu", bez określenia na co ani jak. Wreszcie 21 listopada wszyscy rozlecieli się do domów, emitując po drodze tony CO2.
Szczyt "COP30 Amazonia" okazał się wydmuszką, ocierającą o parodię. Ale tak to jest w czasach, gdy Greta Thunberg zdradziła walkę o klimat na rzecz walki z Izraelem, a Xi Jinping rok po swoim oświadczeniu podpisał zgody na budowę prawie setki nowych elektrowni węglowych o łącznej mocy 106 gigawatów. Co było liczbą czterokrotnie większą niż pozwolenia wydane w 2021 r.
Gdyby zadać pytanie - czemu powszechnie deklarowana walka o redukcję emisji CO2 jedynie w Unii Europejskiej trwa na poważnie, zaś wszędzie indziej przypomina kabaretowe skecze, odpowiedź byłaby prozaiczna. Mianowicie - kiedy spala się tonę węgla, wówczas do atmosfery zostaje wyrzucone ok 2,5 tony dwutlenku węgla. Tymczasem dla energetyki Chin, Indii oraz Stanów Zjednoczonych okazuje się on, w epoce walki o prymat ekonomiczny, niezbędnym paliwem. Zatem dopóki wyścig mocarstw trwa, a tanie zamienniki najstarszego z paliw kopalnych dopiero powstają, szczyty klimatyczne takie jak w Belem będą się odbywały po to, żeby możni tego świata mogli się dobrze zabawić. Acz już nie w towarzystwie Grety Thunberg.
Druga młodość węgla
Wedle raportu ze stycznia 2025 r. pt. "Quantifying the economy-wide employment effects of coal-fired power plants" w Chinach działa obecnie 1114 elektrowni węglowych o mocy 1133 GW. To pięć razy więcej niż moc wszystkich elektrowni w Niemczech (łączna ok. 250 GW).
Z kolei Indie posiadają obecnie ok. 190 czynnych elektrowni węglowych o łącznej mocy ok. 210 GW. W przypadku Stanów Zjednoczonych w 2011 r. było ich 203 o mocy ok. 200 GW. Jednak za sprawą ograniczania emisji CO2, wygaszano kolejne, redukując ich moc dostarczaną do sieci aż o 151 GW. Jeszcze rok temu Stany Zjednoczone podążały w tym samym kierunku co Unia Europejska, lecz ostatnio diametralnie się to zmieniło. Przyczyn drugiej młodości węgla jest sporo, acz można jej ująć w dwóch słowach: ambicje oraz strach.
Oto Państwo Środka ma ambicje stać się najpotężniejszym supermocarstwem globu, choć jednocześnie obawia się Stanów Zjednoczonych. Chcąc zrealizować swe cele musi zużywać coraz więcej energii elektrycznej. Tak już jest ze współczesną cywilizacją, że wszystko co: nowoczesne, wydajne i przyszłościowe zasilane jest prądem.
Raport chińskiej Narodowej Administracji Energetycznej (NAEA) mówi, iż zużycie energii elektrycznej w 2024 r. w Chinach wzrosło o 6,8 proc. (wyniosło ponad 9852 miliardów kWh). Ale to i tak daleko do rekordowego roku 2021 r., gdy skok w górę wyniósł aż 10.3 proc.
To z jego powodu Xi Jinping nakazał zbudować cztery razy więcej elektrowni węglowych niż rok wcześniej. Z powodu rozbudowy mocy produkcyjnych fabryk i centrów danych oraz przybywania aut elektrycznych zapotrzebowanie Chin na prąd każdego roku rośnie średnio o ok. 6-8 proc. Pekin zaś z żelazną konsekwencją trzyma się zasady, iż energia musi być powszechnie dostępna i tania. Tak aby chińskie produkty zawsze wygrywały konkurencję z zachodnimi. Tymczasem jedynym paliwem kopalnym powszechnie dostępnym w Chinach i tanim w wydobyciu jest węgiel.
Indyjskie marzenie
Chiny aby zaspokajać swój smoczy apetyt na prąd, na pierwszym miejscu stawiają efektywność. Tam, gdzie wychodzi tanio i jest to efektywne, pośpiesznie budują elektrownie wodne, farmy wiatrowe i upychają panele słoneczne. Zatem moc chińskiego OZE to już ok 1889 GW. Natomiast węgiel to stabilizator i polisa ubezpieczeniowa. Elektrownie węglowe buduje się dużo szybciej niż reaktory jądrowe i są o wiele tańsze od magazynów energii. Gdy w Państwie Środka ponadprzeciętnie wzrasta apetyt na prąd, proporcjonalnie do tego rośnie liczba nowych inwestycji w węgiel.
"Greenpeace poinformował, że Chiny zezwoliły na budowę 41,8 gigawatów (GW) nowych elektrowni węglowych w pierwszych trzech kwartałach 2025 roku" - doniosła agencja Reutera we wtorkowej depeszy. To najmniej od 2021 r. Zatem obecnie w ocenie Pekinu zapotrzebowanie na prąd nie wzrośnie w kraju gwałtownie i nowe elektrownie węglowe budować można z umiarem.
Nieco inaczej wygląda to w przypadku Indii, które wykazują ambicje, by gonić na niwie gospodarczej Chiny. Według doniesień portalu economictimes.indiatimes.com najludniejszy kraj globu każdego roku potrzebuje o 3-4 proc. więcej prądu. W 2025 r. zużyje 1694 miliardów kWh energii. Doganianie Chin idzie więc mało efektywnie i Indie potrzebują więcej taniej energii.
Zapewne dlatego - jak poinformował 7 października Reuters - "Indie planują zwiększyć swoją moc elektrowni węglowych o 46 proc. z obecnych 210 GW do 307 GW do 2035 r.". W przypadku Hindusów, odwrotnie niż Chińczyków, zachodni eksperci pozwalają sobie na krytykę takich planów. - Budowa odnawialnych źródeł energii z możliwością magazynowania jest w Indiach tańsza niż budowa nowych elektrowni węglowych - powiedział Alexander Hogveen Rutter, niezależny ekspert ds. energii. Hindusi uprzejmie wysłuchali i: "stany takie jak Madhya Pradesh, Tamil Nadu i Bihar powołały się w tym roku na opóźnienia w realizacji projektów dotyczących odnawialnych źródeł energii, decydując się jednocześnie na nowe projekty dotyczące elektrowni węglowych" - podsumowywała agencja.
Najciekawiej jednak sytuacja zmienia się w Stanach Zjednoczonych, ponieważ jeśli jakimś cudem największe kraje Unii Europejskiej wrócą na ścieżkę wzrostu gospodarczego i zawalczą o najnowocześniejsze branże, wówczas zderzą się z takimi samymi problemami.
Elektryzujący szok rozwojowy
Agencja EIA (U.S. Energy Information Administration) w swych raportach donosi, że po latach stagnacji od 2021 r. ceny energii elektrycznej w USA zaczęły rosnąć. Urosły już o 36 proc. i trend ten utrzyma się w 2026 r. Wówczas amerykańskie gospodarstwo domowe zapłaci statystycznie 17,7 centów za kilowatogodzinę energii. Na dziś to dwa razy mniej niż w Niemczech, ale USA nie są państwem opiekuńczym.
Według "Washington Post" jedynie w Nowym Jorku firma energetyczna Con Edison odcięła 111 tys. odbiorców od prądu, bo nie płacili rachunków. To cztery razy więcej niż rok wcześniej. "Kryzys rachunków za energię" szerzy się w Stanach. Gdy zajrzymy do raportu "Utility Bills Are Rising" (Rachunki za media rosną) przygotowanego przez Charlesa Hua dla Public Utilities Commissions (PUCs) przeczytamy: "Obecnie prawie 80 milionów Amerykanów zmaga się z opłacaniem rachunków, rezygnując z podstawowych wydatków, takich jak jedzenie, edukacja i opieka zdrowotna, aby móc utrzymać dostęp do prądu".
Tymczasem jesienią 2026 r. odbędą się w USA wybory, które wyłonioną pełny skład Izby Reprezentantów oraz jedną trzecią Senatu. Jak by nie patrzeć administracja Trumpa i republikanie poczuli właśnie energetyczny nóż na gardle. A poza wyborcami szczerze boją się też Chin i ich ambicji.
Zagadkę "kryzysu rachunkowego" dogłębnie wyjaśnia raport ITIF (Information Technology and Innovation Foundation) z 24 listopada 2025. "Zapotrzebowanie na energię elektryczną szybko rośnie i prawdopodobnie będzie się to utrzymywać. Centra danych wydają się być istotnym czynnikiem napędzającym wzrost" - informuje dokument. Przewidując, że do 2028 r. centra danych będą zużywać w USA od 6,7 do nawet 12 proc. energii elektrycznej. Pomimo, że: "Google właśnie ogłosiło, że koszt energii na zapytanie tekstowe spadł o 93 proc.".
Do tego dochodzi nacisk administracji Trumpa na reindustrializację. W USA oraz Europie, odkąd energochłonną produkcję zaczęto przenosić do Chin, zapotrzebowanie na prąd prawie nie rosło (w Niemczech w ciągu ostatniej dekady spadło o ok. 20 proc.). Można było spokojnie odłączać elektrownie konwencjonalne i jądrowe, przechodząc na OZE. Aż nagle nadeszła technologiczna rewolucja wraz z uświadomieniem sobie chińskich ambicji.
W efekcie od trzech lat Stany Zjednoczonych każdego roku potrzebują o 2 proc. więcej energii elektrycznej. Śmieszny w porównaniu z chińskim wzrost zaowocował kryzysem cen. Świadom zagrożenia Trump rozporządzeniem z 8 kwietnia nakazał Departamentowi Energii (DOE) blokowanie wygaszania elektrowni węglowych. We wrześniu DOE wygospodarował 625 mln dolarów na dotacje dla amerykańskich kopalń węgla. Pod koniec października dorzucił 100 mln na modernizację oraz ponowne przyłączenie do sieci sprawnych elektrowni węglowych. "Na szczęście prezydent Trump zakończył wojnę z amerykańskim węglem i przywraca rozsądną politykę energetyczną, stawiającą Amerykanów na pierwszym miejscu" - oświadczył przy tej okazji sekretarz energii USA Chris Wright.
Wszystko z powodu kalkulacji, że z reaktywowanych elektrowni da się wycisnąć jakieś 67 GW mocy, niezwykle potrzebnej w kolejnych latach. Powstrzymując tak wzrost cen oraz podtrzymując szansę na wygranie przez republikanów wyborów. A potem zawsze można zbudować nowe elektrownie zasilane węglem i jednocześnie znów wysłać delegacje na szczyty klimatyczne.
Andrzej Krajewski














