Sobota nie była przypadkiem. W Ameryce nastała era siły i niepokoju
Ostatni raz Stany Zjednoczone doświadczyły tak dużej intensyfikacji przemocy motywowanej politycznie na przełomie lat 60. i 70. XX wieku. Co więcej, wśród osób pomiędzy 18. a 29. rokiem życia aż 30 proc. zgadza się, że czasem można się do niej uciec.

W skrócie
- Dziennikarka Politico Dasha Burns opisuje rosnące obawy związane z bezpieczeństwem i prowizorycznymi kontrolami podczas spotkań, na których obecni są najważniejsi przedstawiciele administracji USA.
- Według badań Pew Research Center 85 proc. Amerykanów uważa, że problem przemocy politycznej narasta, lecz nie ma zgody co do winnych tego zjawiska.
- Akceptacja przemocy politycznej jest najwyższa wśród młodych Amerykanów, co potwierdzają badania Gallupa i sytuacje, w których młodzi sprawcy dopuścili się aktów przemocy.
- Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Dziennikarka Politico Dasha Burns wspominała później, że zmierzając na kolację korespondentów akredytowanych przy Białym Domu, uświadomiła sobie przerażającą rzecz.
Wiozący ją kierowca Ubera zapytał o powód zamieszania w mieście i Burns zaczęła tłumaczyć, że chodzi o doroczną uroczystą kolację w waszyngtońskim Hiltonie, w którym po raz pierwszy w historii weźmie udział prezydent Donald Trump (który, w przeciwieństwie do swoich poprzedników, dotychczas unikał tego wydarzenia), a wraz z nim również szereg najważniejszych oficjeli z obecnej administracji.
I w momencie, kiedy to mówiła, zrozumiała, jak niebezpieczne to wydarzenie - prezydent, wiceprezydent, sekretarze stanu, obrony, zdrowia, szef FBI i wielu innych, wszyscy w jednym, zatłoczonym pomieszczeniu (blisko 2000 osób, ponad 260 blisko rozstawionych stołów). A wszystko to w hotelu, który mimo prestiżowego wydarzenia pozostaje otwarty dla zwykłych gości. Burns relacjonuje, że w tamtym momencie wysłała do męża wiadomość, obawiając się możliwych dramatycznych wydarzeń.

Prezydent na celowniku
Cole Tomas Allen z Kalifornii został oskarżony o próbę zabójstwa prezydenta Donalda Trumpa. W najbliższych dniach z pewnością pojawi się więcej informacji o zamachowcu - niezależnie od śledczych dziennikarze już wyruszyli na przedmieścia Los Angeles, gdzie Allen mieszkał i poszukują ludzi, którzy z nim pracowali, studiowali na Caltech, którym pomagał w nauce itd.
Będą też drobiazgowe analizy tego, jak zabezpieczone zostało samo wydarzenie. Już teraz pojawiają się liczne wątpliwości - niezbyt skrupulatne weryfikowanie tożsamości gości, brak prześwietlania toreb i torebek. Do tego można spodziewać się rozmaitych prób wyzyskania tego incydentu politycznie. Prezydent już podjął próbę przekonania opinii publicznej, że próba zamachu dobitnie wskazuje na konieczność budowy sali balowej przy Białym Domu, co obecnie utrudniają decyzje sądowe.
W tle pojawia się jednak istotniejsze pytanie: dlaczego dochodzi do kolejnych tego rodzaju aktów przemocy i co to mówi o sytuacji politycznej w USA?
Donald Trump przeżył już wcześniej zamachy na swoje życie. W czasie kampanii wyborczej w 2024 roku został postrzelony w Butler, w Pensylwanii. W tym samym roku inny zamachowiec zaczaił się na niego w pobliżu pola golfowego na Florydzie, na którym Trump spotkał się ze swoim przyjacielem Stevem Witkoffem.
Powierzchowna interpretacja mogłaby się więc opierać na założeniu, że na celowniku zamachowców znalazł się sam przede wszystkim Donald Trump, a intensywność podejmowanych przez nich prób wynika z wyjątkowo negatywnego obrazu prezydenta w części mediów. Zatem: polaryzacja, która zaszła za daleko.
