Tajne zapiski koreańskiego generała rzucają nowe światło na stan wojenny
"Usunięcie" niewygodnych polityków i dziennikarzy, masowe internowania. Taki był plan autorów stanu wojennego z 3 grudnia 2024 roku w Korei Południowej - wynika z notatnika generała Noh Sang-won, emerytowanego szefa agencji wywiadu.

W skrócie
- Południowokoreańscy parlamentarzyści oraz dowódcy jednostek specjalnych odegrali kluczową rolę we wstrzymaniu zamachu stanu i uratowaniu demokracji w Korei Południowej.
- Ujawniono szokujące plany związane z ewentualnym wprowadzeniem stanu wojennego - obejmowały internowania, a nawet rozstrzeliwania przeciwników politycznych.
- Wydarzenia z 3 grudnia stały się przestrogą dla innych demokracji, a południowokoreańskie społeczeństwo zasłużyło na Pokojową Nagrodę Nobla.
- Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Gdyby rok temu południowokoreańscy parlamentarzyści nie zdecydowali się na skoki przez żywopłoty i metalowe barierki wokół budynku Zgromadzenia Narodowego, dziś na ulicach Seulu zamiast policji porządku pilnowałoby wojsko. Gdyby nie stalowe nerwy dowódców sił specjalnych, dziś moglibyśmy składać kwiaty ku czci ofiar śmiertelnych stanu wojennego w Korei Południowej.
Mija rok od wydarzeń, które wstrząsnęły Koreą Południową i nadwątliły jej wizerunek jako państwa stabilnego i przewidywalnego. W Seulu nadal na próżno szukać kraterów po wybuchach północnokoreańskich rakiet - czym wprowadzając stan wojenny straszył ówczesny prezydent Jun Suk Jeol.
On sam, a także jego najbliżsi współpracownicy - premier i szef agencji wywiadu - w areszcie czekają na proces. Ze wstrząsających notatek byłego szefa agencji wywiadu, który jako osoba prywatna doradzał Jun Suk Jeolowi, wynika, że Koreę Południową ominęły wydarzenia cofające ten kraj o dekady. Z internowaniem opozycji na wyspie tuż przy Korei Północnej i rozstrzeliwaniem niepokornych włącznie.
Każdy Koreańczyk pamięta, co robił 3 grudnia
Tak jak dla pokolenia stanu wojennego w Polsce żywą pozostaje pamięć 13 grudnia, tak na lata, a może i dekady taką w Korei Południowej pozostanie pamięć o 3 grudnia.
Jae-hyun, jak wielu Koreańczyków z Południa dokładnie pamięta, co robił rok temu o 22:30. Na kolację była smażona wołowina, do tego jedno piwo. Był wtorkowy wieczór, kolejnego dnia o 8 rano miał iść do pracy. Już w trakcie kolacji koreańskie media zaczęły podawać pierwsze informacje o tym, że w Korei Południowej prezydenckim dekretem wprowadzony ma zostać stan wojenny.
- Początkowo nikt z nas nie uwierzył - mówi Interii. - Myśleliśmy, że to głupi żart. Potem pojawiły się informacje, że Korea Północna ma nas zaatakować. To było jeszcze bardziej niewiarygodne, ale kiedy w restauracji kanał sportowy przełączono na kanał informacyjny, gdzie na żywo pokazywano co się dzieje przed budynkiem parlamentu, gdzie podjeżdżały autokary z żołnierzami - zmroziło to nas - dodaje.
Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią - wersja koreańska
Dokładnie rok temu o 22.30 ówczesny prezydent Jun Suk Jeol ogłosił wprowadzenie w Korei Południowej stanu wojennego. Mówił o tym, że kraj stanął w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Że opozycja współpracuje z Koreą Północną, a ta może w każdej chwili zaatakować Południe.
Wydarzenia w stolicy kraju uznawanego za demokratyczny i przewidywalny śledziły miliony osób na całym świecie.
Choć Kim Dzong Un nie odpalił rakiet w stronę Seulu (ani w żadną inną) z niedowierzaniem oglądano lądowanie śmigłowca na trawniku przed parlamentem. Barykadowanie przez parlamentarzystów wejść do gmachu Zgromadzenia Narodowego. I sprint przez ogrodzenia okalające gmach parlamentu. Przeskakujący przez barierki i żywopłoty parlamentarzyści - jak się szybko okazało - uratowali demokrację.
Mężczyzna w kapeluszu
Jae-hyun, 38-letni inżynier w jednej z firm telekomunikacyjnych pokazuje zdjęcia z tamtego dnia. Rozmawiamy w Seulu, w przeddzień rocznicy wprowadzenia w Korei Południowej stanu wojennego.
