Reklama

Reklama

Tajwan: Pożar bloku mieszkalnego w Kaohsiung. Nie żyje 25 osób, ofiar może być więcej

25 osób zginęło w nocnym pożarze w Kaohsiung na południu Tajwanu. Kolejnych 55 osób z obrażeniami trafiło do szpitali. Ogień pojawił się w nocy w 13-piętrowym budynku mieszkalnym.

Pożar wybuchł około godziny 3:00 nad ranem, objął "wiele pięter budynku" mieszkalnego, na parterze którego mieszczą się sklepy. Do tej pory z pożaru udało uratować się 67 osób. 12 osób nie udało się uratować, następne 14 trafiło do szpitala bez oznak życiowych. 

Jak przekazują lokalne władze, pomimo ugaszenia pożaru, liczba ofiar może wzrosnąć. Wciąż trwa akacja ratunkowa, część osób może być nadal uwięziona pomiędzy 7 a 11 piętrem mieszkalnej części budynku. Do tej pory nie podano przyczyny wybuchu pożaru, trwa śledztwo w tej sprawie.

Według relacji strażników "pożar był niezwykle gwałtowny". Źródło ognia nie zostało dotychczas ustalone. Naoczni świadkowie powiedzieli lokalnym mediom, że słyszeli odgłos eksplozji.

Reklama

Trwa przeszukiwanie zgliszczy

Straż pożarna zdołała opanować sytuację i ugasić ogień. Trwa akcja przeszukiwania bloku mieszkalnego. Dolne piętra 40-letniego budynku są "całkowicie zaczernione". 

Jak podaje Centralna Agencja Informacyjna, do wybuchu pożaru doszło na 1 piętrze budynku, po chwili ogień rozprzestrzenił się na wszystkie piętra. W budynku jest 120 mieszkań, obecnie dostęp do nich jest utrudniony ze względu na starą konstrukcję i niedostępność niektórych pomieszczeń. Jak podają władze, w budynku mieszkało co najmniej 100 osób, większość z nich w podeszłym wieku, co mogło utrudniać ewakuację.

Według relacji jednego z mieszkańców o nazwisku Mao, który rozmawiał z lokalnymi mediami, w nocy obudziły go krzyki sąsiadów z bloku po przeciwnej stronie ulicy. Spoglądając z okna swojego mieszkania znajdującego się na dziewiątym piętrze, Mao ujrzał gęsty dym unoszący się z okien niższych kondygnacji budynku. Mężczyzna, jak sam mówi, "niewiele myśląc", chwycił telefon komórkowy, wbiegł do windy i - wraz z kilkoma innymi mieszkańcami dziewiątego piętra - zjechał na pierwsze piętro budynku.

Gdy okazało się, że płomienie na pierwszym piętrze są zbyt silne, mieszkańcy zjechali windą na poziom piwnicy, skąd udało im się szczęśliwie wydostać z budynku. Jak relacjonuje Mao, ok. minuty po opuszczeniu przez niego windy w płonącym budynku zabrakło prądu - dopiero wtedy mężczyzna uświadomił sobie, jak niewiele dzieliło go od niechybnej śmierci.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy