TACO obnażyło Trumpa. Europa wygrała starcie o Grenlandię. I ma nowy plan
Wielka awantura wokół aneksji Grenlandii wydaje się zakończona, chociaż przyszłość arktycznej wyspy nadal jest bardzo niepewna. Pewne jest natomiast to, że grenlandzka lekcja okazała się niezwykle cenna dla Unii Europejskiej czy nawet całej Europy. I już dzisiaj stanowi pierwszy klocek domina w nowym świecie projektowanym przez Donalda Trumpa.

Wśród krytycznych wobec Donalda Trumpa demokratów od dawna furorę robi akronim TACO (Trump Always Chickens Out), który w wolnym tłumaczeniu na język polski oznacza, że amerykański prezydent koniec końców zawsze tchórzy. Zawsze, gdy jego żądania i działania natrafią na twardy, zdecydowany opór.
Tak było w ubiegłym roku z rozpętaną przeciwko całemu światu wojną celną, tak było i tym razem z kwestią przejęcia Grenlandii. Gdy Trump eskalował kryzys coraz mocniej i mocniej, w końcu natrafił na opór i problemy.
Potwierdza to zresztą diagnozę prof. Katarzyny Pisarskiej, którą podzieliła się podczas wywiadu z Interią na początku grudnia. - Jeśli my, Europejczycy, postawimy się, to administracja Trumpa ustąpi. Bo w gruncie rzeczy to jest słaba administracja, która łatwo wycofuje się przy zdecydowanym oporze - oceniła przewodnicząca Warsaw Security Forum, przy okazji podając kilka przykładów na poparcie swojej diagnozy (m.in. nieudane próby zawarcia porozumienia pokojowego z Rosją ponad głowami Europejczyków i Ukraińców).
Silny opór powstrzymał Trumpa
Europejczycy najwyraźniej byli podobnego zdania, bo zjednoczyli się wokół Danii i solidarnie powiedzieli "nie" zachciankom Trumpa. Jednocześnie zagrozili ostrym i bolesnym dla amerykańskiej gospodarki odwetem, jeśli amerykański przywódca zgodnie z zapowiedziami nałoży karne dodatkowe cła na kraje, które wsparły Danię w ćwiczeniach wojskowych na Grenlandii.
Szarża Trumpa w przypadku Grenlandii nie spodobała się ani Amerykanom (w sondażach większość społeczeństwa deklarowała, że nie rozumie celu wywołanej awantury i nie chce siłowego przejęcia wyspy), ani światowym rynkom (im bardziej Trump eskalował napięcie, tym gorzej reagowała na to nowojorska giełda, obawiająca się międzynarodowego kryzysu połączonego z wojną handlową).

Wreszcie Trump po raz pierwszy napotkał na zauważalny opór w szeregach Partii Republikańskiej. Kolejni kongresmeni pod nazwiskiem krytykowali jego eskalacyjne działania wobec Grenlandii i jawnie konfrontacyjny kurs wobec europejskich sojuszników. Z podkopywaniem stabilności i wiarygodności NATO na czele.
W efekcie na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos Trump najpierw oznajmił światu, że nie zamierza przeprowadzić inwazji na Grenlandię, a następnie zdradził, że bliski finalizacji jest dogadywany zakulisowo deal, którego warunki zadowalają Biały Dom i samego Trumpa.
Trzy strony i trzy stanowiska ws. Grenlandii
Rzecz w tym, że wspomniany deal wciąż spowity jest gęstą aurą tajemnicy. Donald Trump po raz pierwszy powiedział o nim wieczorem 21 stycznia, dodając, że w związku z finalizacją prac nad porozumieniem zawiesza wprowadzenie karnych dodatkowych ceł na osiem europejskich państw od 1 lutego.
Rzeczywistość jest brutalna, więc jako UE musimy być twardym graczem, tak jak twardy jest Trump, jakkolwiek by jego poczynań nie oceniać
Dziennik "The New York Times", powołując się na trzy niezależne źródła w amerykańskiej administracji, opublikował ramowy plan porozumienia w sprawie Grenlandii. Zakłada ono, że amerykańska obecność na arktycznej wyspie nie będzie niczym ograniczona, a amerykańskie bazy wojskowe miałyby być traktowane jako eksterytorialne enklawy Stanów Zjednoczonych, a więc de facto część amerykańskiego terytorium. Wypracowane porozumienie miałoby obowiązywać bezterminowo.
