W skrócie
- Decyzje Waszyngtonu dotyczące współpracy wojskowej z Koreą Południową mogą skłonić ten kraj do rozważenia pozyskania własnej broni jądrowej.
- Eksperci wskazują, że potencjalna nuklearyzacja Korei Południowej może wywołać efekt domina w regionie Azji Wschodniej i tworzy strategiczne wyzwanie dla Chin.
- Artykuł porusza również temat analogicznych zmian polityki USA na Bliskim Wschodzie, które mogą mieć wpływ na regionalny ład atomowy.
- Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii, otwiera się w nowym oknie
Amerykanie co roku ćwiczą z sojusznikami z Korei Południowej. Jednak tegoroczne, trwające właśnie manewry Ulchi Freedom Shield zostały nagle ograniczone i zakończą się o tydzień wcześniej, bez treningu odpowiedzi na atak ze strony Korei Północnej.
Zapytany przez reporterów w Białym Domu, Donald Trump mówił o kosztach. Wspomniał, że Seul z niezadowoleniem przyjął jego żądanie 10 mld dolarów za wsparcie wojskowe USA. Chwalił się też pozytywnymi relacjami z Kim Dzong Unem.
Krytycy prezydenta od razu podnieśli, że to osłabienie wiarygodności USA jako sojusznika i pokazanie Chinom, że Waszyngton może "porzucić sojusznika" - oświadczył senator Jack Reed z Partii Demokratycznej. Jego kolega Mark Kelly dodaje, że "ograniczenie ćwiczeń tylko pomoże Korei Północnej".
Tymczasem Pentagon określa potencjał nuklearny Pjongjangu jako "egzystencjonalne zagrożenie" dla USA.

Co zatem robi Trump? Publicystycznych teorii jest wiele: chce zarobić na ochronie Korei Południowej, buduje środek nacisku na Seul, nie chce drażnić Korei Północnej, bo liczy na spotkanie z Kimem i negocjacje nuklearne. Są też głosy, że Trump mści się za brak wsparcia Koreańczyków w sprawie Iranu albo po prostu opowiada o oszczędnościach na użytek krajowej polityki w USA.
Jest jeszcze jedna teoria. Wynika z niej, że Trump świadomie lub nie, może stworzyć scenariusz chaosu w Azji Wschodniej, który uderzy przede wszystkim w Chiny.
Nuklearyzacja Korei Południowej
- Gdyby założyć, że w tym, co robi teraz prezydent Trump, jest jakaś głębsza myśl, to być może Amerykanie świadomie wpychają Koreę Południową na ścieżkę nuklearyzacji - mówi Interii prof. Rafał Kopeć, kierownik Katedry Myśli Strategicznej Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie.
Być może Amerykanie świadomie wpychają Koreę Południową na ścieżkę nuklearyzacji
To tylko jeden z możliwych wariantów. Natomiast jak wyjaśnia nasz rozmówca, chodzi o to, by Amerykanie zmniejszyli swoje zobowiązania wobec Seulu. Zobowiązania ryzykowne, bo zawsze grożące konfrontacją z Chinami i Koreą Północną. - W zamian Amerykanie daliby milczącą zgodę, by Korea Południowa weszła na ścieżkę prowadzącą do budowy broni nuklearnej - tłumaczy prof. Kopeć.
Po co? - To wywarłoby dodatkową presję na Chiny - mówi krótko profesor. Zanim wskażemy dlaczego, wyjaśnijmy, jak Korea Południowa może zdobyć najpotężniejszą broń.
USA zmieniają zdanie. Koreańczycy chcą broni
Co roku południowokoreański instytut Asan Institute for Policy Studies publikuje badania dotyczące polityki bezpieczeństwa. W 2026 poparcie społeczne dla pozyskania własnej broni jądrowej osiągnęło rekordowe 80 proc.
W Korei Południowej szerokim echem odbił się też lipcowy artykuł w "Korea Times". Emerytowany generał Chun In-bum zaproponował w nim, że kraj mógłby nabyć broń jądrową, która należałby do Seulu, ale byłaby zintegrowana z systemem odstraszania USA.
