Tragedia, która znudziła świat
Rohindżowie przez chwilę na Zachodzie byli "modną", prześladowaną mniejszością, ale już się znudzili. Śmierć kilkuset przedstawicieli niechcianej nigdzie mniejszości przestała być newsem nawet w regionie, a co dopiero gdzieś dalej.

Jest początek listopada. W polskich mediach to m.in. czas promocji serialu "Heweliusz" o tragedii na promie, która po dziś dzień budzi emocje. Zastanawiam się wówczas, skąd w ludzkiej naturze bierze się taka ciekawość katastrof? Z lęku przed nimi? Ze współczucia wobec ofiar i próby postawienia się na ich miejscu?
W tym samym czasie, pewnie pod osłoną nocy, gdzieś na granicy Bangladeszu i Mjanmy na łodzie wsiadają setki osób. Trzy dni później świat może dowiedzieć się o tym, że zatonęły. W żadnym z państw, których bezpośrednio dotyczy ta wiadomość - Mjanmie, Bangladeszu, Malezji czy Tajlandii - śmierć kilkuset osób nie stanie się newsem. Przemknie przez szpalty zachodniej prasy.
Nigdy nie poznamy dokładnej liczby, listy nazwisk i historii osób, które utonęły. Bo to śmierci bardzo niewygodne. Bezpaństwowców. Kilkuset z miliona prześladowanych w Mjanmie Rohindżów. Członków mniejszości etnicznej, uznanej za obcy element zarówno demokratycznych jak i niedemokratycznych władz Mjanmy. Skaza na reputacji więzionej ponownie birmańskiej noblistki Aung San Suu Kyi.
Mamy sytuację, w której świat znudził się tematem Rohindżów, natomiast Rohindżowie nie przestali potrzebować pomocy
Uchodźcy nadzwyczaj niewygodni
Co by się musiało wydarzyć, żeby świat ponownie pochylił się nad losem Rohindżów? Nie daj Boże - wybuch epidemii w Cox Bazar w Bangladeszu przy granicy z Mjanmą? To największy obóz uchodźców na świecie. Przebywa w nim około miliona osób. W większości Rohindżów. Liczba uciekinierów stale wzrasta.
Nie trzeba tam być, żeby wyobrazić sobie skalę potrzeb tego miejsca. I skalę problemów - od zapewnienia wody i jedzenia obozowisku liczącemu dwie trzecie mieszkańców Warszawy, poprzez rozwiązywanie codziennych kwestii sanitarnych, na zapewnieniu edukacji na jakimkolwiek poziomie kończąc.
- Rohindżów nikt nie chce - tłumaczy prof. Michał Lubina, który jest jednym z najlepszych ekspertów zajmującym się kwestiami birmańskimi w Europie, autor wielu książek. Zaznacza, że jest w podróży, ma mało czasu, ale kiedy słyszy, o czym chcę rozmawiać - zgadza się.
Birmańczycy uważają, że wszyscy Rohindżowie powinni opuścić Birmę i już nigdy do niej nie wracać. Bangladesz, który gości ich najwięcej - też ich nie chce - mówi Interii prof. Michał Lubina.
Rohindżowie, którzy są muzułmanami, uważają się za autochtonicznych mieszkańców birmańskiego stanu Arakan (obecnie Rakhine). Tymczasem wyznający buddyzm Birmańczycy uznają ich za nielegalnych imigrantów z sąsiedniego Bangladeszu.
- Zasadniczo kwadratura koła polega na tym, że mamy półtoramilionową społeczność, która twierdzi, że jest z Arakanu, czyli z zachodniej prowincji birmańskiej. Birma z kolei twierdzi, że oni wcale stamtąd nie są, tylko przybyli z Bangladeszu. I zasadniczo nie ma takiej siły, która Birmę zmusiłaby do tego, żeby tych ludzi przyjąć - tłumaczy prof. Lubina.
- Mamy sytuację, w której świat znudził się tematem Rohindżów, natomiast Rohindżowie nie przestali potrzebować pomocy. Konsekwencja tego "znudzenia" powoduje jednak, że strumyczek pieniędzy z różnych organizacji pomocowych jest coraz mniejszy - dodaje.
Dlatego Rohindżowie uciekają z Bangladeszu, starając się dotrzeć do bogatszych państw.