- Nie wiem, co mi kazało jechać pod parlament. Były ogromne korki. Pamiętam, że większość drogi pokonałem pieszo, a dobry kilometr od budynku widać było ludzi, którzy także chcieli zobaczyć, co się dzieje - dodaje.
Najbardziej zapamięta starszego mężczyznę w kapeluszu stojącego przed uzbrojonym po zęby młodym żołnierzem sił specjalnych.
- Krzyczał do niego: "Co wy robicie? Nie wiecie, jak wygląda wojna. Nie chcecie wiedzieć". I pomimo, że chłopak miał zakrytą połowę twarzy, to widać było, że boi się tak samo jak my - dodaje Jae-hyun.
Wojska prezydenta Jun Suk Jola kilka godzin później powstrzymał parlament, który przegłosował uchylnie prezydenckiego dekretu.
Kluczowe okazały się dwie kwestie - powrót na salę obrad w nocy parlamentarzystów oraz wstrzemięźliwość dowódców jednostek specjalnych. Swoim żołnierzom polecili oni, aby bez względu na wszystko, bez wyraźnego rozkazu nie używali siły. Skoki przez żywopłot i mocne nerwy dowódców popełniających grzech zaniechania tego dnia w dużej mierze doprowadziły do obrony instytucji państwa prawa.
Rok później w areszcie w oczekiwaniu na proces są główni aktorzy tamtych wydarzeń. Prezydent, premier, minister obrony i szef agencji wywiadu nie bronili bowiem państwa, lecz... własnych "stołków".
- Z pewnością najwięcej stracił sam prezydent Jun Suk Jeol i jego współpracownicy odpowiedzialni za wprowadzenie stanu wojennego - mówi Interii analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych dr Oskar Pietrewicz.
- Chcieli podporządkować sobie wszelkie instytucje państwa i zniszczyć opozycję. Nic z tego nie wyszło, ich obóz polityczny stracił władzę, a ich samych czeka najpewniej wieloletnie więzienie - wyjaśnia dr Pietrewicz.
Internowanie na wyspie przy Korei Pn. i mrożące krew w żyłach plany
Jak bardzo niebezpieczny był plan inicjatorów stanu wojennego, tłumaczy prof. Marcin Jacoby z Uniwersytetu SWPS w Warszawie.
- Upubliczniono zapiski z notatnika generała Noh Sang-won (emerytowanego szefa agencji wywiadu), który miał być główną postacią sekretnej operacji zamachu stanu - mówi Interii.
W tym notatniku jasno opisane są plany zabicia głównych polityków partii progresywnej i wielu dziennikarzy, aresztowań. Straszne rzeczy, które trudno sobie wyobrazić w demokracji. Korea dowiedziała się teraz, co tak naprawdę mogło się wydarzyć i jak blisko było od wielkiej tragedii. Od zniszczenia tak naprawdę tego wszystkiego, o co Koreańczycy walczyli od lat 50. ubiegłego wieku, czyli o prawdziwą demokrację.
Korea Południowa mogła wyglądać zupełnie inaczej, gdyby politycy partii demokratycznej i ośmiu polityków prawicy - z obozu Jun Suk Jeola - nie przeskoczyło przez mur, przedostając się do parlamentu. To głosowanie prawnie oddaliło decyzję prezydenta o wprowadzeniu zamachu stanu. Działy się rzeczy spektakularne i budzące niedowierzanie, ale Korea Południowa obroniła się.
Koreańczycy z Południa zasługują na Nobla
W świetle notatek generała Noh Sang-wonga południowokoreańskie społeczeństwo rzeczywiście zasługuje na Pokojową Nagrodę Nobla. Taką propozycję ogłosił w środę prezydent Lee Dze Mjung, który uważa też, że 3 grudnia - ku pamięci i przestrodze dla przyszłych pokoleń - w Korei Połduniowej powinien być świętem narodowym.
W środę w Seulu świeci słońce. W rocznicę nieudanego zamachu stanu tysiące osób wezmą udział w wiecu, który ma przypomnieć Koreańczykom, jak blisko było od utraty podstawowych wolności.
Korea Południowa powinna być jednak przestrogą dla polityków zachodnich demokracji. Tych, którzy dla własnych politycznych i krótkowzrocznych interesów są w stanie poświęcić instytucje państwa prawa.
Z Seulu dla Interii Tomasz Sajewicz