Z kolei portal Axios uzupełnia te ustalenia o możliwość eksploatacji przez Amerykanów grenlandzkich surowców naturalnych, rozmieszczenie na wyspie elementów systemu obrony powietrznej Złota Kopuła, a także zwiększenie obecności militarnej NATO w regionie.
Amerykański prezydent i jego administracja nie kryją zadowolenia z warunków potencjalnego porozumienia. - Zasadniczo chodzi o całkowity dostęp. Bez końca. Nie ma limitu czasowego. Nie robimy 99-letnich czy 10-letnich umów ani niczego innego - streścił Trump w trakcie udzielonego w Davos wywiadu dla Fox Business.
Podkreślił przy tym, że Ameryka nie będzie musiała w tym celu zapłacić ani dolara. - Będziemy mieli całkowity dostęp do Grenlandii. Będziemy mieli cały dostęp wojskowy, jakiego chcemy. Będziemy mogli przeznaczyć na Grenlandię to, czego potrzebujemy, bo tego chcemy. Mówimy o bezpieczeństwie narodowym i międzynarodowym, więc nie będziemy musieli płacić nic, poza tym, że budujemy Złotą Kopułę - kontynuował.
Architektem porozumienia w sprawie Grenlandii ma być sekretarz generalny NATO Mark Rutte, od lat zwany w Unii Europejskiej "zaklinaczem Trumpa" ze względu na umiejętność komunikacji i obłaskawiania amerykańskiego polityka. Tyle że pytany w kolejnych wywiadach o dopracowywaną umowę Rutte, unikał odpowiedzi na najważniejsze pytanie: co z suwerennością i niezależnością Grenlandii?
- Ta kwestia już się nie pojawiała w moich dzisiejszych rozmowach - uciął temat w rozmowie z Fox News. Jak dodał, zamiast tego dyskusja skupiła się na zapewnieniu lepszej ochrony regionu Arktyki ze strony państw NATO. - Myślę że to jest bardzo dobry rezultat. Wciąż pozostaje wiele do zrobienia, będziemy robić to krok po kroku - nie krył zadowoleni holenderski polityk.

Dużo mniej zadowolenia wyrażają w tej sprawie Dania, a w szczególności Grenlandia. Zwłaszcza ci ostatni byli mocno zaskoczeni tym, że sekretarz generalny NATO dyskutuje kwestie ich terytorium z przywódcą innego państwa. Przywódcą, który dopiero co chciał dokonać aneksji tego terytorium. "NATO w żadnym wypadku nie ma samodzielnego mandatu, by negocjować cokolwiek poza nami, mieszkańcami Grenlandii. Nic o nas bez nas" - napisała na Facebooku Aaja Chemnitz, jedna z dwóch grenlandzkich deputowanych do duńskiego parlamentu.
Duński rząd był w swojej ocenie mniej ostry, ale też podszedł do sprawy z dystansem. "NATO jest w pełni świadome pozycji Królestwa Danii. Możemy negocjować wszystko w kwestiach politycznych: bezpieczeństwa, inwestycji, gospodarki. Ale nie możemy negocjować naszej suwerenności. Poinformowano mnie, że tak się nie stało. Oczywiście, tylko Dania i Grenlandia mogą podejmować decyzje w sprawach dotyczących Danii i Grenlandii" - to fragment oświadczenia, które w sprawie możliwego porozumienia wydała szefowa duńskiego rzadu Mette Frederiksen.
Cztery kluczowe wnioski dla Europy
Porozumienia wciąż jednak nie ma i, jak widać, obszarów możliwego sporu nadal jest co najmniej kilka. Faktem jest jednak przynajmniej tymczasowa deeskalacja napięcia wokół Grenlandii i na linii Stany Zjednoczone - Unia Europejska. Pomyli się jednak ten, kto uzna, że Europejczycy machnęli już na sprawę ręką i rozeszli się do domów. Z grenlandzkiej lekcji płyną dla nich ważne wnioski, które znalazły odzwierciedlenie w rozmowach i konkluzjach ze zwołanego w trybie pilnym szczytu unijnych przywódców 22 stycznia w Brukseli.