Rohindżowie zasadniczo są grupą bardzo słabo wykształconą. I to jest oczywiście efektem świadomej polityki państwa birmańskiego. To ludzie bez zawodów. Mogą wykonywać najprostsze zajęcia
Iman nie patrzy w oczy
Na przekazach telewizyjnych agencji Reutera widać szczupłego chłopaka o ciemno śniadej karnacji. To jeden z nielicznych rozbitków, którzy przeżyli katastrofę łodzi z uchodźcami. Nazywa się Iman Sharif.
18-latek ma na sobie ciemnoniebieskie szorty. Siedzi na pomoście, przy którym zacumował statek ratowników. Jeszcze w jaskrawej kamizelce ratunkowej. Czy był w niej na morzu? Raczej nie. Łodzie, które przemytnicy wykorzystują do transportu uchodźców, zazwyczaj są w złym stanie technicznym. Łatwo ulegają awarii. Powszechną przyczyną katastrof jest przepełnienie. Dziennikarze światowych mediów, ale także i lokalni - rozmawiają z nim przez tłumacza. Rohindżowie posługują się bowiem własnym językiem.
Iman opowie, że najpierw była jedna łódź, na której mogło być 300 osób. Potem jej pasażerów rozdzielono na kilka, co najmniej trzy, mniejsze. Każdą podróżować miało co najmniej 70 osób. Łódź, na której był Iman, na pewno zatonęła. Na pytanie, co widział, odpowie, że na pewno śmierć dziecka, które utonęło.
Iman nie patrzy w oczy. Kiedy na chwilę nasz wzrok spotka się z poziomu spojrzenia w kamerę, ja nie dojrzę w nim ani bólu, ani ulgi. Pomyślę, że to wyraz twarzy wykutej przez obojętność wobec rozmiaru tragedii, z którymi przyszło mu się mierzyć.
Z piekła przez raj, do więzienia
Iman dryfował przez kilka dni na Morzu Andamańskim. Trzymał się styropianu, którym starał się kierować w stronę - jego zdaniem - brzegu. Jak daleko był od niego? W tej sprawie jest wiele niewiadomych. Na pewno wiemy, że uratowano 14 osób. Na wodach Tajlandii i Malezji wyłowiono też 29 ciał. Mężczyzn, kobiet i dzieci.
W poniedziałek po dziewięciu dniach oficjalnie zakończono akcję poszukiwawczą. Dwie jednostki, których śladów nie odnaleziono - uznano z zaginione. Łódź, na której był Iman -niedługo po tym, jak większą grupę rozdzielono na mniejsze - zaczęła nabierać wody. Co może świadczyć o tym, że była przepełniona lub w złym stanie technicznym.
W trakcie rozmowy dziennikarzy z Imanem, który zapewne uciekał z piekła obozu Cox Bazar, chłopaka za ramię "przytrzymuje" oficer malezyjskiej straży przybrzeżnej. Imana przetransportowano najpierw na Langkawi. To popularna także wśród Polaków jedna z rajskich wysp Malezji. Stąd Iman trafi do malezyjskiego aresztu.
Podróż do lepszego życia
Ci, którzy uciekali z obozu Cox Bazar w Bangladeszu, planowali podróż do lepszego życia. Do krajów, w których też nikt na nich nie czekał. W których też byliby bezpaństwowcami, ale z możliwością zarabiania pieniędzy. Może nawet zapewnienia dzieciom edukacji.
Sokhina Khatun siedzi na schodach swojej chatki w Cox Bazar. Skleconej z plecionych mat i brezentu. Jej wyraz twarzy przypomina mi skamieniałą twarz Imana. Tylko w jej oczach wyraźnie widać smutek.
Na łodziach była jej córka i wnuki. W Malezji mieszkał już jej zięć. Tłumaczyła mu, że dzieci są za małe na taką podróż. Prosiła, żeby wywiózł je samolotem. Miała usłyszeć, że to zbyt kosztowne. Dziś nie ma z nimi kontaktu.
Kosztowna śmierć
Uchodźcy za przetransportowanie do Malezji płacą przemytnikom równowartość od około 350 do 3500 dolarów od osoby.
Od początku tego roku z Bangladeszu i Mjanmy drogą morską do Malezji i Tajlandii starało się przedostać co najmniej 5300 osób, z czego ponad 600 zginęło lub zaginęło. Głównym powodem śmierci na morzu jest chciwość przemytników.
Na Rohindżów nikt nie czeka, nawet bracia muzułmanie
Rohindżowie uciekają z Bangladeszu głównie do Malezji i Indonezji. To dwa kraje, gdzie większość stanowią wyznawcy islamu. Malezja dodatkowo to państwo, które potrzebuje taniej siły roboczej. Ale nie Rohindżów.