Więcej politycznej przemocy?
Sam Trump widzi w tych kolejnych próbach dowód na to, jak skutecznym jest prezydentem. Gdyby niczego nie zmieniał, nie byłoby powodu do zamachów. Przekonuje jednak, że obecna sytuacja nie jest nadzwyczajna.
- Cofnijmy się o 20, 40, 100, 200, 500 lat - to zawsze tam było. I nie jestem pewien, czy teraz jest tego więcej niż kiedyś - odpowiedział, pytany o motywowaną politycznie przemoc.
W ostatnich dniach wielokrotnie przypominano, że przed tym samym hotelem Hilton, gdzie w weekend odbywała się kolacja korespondentów, doszło w 1981 roku do zamachu na prezydenta Reagana. W zamachach zginęli prezydenci:
- Lincoln,
- Garfield,
- McKinley
- i Kennedy.
Ofiarami ataków padały również inne wpływowe postaci życia publicznego - jak pastor Martin Luther King. Czy zatem rzeczywiście nie ma powodu, by w tych ostatnich próbach zamachów dopatrywać się jakiegoś większego i bardziej niepokojącego trendu?

Amerykanie są innego zdania. W badaniu Pew Research Center aż 85 proc. ankietowanych jest przekonanych, że problem przemocy na tle politycznym w USA narasta. Nie ma natomiast zgody, kto ponosi za to odpowiedzialność. Wyborcy republikanów uważają, że problemem jest przede wszystkim przemoc ze strony lewicy, demokraci - że jest dokładnie odwrotnie. Tę intuicję zdają się potwierdzać naukowe analizy - przemocy politycznej miało być w ostatniej dekadzie znacznie więcej, na skalę niewidzianą w Stanach Zjednoczonych od lat 70. ubiegłego wieku.
Nie brakuje aktów przemocy trafiających na nagłówki:
- zabójstwo prawicowego aktywisty Charliego Kirka,
- zabójstwo prezesa UnitedHealthcare Briana Thompsona,
- atak na dom Sama Altmana z OpenAI,
- zabójstwo demokratycznej polityczki z Minnsesoty Melissy Hortman i jej męża.
To wszystko zdarzenia z ostatnich miesięcy. Co sprawia, że problem politycznej przemocy narasta?
Niespokojna epoka
Ostatni raz Stany Zjednoczone doświadczały intensyfikacji przemocy motywowanej politycznie na przełomie lat 60. i 70. XX wieku. To były czasy wojny w Wietnamie i wojen w Izraelu (1967 r. i 1973 r.). Czas studenckich protestów i hipisów. Czas walki o prawa obywatelskie, walki z segregacją na amerykańskim południu. Zaczynała się epoka telewizji. Ciążyła zimnowojenna rywalizacja z ZSRR. Rozchwianiu uległ też system partyjny - demokraci stopniowo opowiadali się coraz mocniej przeciw segregacji i tracili swój historyczny bastion w południowych stanach. Republikanie przesuwali się na prawo za sprawą konserwatystów takich jak Barry Goldwater.
Był to czas zmian, zamętu i wielkich obaw o przyszłość.
Dziś jest natomiast wojna w Iranie i na Ukrainie. Rywalizację z Moskwą zastąpiła rywalizacja z Pekinem. Jak kiedyś krajobraz polityczny zmieniała telewizja, dziś zmieniają (nawet bardziej) media społecznościowe. Do tego kryzys z 2008 roku, pandemia, nieudane wojny w Afganistanie i Iraku, kryzys imigracyjny. Ekspansja sztucznej inteligencji. Do tego, podobnie jak i wtedy, chwieje się system partyjny. Partię Republikańską przejął Donald Trump. Demokraci otrząsają się z klęski wyborczej w 2024 roku i szukają dla siebie nowej drogi.
Kiedy kraj zdaje się pogrążać w chaosie, decyzja o sięgnięciu po drastyczne środki może łatwiej znaleźć uzasadnienie.