Jeśli my, Europejczycy, postawimy się, to administracja Trumpa ustąpi. Bo w gruncie rzeczy to jest słaba administracja, która łatwo wycofuje się przy zdecydowanym oporze
Po pierwsze, Unia ma świadomość, że nawet jeśli sprawa Grenlandii zakończy się pomyślnie, to w relacjach transatlantyckich przekroczona została czerwona linia. Próba siłowego - i to dosłownie siłowego - złamania sojuszników dla osiągnięcia własnych celów to nie jednorazowy wybryk, ale początek pewnego trendu. Europejczycy obejrzeli właśnie zwiastun serialu "Świat według Trumpa", który będzie emitowany przez kolejne trzy sezony. Dość powiedzieć, że to, co zobaczyli, niespecjalnie im się spodobało.
Spodobać może im się natomiast to, jak sami zareagowali na kryzys i ostrą eskalację ze strony Donalda Trumpa. To drugi z wniosków płynących z tego kryzysu. Zamiast po raz kolejny cofać się, nadstawiać drugi policzek, tłumaczyć bez skutku i próbować przeczekać najgorsze - Europejczycy postawili na jedność i siłę.
Z nieoficjalnych informacji wiemy, że byli gotowi na dotkliwe działania odwetowe wobec Stanów Zjednoczonych, gdyby tylko Waszyngton faktycznie wprowadził dodatkowe karne cła na osiem europejskich państw. I perspektywa możliwej wojny handlowej z Amerykanami bynajmniej ich do tego nie zniechęciła.
- Rzeczywistość jest brutalna, więc jako UE musimy być twardym graczem, tak jak twardy jest Trump, jakkolwiek by jego poczynań nie oceniać - tak nastroje w Brukseli opisywało nam nasze źródło w europarlamencie. Nie był to zresztą jedyny głos utrzymany w tym tonie. To dobrze pokazuje, jaka zmiana dokonała się wśród państw członkowskich. A raczej: jaką zmianę wymusił na nich Trump.
Trzeci wniosek dotyczy koniecznej europeizacji NATO. To jedyna racjonalna odpowiedź na sytuację, gdy Stany Zjednoczone z przyjaciela, partnera i gwaranta bezpieczeństwa stały się potencjalnym zagrożeniem i źródłem kłopotów. Celnie ujął to zresztą w swoim wystąpieniu w Davos prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski.
- Nikt tak naprawdę nie widział Sojuszu w akcji. Jeśli Putin zdecyduje się zająć Litwę, albo uderzyć w Polskę, kto na to zareaguje? Kto odpowie? NATO istnieje dzięki przekonaniu, że Stany Zjednoczone będą działać, że nie staną z boku i pomogą. A co jeśli tak nie będzie? Uwierzcie, to pytanie pojawia się wszędzie i każdy z liderów Europy ma je w głowie - ocenił ukraiński przywódca.

Doradził też Europejczykom postawienie na własne siły zbrojne, także te wspólne, europejskie. - Jeśli Europa nie będzie postrzegana jako globalna potęga, jeśli jej działania nie odstraszą wrogów, to Europa zawsze będzie tylko reaktywna - przestrzegł.
Czwarty wniosek dotyczy tego, co mówił w Davos premier Kanady Mark Carney. Chodzi o Chiny i mądre wykorzystanie rywalizacji między Stanami Zjednoczonymi i Państwem Środka do jak najlepszego zabezpieczenia własnych interesów. Jasne stało się bowiem, że Waszyngton dba tylko o swoje interesy i nie waha się grać naprawdę brutalnie także wobec sojuszników w celu ich realizacji.
Odpowiedzią na to miałoby być uczynienie z Chin lewara na nieobliczalne Stany Zjednoczone rządzone przez administrację Trumpa. Obecnie UE jest na etapie de-riskingu wobec Państwa Środka, ale w zakulisowych rozmowach ważni unijni urzędnicy przyznają, że Unia jest w tej relacji znacznie słabszym partnerem i wyrównanie sił może zająć kilkanaście lat, a i to przy mądrze prowadzonej polityce. "Zagranie" Chinami w kontrze do Stanów Zjednoczonych mogłoby z jednej strony nieco przystopować trumpistów, a z drugiej - kupić UE trochę czasu tak potrzebnego do wprowadzenia u siebie koniecznych reform.
















