Słowacja-Węgry. Pod pokrywą bulgocze niewygodny konflikt
Lider węgierskiej opozycji zarzuca premierowi Viktorowi Orbánowi zdradę. A konkretnie zdradę Węgrów żyjących na Słowacji. Orbán milczy bowiem po uchwaleniu kontrowersyjnego prawa u północnego sąsiada. To milczenie nie jest przypadkiem.

W ostatnich dniach ubiegłego roku w słowackim kodeksie karnym znalazła się nowa sankcja. Za "negowanie powojennego porządku pokojowego po II wojnie światowej" grozi sześć miesięcy pozbawienia wolności.
Czy słowackie więzienia wypełnią się prawicowymi węgierskimi politykami (Fideszu i Mi Hazánk), którzy od lat nie godzą się z powojennym układem świata?
Pierwszym byłby László Kövér, przewodniczący węgierskiego Zgromadzenia Krajowego. Polityk ten słynie z długich rozpraw o historycznej niesprawiedliwości. Nieco ponad dekadę temu, w grudniu 2015 roku, udzielił wywiadu prorządowemu dziennikowi "Magyar Nemzet", gdzie stwierdził: "Państw, w których systemie prawnym do dziś żyje i jest stosowana zasada winy zbiorowej (dekrety Beneša), nie należało w ogóle przyjmować do Unii Europejskiej".
Kontekst wypowiedzi dotyczył "podwójnych standardów", jakie miała wykazywać Unia Europejska w tamtym okresie. Z jednej strony krytykowała Węgry za naruszanie praworządności, z drugiej zaś miała nie zważać na pozostające w mocy dekrety Beneša, które po II wojnie światowej pozbawiły praw i mienia mniejszości węgierską oraz niemiecką.
Jego wypowiedź wywołała zarówno w Czechach, jak i na Słowacji furię. Ministerstwa Spraw Zagranicznych obydwu państw wezwały węgierskich ambasadorów na konsultacje. Głos zabrali także premierzy: Czech - Bohuslav Sobotka, a także Słowacji - Robert Fico (ówczesny i obecny). W ich ocenie Kövér, nie tylko marszałek parlamentu, ale także jedna z najważniejszych postaci Fideszu, dopuścił się "niedopuszczalnego podważania powojennego ładu".
Dzisiaj Robert Fico i Viktor Orbán udają, że tematu nie ma. Żadnemu nie kalkuluje się podgrzewanie konfliktu, który stanowi w relacjach węgiersko-słowackich odbezpieczony granat. Co najciekawsze, najostrzejszymi krytykami nowego prawa stali się przedstawiciele węgierskiej i słowackiej opozycji - TISZA Pétera Magyara i Postępowa Słowacja pod wodzą Michala Šimečki.
Sytuacja jest tym ciekawsza, że ujawnia kolejny spór między węgierską diasporą a Fideszem.
Wcześniej doszło do sporu między RMDSZ (Demokratycznym Związkiem Węgrów w Rumunii) a Orbánem po tym, jak premier w wyborach prezydenckich w Rumunii (w maju 2025 r.) poparł antywęgierskiego kandydata, przedstawiciela partii AUR George'a Simiona.
To tym ważniejsze, że diaspora stanowiła dotychczas naturalne zaplecze głosów dla Fideszu w każdych kolejnych wyborach. To się zapewne co do zasady nie zmieni, ale przynajmniej część wyborców może zechcieć zagłosować na największego konkurenta Viktora Orbána - Pétera Magyara.
No dobra, ale o co chodzi z tymi dekretami?
Czym są dekrety Beneša? Przypomnijmy. W 1920 r. i 1947 r. podpisano z Węgrami dwa traktaty jako państwem przegranym obu wojen światowych. Węgry w wyniku tych postanowień utraciły setki tysięcy kilometrów kwadratowych powierzchni, a także miliony obywateli.
Część postanowień Traktatu z Trianon z 1920 r. zostało cofniętych w następstwie arbitraży wiedeńskich. Węgry, współpracując z Trzecią Rzeszą, odzyskały część ziem, by bezpowrotnie utracić je w wyniku "małego Trianon" - to jest porozumienia paryskiego z 1947 r.
Ta umowa międzynarodowa regulowała również status Zakarpacia. Dotyczyła także "Górnych Węgier", to jest terenów dzisiejszej Słowacji.