Ale jest jeszcze drugi kluczowy element: brak wiary w sprawczość. Wątpliwości, czy głosem w wyborach można coś zmienić. Według badań:
- ledwie 28 proc. Amerykanów uważa, że demokracja działa,
- a 17 proc. ankietowanych ufa własnemu rządowi.
Do tej pory większą nieufność do demokratycznych procesów można było zaobserwować po stronie amerykańskiej prawicy - czego dobitnym wyrazem był szturm na Kapitol 6 stycznia 2021 roku, kiedy tłum zwolenników Trumpa próbował powstrzymać certyfikację rezultatu wyborów.
Jednak przegrane wybory w 2024 roku, chaos w Partii Demokratycznej, masowe zwolnienia urzędników, kolejne próby naginania prawa przez obecną administrację - wszystko to złożyło się na wzrost poczucia bezsilności również po drugiej stronie politycznego podziału. W pierwszych miesiącach tej kadencji Trumpa demokraci nie potrafili nawet zorganizować większej manifestacji przeciwko działaniom prezydenta (zmieniły to dopiero protesty pod hasłem "No kings").
Poczucie bezprecedensowego zagrożenia i chaosu z jednej strony, a bezsilności w sferze publicznej z drugiej może powodować, że przemoc wydaje się bardziej akceptowalna. Badania Marist Poll pokazują, że pomiędzy marcem 2024 a wrześniem 2025 odsetek Amerykanów uznających, że przemoc może być konieczna, by przywrócić państwo na właściwe tory, wzrosła z 20 do 30 proc. Zmiana nastrojów widoczna jest przede wszystkim wśród wyborców demokratów (z 12 do aż 28 proc.) i wśród wyborców niezależnych (z 18 do 25 proc.).
Dziennikarka kradnie cytryny, a młodzi chcą naprawić sytuację siłą
Ostatnie kilkanaście lat nie jest łatwe dla młodych Amerykanów - coraz większe problemy na rynku pracy i rynku mieszkaniowym, brak perspektyw, by w przyszłości osiągnąć porównywalny albo lepszy poziom życia od swoich rodziców i w związku z tym poczucie coraz rosnącej niesprawiedliwości.
Część z nich zwróciła się w 2024 roku ku Donaldowi Trumpowi, który obiecywał Amerykę znowu wielką (i przeżyła rozczarowanie, co pokazują obecne sondaże), inni zwątpili w kapitalizm i szukają rozwiązań lewicowych, a nawet rewolucyjnych.
Pewnym odbiciem tych nastrojów była niedawna rozmowa Jii Tolentino z "New Yorkera" i Hasana Pikera, popularnego, radykalnie lewicowego influencera. Konwersacja dotyczyła tego, czy zwykli obywatele mają obowiązek przestrzegania prawa, jeśli wielcy tego świata nie stosują się do obowiązujących zasad. Dziennikarka przyznała, że w ramach protestu… kradnie cytryny ze sklepów sieci Whole Foods. Piker poparł natomiast kradzieże z Luwru.
Ta rozmowa zaprowadziła ich w końcu do zabójstwa dyrektora UnitedHealthcare - której co prawda nie poparli, ale zgodzili się, że ze względu na "społeczne morderstwa", których dopuścił się Brian Thompson i jego towarzystwo ubezpieczeniowe, można zrozumieć ludzi, którzy w internecie cieszyli się z jego śmierci i celebrowali mordercę.
Akceptacja dla politycznej przemocy jest najwyższa właśnie wśród młodych wyborców - ankieta Gallupa pokazuje, że wśród osób pomiędzy 18. a 29. rokiem życia aż 30 proc. zgadza się, że czasem można się do niej uciec. Wśród wyborców powyżej 60-tki to ledwie 4 proc. Zamachowiec z Butler miał 21 lat, zabójca Charliego Kirka 22 lata, zabójca dyrektora towarzystwa ubezpieczeniowego UnitedHealthcare - 26 lat, Cole Allen, który w weekend próbował dokonać zamachu w Hiltonie jest ledwie po 30-tce.
Andrzej Kohut














