Na stronie internetowej Białego Domu 31 sierpnia pojawił się komunikat brzmiący tak, jakby osobiście napisał go obecny prezydent USA:
"W ramach największej umowy naftowej w historii świata prezydent Donald J. Trump zapewnił sobie większościową kontrolę nad ponad 65 mld baryłek potwierdzonych rezerw ropy naftowej w Wenezueli - znacząco zwiększając nasze obecne potwierdzone rezerwy terytorialne USA, wynoszące około 46 mld baryłek" - brzmi wstęp.
Następnie podkreślono, że: "Umowa ta zabezpiecza naszą dominację energetyczną na następne stulecie - a wszystko to przy zerowych kosztach dla Stanów Zjednoczonych". A jak wiemy, zerowe koszty są czymś, czego zawsze pragnie Donald Trump.
Autorami wspomnianego dokumentu są oficjalnie sekretarz stanu Marco Rubio oraz sekretarz wojny Pete Hegseth, którzy podpisali się pod nim 28 sierpnia. Stany Zjednoczone zawarły tym samym umowę z prezydent Wenezueli Delcy Rodríguez oraz spółką naftową North American Blue Energy Partners (NABEP).
"Jedną z rzeczy, które zamierzam zrobić z wenezuelską ropą, jest napełnienie strategicznych rezerw narodowych, które z powodu Śpiącego Joe Bidena zostały praktycznie opróżnione" - podkreślił Donald Trump. Najwyraźniej nie pamiętając, że to nie Biden rozpoczął atak na Iran, skutkujący blokadą cieśniny Ormuz, otwiera się w nowym oknie i koniecznością pompowania na rynek rezerw ropy zgromadzonych w strategicznych zasobach USA.
Acz Trump przynajmniej pamięta, że należy je jak najszybciej zacząć odbudowywać. Zapewnił więc wyborców w tym samym wpisie, że dzięki niemu "rozpocznie się to wkrótce i jest darem Wenezueli dla narodu Stanów Zjednoczonych".
USA i Wenezuela. Obrabowany darczyńca
Uświadomienie sobie przez Wenezuelczyków, jak przedstawia się ich dar dla "narodu Stanów Zjednoczonych" może okazać się rzeczą wyjątkowo bolesną. Wspomina umowa daje jej beneficjentom okazję do tego, by przez następne 100 lat inkasowali większość zysków wygenerowanych z wydobycia i sprzedaży wenezuelskiej ropy.
Jak na razie dotyczy to złóż, które oszacowano na ok 65 mld baryłek, gdy całość zasobów Wenezueli to ok. 300 mld baryłek. Jakie zyski może to przynieść, zależy od mnóstwa czynników, ale potencjał jest ogromny.
W roku 2025 sprzedanie miliona baryłek wenezuelskiej ropy, z racji swego składu chemicznego nazywanej "ciężką", generowało ok. 22 mld dolarów przychodu. Bawiąc się w szacunki, można tę kwotę przemnożyć przez wielkość złóż objętych umową. Ale o wiele ciekawsza jest jej treść.
Dokument dotyczy pięciu obszarów tematycznych, które zazębiają się tak, by przekazać w ręce rządu USA kontrolę nad całością wenezuelskich zasobów ropy oraz pozwolić inkasować największą część dochodów.
Wszystko pozostaje kwestią woli Waszyngtonu - czy zechce z tych możliwości skorzystać, czy też uzna, że lepiej się samoograniczyć. Mechanizm polega na tym, że istniejącej od trzech lat, zarejestrowanej na Barbadosie spółce NABEP prezydent Delcy Rodríguez przyznała stuletnią koncesję, uprawniającą do eksploatacji 17 wielkich pól naftowych. Oszacowano je na wspominane już 65 mld baryłek (to ok. 20 mld więcej niż całość potwierdzonych złóż w USA).
Uszczęśliwiona tym spółka natychmiast i to nieodpłatnie oddała 35 proc. swoich akcji Biuru Kapitału Strategicznego Departamentu Wojny USA. Jednocześnie zobowiązała się do tego, że Departament Stanu USA będzie miał prawo do zakupu 20 proc. jej wydobycia po kosztach produkcji.
Amerykański koncern Chevron, który też szykuje się do eksploatowania wenezuelskich pól naftowych, ogłosił 2 września, że koszt wydobycia jednej baryłki ropy wyniesie go mniej niż 20 dolarów. Można założyć, iż paliwo odsprzedawane przez NABEP Departamentowi Stanu nie będzie droższe. Czyli Amerykanie dostaną je wręcz za darmo.
Ponadto Departament Stanu zyskał prawo do pierwokupu pozostałych 80 proc. produkcji NABEP. Oczywiście zarząd spółki może żądać tu ceny rynkowej. Ale prawnicy pomyśleli i o tym. W umowie zapisano, że rząd USA ma prawo do weta przy nominacji każdego członka zarządu. Poza tym większość osób z jego składu musi posiadać obywatelstwo USA, zaś sama spółka jest zobowiązana korzystać z renomowanych amerykańskich audytorów, prawników i doradców. Co prezentuje się logicznie, bowiem od momentu podpisania umowy podlega amerykańskiemu prawu oraz jurysdykcji sądów Stanów Zjednoczonych.
W zasadzie jedynym, co w niej wenezuelskie, to ropa, otwiera się w nowym oknie oraz dyrektor generalny, a zarazem posiadacz ok 19 proc. udziałów Alejandro Betancourt López.
Bananowy gubernator
Jeden z wniosków, jaki płynął z czasów nazwanych "epoką wojen bananowych", sprowadzał się to tego, że w eksploatowanym kraju Stany Zjednoczone muszą posiadać lokalne, zaufane kadry.
Od początku XX wieku Waszyngtonowi oraz cieszącym się jego protekcją firmom bez problemu udawało się przejmować kontrolę nad kolejnymi krajami w Ameryce Łacińskiej i rejonie Karaibów. Po czym czerpano zyski np. z dochodów celnych: Dominikany, Haiti, Nikaragui, czy też upraw cukru i przemysłu cukrowego Kuby, etc.
Jednak wcześniej czy później wybuchał antyamerykański bunt lub wojna domowa i do akcji musiała wkraczać piechota morska.
Między 1903 a 1934 r. marines zaprowadzali porządek podczas prawie 30 "wojen bananowych". Chcąc uciąć ten uciążliwy proceder, Franklin D. Roosevelt uznał, że po pierwsze nie należy krajom Ameryki Łacińskiej narzucać demokracji. Zaś rządzącym nimi dyktatorom dać pełną swobodę w polityce wewnętrznej. Oferując "opiekę", w zamian za zyski.
O te również dbali miejscowi biznesmeni, bo praca dla Amerykanów stanowiła prawdziwą żyłę złota.
Powrót do tamtych czasów jest najwyraźniej marzeniem Donalda Trumpa. Ma więc już zależną od jego "opieki" prezydent Rodríguez oraz znalazł odpowiedniego Wenezuelczyka do pomnażania zysków. Jak na ironię losu jest to praprawnuk prezydenta Wenezueli z czasów tuż przed początkiem "wojen bananowych".
Ale Alejandro Betancourt López w przeciwieństwie do swego przodka, który uchodził za uczciwego i nieprzekupnego polityka, nie należy do ludzi nadto zasadniczych.
Postrzegany jako bardzo życzliwy dla Trumpa kanał telewizyjny Fox Business, przedstawiając widzom postać założyciela spółki NABEP, scharakteryzował go następująco:
Informację tę "The Washington Post" uzupełnia notką mówiącą, że prezes NABEP jest podejrzany również o przywłaszczenie ponad miliarda dolarów. Ponoć wyprowadził je z wenezuelskiego, państwowego koncernu naftowego PDVSA.
Bliższe przyjrzenie się naszemu 46-letniemu bohaterowi, który może pochwalić się urodą godną gwiazdora południowoamerykańskich seriali, przynosi wiele smakowitych informacji. Przez lata Alejandro Betancourt López potrafił przyciągać uwagę nie tylko prasy wenezuelskiej, ale też hiszpańskie i szwajcarskiej.
Absolwent ekonomii amerykańskiego Uniwersytetu Suffolk stał się słynny za sprawą swoich niestandardowych poczynań biznesowych. Jeśli wierzyć dziennikarzom, potrafił skorumpować nawet samego prezydenta Hugo Cháveza. Przekonując wodza socjalistycznej rewolucji, by za kwotą kilkuset milionów dolarów pozwoli w 2011 r., państwowemu koncernowi PDVSA utworzyć z rosyjskim Gazprombankiem spółkę joint venture - Petrozamora.
Betancourt López jedynie ją kontrolował i inkasował zyski. Po czym - wedle doniesień dziennika "El Mundo" z lipca 2016 r. - transferował je do Hiszpanii. Skupując tam nieruchomości oraz firmy.
"Źródła zaznajomione z tymi transakcjami, z którymi skontaktowała się gazeta, oszacowały ich całkowity budżet na około 1,4 miliarda dolarów" - informowała gazeta. Inwestycje musiały się zwrócić, skoro obecnie hiszpańska Prokuratura Antykorupcyjna ściga Betancourta Lópeza listem gończym, oskarżając go o oszustwa na kwotę 4,85 mld dol.
Ten zaś ewakuował się na drugą półkulę i, korzystając z opieki Stanów Zjednoczonych, może znów robić to, co potrafi najlepiej, czyli wyciągać zyski z ojczystego kraju.
Jego największą zaletą pozostaje to, że rząd Stanów Zjednoczonych można zawsze postawić go przed sądem i posłać na resztę życia do więzienia lub po prostu wydać Hiszpanom.
To znakomicie motywuje do bycia jak najlepszym reprezentantem interesów USA, a w razie konieczności nieformalnym gubernatorem Wenezueli z ramienia Waszyngtonu.
Dokładnie wedle reguły, jaką wyłożył Franklin D. Roosevelt sekretarzowi stanu Cordellowi Hullowi, gdy ten narzekał, że rządzący Nikaraguą Anastasio Somoza "jest ostatnim sk...". Jak stwierdził wówczas prezydent: "Owszem, jest to sk..., ale to nasz sk...".
Choć najzabawniejsze w tej "bananowej historii" okazują się oczywistości. Jak doniosła 3 września agencja Reuters, sekretarz energii Chris Wright przyznał, że wenezuelska ropa jest oczywiście zbyt ciężka i ma zbyt wysoką zawartość siarki, aby wlać ją do podziemnych kawern, w których znajduje się ropa amerykańskiej Strategic Petroleum Reserve.
Ale przecież nie o to w naftowej umowie z Wenezuelą chodziło.
Andrzej Krajewski