Co więcej, Seul miał już swoją nuklearną przygodę. Można powiedzieć, że historia zatoczyła koło.
- W 1969 roku, za czasów prezydenta Nixona, Amerykanie zredefiniowali politykę bezpieczeństwa wobec Azji - Japonii, Korei i Tajwanu, generalnie zmniejszając swoje zaangażowanie. Korea Południowa zareagowała wtedy właśnie tak, jak zakładamy, że może stać się teraz - wskazuje prof. Kopeć.

- Rozpoczęła aktywny, militarny program nuklearny. Prawdopodobnie w 1970 roku, ale niewiele publicznie wiadomo na ten temat. Natomiast w połowie lat 70. Amerykanie wywarli silną presję, by Koreańczycy porzucili ten pomysł i ograniczyli wycofywanie swoich sił z Półwyspu Koreańskiego. Wzmocnili wiarygodność i tak powstrzymali Koreańczyków przed nuklearyzacją. Teraz ta wiarygodność znów jest wystawiona na szwank - mówi rozmówca Interii.
Historia ta wiele mówi o zmienności amerykańskiej polityki. Prof. Kopeć zaznacza, że nawet gdyby Waszyngton zgodził się teraz na południowokoreańską bombę, na pewno spotka się to z oporem części amerykańskich polityków.
Od czasów Kennedy'ego w USA dominuje przekonanie, że im mniej państw nuklearnych na świecie, tym ten świat jest bezpieczniejszy. Ponadto nie wiadomo czy kolejna administracja nie zmieni zdania. Tak samo jak republikański Trump z ograniczeniem ćwiczeń albo Nixon ze zmniejszeniem amerykańskiego kontyngentu. Tym bardziej, że demokratyczny prezeydent Joe Biden jeszcze w 2023 roku obiecywał bronić Korei Południowej.
Zakładając jednak, że Seul zdecyduje się na pozyskanie broni jądrowej, warto sprawdzić czy to w ogóle realne.
Jak zbudować bombę atomową?
Jak podkreśla prof. Kopeć, Korea Południowa ma rozbudowany przemysł nuklearny. To 26 reaktorów jądrowych, z czego trzy to ciężkowodne reaktory CANDU. - Oparte na technologii kanadyjskiej są na tyle istotne, że skutkiem ich działania jest produkcja plutonu klasy wojskowej. Taka technologia, też pozyskana z Kanady, była podstawą indyjskiego programu nuklearnego - tłumaczy nasz rozmówca.
Korea Południowa buduje też okręty podwodne. O tradycyjnym napędzie, ale z pionowymi wyrzutniami dla pocisków balistycznych. Jak tłumaczy profesor, zazwyczaj się tak nie robi, bo stosunek kosztów do efektu jest "trudny do obrony". - To zdecydowanie przygotowanie do tego, żeby kiedyś na tych rakietach pojawiły się głowice nuklearne - mówi Interii.
Koreańczycy zbudowali też system zarządzania uzbrojeniem okrętów, kiedy są pod wodą. Rozbudowują też technologie kosmiczne i systemy artylerii naziemnej.

Natomiast mają problem z kontrolą cyklu paliwowego, czyli procesu przygotowania materiałów potrzebnych w ładunku wybuchowym. - Nie mają na przykład zdolności do wzbogacania uranu, przetwarzania paliwa nuklearnego - tłumaczy Kopeć.
Nie mają, bo dotychczas Stany Zjednoczone skutecznie blokowały pozyskanie takich zdolności.
To się jednak powoli zmienia. Korea Południowa zadeklarowała też budowę okrętów podwodnych z napędem tym razem atomowym. Wciąż istnieją kontrowersje, co do miejsca ich powstania, ale w 2025 roku Amerykanie zgodzili się na pozyskanie paliwa jądrowego i niezbędnych technologii. Kiedy Trump ogłosił ograniczenie ćwiczeń z Koreą Południową, Seul zapowiedział przyspieszenie prac nad nowymi jednostkami.