- Rohindżowie zasadniczo są grupą bardzo słabo wykształconą. I to jest oczywiście efektem świadomej polityki państwa birmańskiego. To ludzie bez zawodów. Mogą wykonywać najprostsze zajęcia. Oczywiście co nie zmienia faktu, że można ich do nowych zajęć przysposobić. Z punktu widzenia władz Malezji to jest to niewykwalifikowana siła robocza, która nic nie potrafi. Więc lepiej zatrudnić tych, co coś umieją - konstatuje Michał Lubina.
Nielegalny od dekady
Shamsul prawie dekadę temu trafił do Malezji także na łodzi.
W stanie Arakan trwały pogromy Rohindżów przeprowadzane przez buddyjskich nacjonalistów. Po 15 latach spędzonych w areszcie domowym wielki wpływ na birmańską politykę miała laureatka pokojowego Nobla Aung San Su Kyi, która w tym czasie stała m.in. na czele tamtejszego resortu dyplomacji.
Shamsul przemyka przez malezyjską stolicę, nie podnosząc wzroku. Stara się jak najmniej przemieszczać. Przed zmrokiem zawsze musi być w domu. Nie chce zwracać na siebie uwagi. Pracuje jako masażysta.
Nauczył się nawet trochę mówić po angielsku. Nie narzeka, ale żyje w ciągłym lęku przed uwięzieniem albo deportacją. Takich jak on w Malezji są tysiące. Shamsul co roku obiecuje sobie, że już teraz rozpocznie proces legalizacji pobytu. Czy to w ogóle możliwe? Przekonuje mnie, że tak. Nie dopytuję więcej, bo widać, że to jedyny moment, kiedy jego twarz rozświetla nadzieja.
Noblistka heroiczna, ale wobec swoich
Po wypędzeniach Rohindżów z Mjanmy z lat 2016-2017 Amnesty International odebrała Aung San Suu Kyi swoją najwyższą nagrodę - tytuł Ambasadora Sumienia.
Jak napisze w oświadczeniu ówczesny szef tej organizacji Kumi Naidoo - w związku z "haniebną zdradą wartości, których wcześniej broniła". Dlaczego ikona walki o wolność nie pomogła prześladowanym?
Z punktu widzenia birmańskiego dlaczegóż miałaby pomagać obcym? Z punktu widzenia birmańskiego było tak, że swoi wyganiają obcych z własnej ziemi. Wypędzenia odbywały się przy pełnym poparciu społecznym. Generalnie Birmańczycy uważali, że to, co robi armia, jest słuszne. Gdyby Aung San Suu Kyi wstawiła się za Rohindżami, zakończyłaby swoją polityczną karierę. Na drodze do tego, co osiągnęła, poświęciła własną rodzinę, męża, dzieci i milion obcych muzułmanów - mówi Interii prof. Lubina.
Laureatka pokojowego Nobla od ponad czterech lat przebywa w więzieniu, po przewrocie dokonanym w Mjanmie przez juntę wojskową. Tym razem to jednak nie odosobnienie w warunkach aresztu domowego, w którym spędziła poprzednie 15 lat, ale prawdziwa więzienna cela. I Suu Kyi ma już 80 lat.
Pod koniec grudnia w Mjanmie przeprowadzone mają zostać wybory parlamentarne. Pierwsze od przejęcia władzy przez juntę. Mieszkający w Londynie syn Suu Kyi prosi juntę o łaskę dla niej i możliwość zwolnienia jej przed świętami Bożego Narodzenia. Kontekstu Rohindżów w apelach oczywiście nie ma.
Kiedy ziemia nie jest obiecana
Sposób, w jaki postrzegamy kryzysy uchodźcze, w Polsce ewoluuje. I te, które nas bezpośrednio dotyczą, i te w bardziej odległych zakątkach świata. W rankingu współczucia Rohindżowie nie wypadają dobrze. Profesora Lubinę na koniec zapytam, czy znajduje porównania między sytuacją Palestyńczyków i Rohindżów.
- Palestyńczycy mają globalne wsparcie, współczucie świata muzułmańskiego oraz lewicy na zachodzie. Tak że wydaje mi się, że Rohindżowie mają się gorzej, ponieważ przez chwilę na Zachodzie byli taką "modną", prześladowaną mniejszością. Ale "moda" minęła, a oni dalej potrzebują pomocy.
Z Dżakarty dla Interii Tomasz Sajewicz