Wszystko to sprawia, że pozyskanie własnej broni jądrowej przez Koreańczyków staje się możliwe. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Strategiczny koszmar Chin
Po pierwsze, jeśli Seul pozyska najpotężniejszą broń, w regionie możliwy jest efekt domina. Kolejna w kolejce do pozyskania własnej bomby atomowej jest Japonia. Tokio ma nieco inną perspektywę, bo tam broń jądrowa, również ze względu na tragiczną historię kraju (Hiroszima i Nagasaki), pozostaje tematem tabu, choć coraz częściej pojawia się dyskusja na ten temat.
Natomiast technicznie Japonia jest znacznie bliżej pozyskania własnej broni jądrowej niż Korea Południowa. Oczywiście jeśli zapadną odpowiednie decyzje polityczne.
Prof. Kopeć wskazuje, że Kraj Kwitnącej Wiśni może wzbogać uran. W 2027 roku mają ruszyć zakłady przetwarzania plutonu i tym samym Japonia domknie wspomniany wcześniej cykl paliwowy.
Jeśli broń jądrową będzie mieć Seul i Tokio, to prof. Kopeć podkreśla, że nie wiadomo jak zachowa się Tajwan. Scenariusz, w którym kolejne kraje zbroją się w najsilniejsze uzbrojenie, to koszmar dla Chin.
Może się okazać, że Chiny zamiast skupiać się na rywalizacji ze Stanami Zjednoczonymi, będą musiały jakoś ustabilizować swoje podwórko w Azji Wschodniej
Dotychczas Pekin dominował nad regionem. Broń jądrową oprócz Chińczyków posiada tam tylko Korea Północna, której arsenał Pekin toleruje, bo atomowy sąsiad jest buforem i oddziela Pekin od proamerykańskiej Korei Południowej i kontyngentu wojsk USA.
Jeśli jednak Seul posiądzie własną broń jądrową, a Amerykanie wycofają się z półwyspu, zysk z buforu praktycznie znika. Możliwe, że taki scenariusz wymusi reakcję Korei Północnej, która poczuje, że jej pozycja i niezależność w regionie jest zagrożona.
Zmieni się też polityka zagraniczna potencjalnie nuklearnych sąsiadów Chin.
- Korea Południowa, Japonia i Tajwan dzięki broni jądrowej nie będą zupełnie wasalne wobec Stanów Zjednoczonych. Staną się bardziej samodzielne i zarządzanie tym chaosem będzie istotnym wyzwaniem dla Chin. Może się okazać, że Chiny zamiast skupiać się na rywalizacji ze Stanami Zjednoczonymi, będą musiały jakoś ustabilizować swoje podwórko w Azji Wschodniej - mówi nam prof. Kopeć.
Dlatego właśnie nuklearyzacja Korei Południowej i innych państw może wydawać się decydentom w USA w interesie Ameryki, która jest naturalnym konkurentem Państwa Środka w rywalizacji mocarstw.
Nie ma przypadków?
W teorii o celowym działaniu ku nuklearyzacji warto jeszcze spojrzeć na Bliski Wschód.
- U nas ta informacja przeszła bez echa, ale w lipcu Stany Zjednoczone i Arabia Saudyjska zawarły bezprecedensowe porozumienie o cywilnym programie nuklearnym, który daje Arabii Saudyjskiej potencjalną zdolność wzbogacania uranu - wskazuje prof. Kopeć.
- To może być reakcja na wcześniejsze porozumienie Arabii z Pakistanem i później z Turcją. Może to sposób na zarządzanie nuklearnym chaosem w regionie Zatoki Perskiej. Analogie nie są zupełnie czytelne, ale może w umysłach amerykańskich strategów pojawiła się myśl, że podobnie można zarządzać regionem Azji Wschodniej. Natomiast na pewno otwiera się furtka do tego, by przy iluzorycznej kontroli USA czy nawet mechanizmach kontroli, kolejne państwa rozwijały technologie użyteczne przy realizacji militarnego programu nuklearnego - podsumowuje prof. Rafał Kopeć w rozmowie z Interią.
Jakub Krzywiecki
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz na jakub.krzywiecki@firma.interia.pl