Dekrety Beneša to seria 143 aktów prawnych wydanych w latach 1940-1945 przez prezydenta Czechosłowacji na uchodźstwie, Edvarda Beneša.
Dotyczyły wielu zagadnień państwowych, m.in. mniejszości narodowych: niemieckiej i węgierskiej. Podstawowym celem dekretów w tym aspekcie była likwidacja obydwu mniejszości na terytorium odradzającej się Czechosłowacji. W celu realizacji tego zamiaru zdecydowano o odebraniu obywatelstw osobom o narodowości niemieckiej i węgierskiej, konfiskacie majątków bez odszkodowania, a także o przymusowych wysiedleniach i przesiedleniach.
Transfer ludności w przypadku Węgrów wyniósł według różnych wyliczeń 70-100 tys. osób. Czechosłowacki parlament w 1946 r. uroczyście dekrety ratyfikował, tym samym stały się one fundamentem powojennego ładu prawnego kraju. Uznano, że mniejszości niemiecka i węgierska były "piątą kolumną", która doprowadziła do rozbicia Czechosłowacji w 1938 r. (układ monachijski). Jak uznano, każdy Niemiec i Węgier jest winny zdrady, chyba że udowodni, iż czynnie walczył z okupantem.
Chociaż dekrety do dziś pozostają częścią porządku prawnego Czech i Słowacji (po rozpadzie Czechosłowacji w 1993 r.), są one "martwe" (nie stosuje się ich do nowych spraw), jednak rządy obu krajów odmawiają ich uchylenia, bojąc się roszczeń odszkodowawczych za skonfiskowane mienie. Ale formalne obowiązują i to jest zarzewie konfliktu.
Sytuacji nie zmieniła także integracja europejska Czech i Słowacji. W procesie negocjacji akcesyjnych Niemcy oraz Węgrzy podnosili argument, że Unia Europejska opiera się na Karcie Praw Podstawowych zakazującej dyskryminacji ze względu na narodowość i chroniącej prawo własności.
By rozwiać wątpliwości, Parlament Europejski zamówił niezależne analizy prawne, z których wynikało, że dekrety co prawda obowiązują, jednak pozostają "historycznym faktem" i obecnie nie wywołują już nowych skutków prawnych (nie konfiskuje się już na ich podstawie majątków). A ponieważ dekrety nie są aktywnie stosowane wobec obecnych obywateli UE, to nie stanowią formalnej przeszkody w akcesji.
Pragmatyczna współpraca kosztem diaspory
Pamiętam, gdy Fidesz doszedł do władzy wiosną 2010 r., a jedną z pierwszych decyzji nowego parlamentu, w którym Orbán dysponował większością konstytucyjną, było ustanowienie dnia jedności narodowej 4 czerwca (w rocznicę Trianon) oraz przyjęcie ustawy o podwójnym obywatelstwie.
Na Słowacji trwała wówczas kampania wyborcza, a premierem był Robert Fico, który ubiegał się o reelekcję. Warto nadmienić, że premierem na Węgrzech był przecież Viktor Orbán. Fico osobiście doprowadził do przyjęcia na Słowacji ustawy, która zakazywała podwójnych obywatelstw. Jak wówczas stwierdził, węgierskie ustawodawstwo "to zagrożenie dla istnienia Słowacji", a także: "rewizjonizm, zagrożenie dla życia i plaga".
Aktorzy tych wydarzeń to ci sami ludzie, którzy swoje funkcje pełnią dzisiaj. Wzajemna co najmniej niechęć Ficy i Orbána ustąpiła miejsca pragmatyzmowi. Przełom przyniósł kryzys migracyjny w 2015 r. i wspólna węgiersko-słowacka krucjata przeciwko mechanizmowi relokacji migrantów.
Od 2015 r. Viktor Orbán praktycznie przestał wypowiadać się na temat sytuacji węgierskiej diaspory na Słowacji. Spotkałem się wielokrotnie z określeniem, że zostali oni wręcz "sprzedani" dla doczesnych korzyści politycznych. Jakich? Np. blokowania działań Unii Europejskiej wobec czy to Węgier, czy Słowacji, tam, gdzie niezbędna do podejmowania konkretnych kroków jest jednomyślność.
Orbán ma też w Ficy stronnika w sprawie blokowania inicjatyw UE na rzecz Ukrainy, przede wszystkim sprzeciwiania się przekazaniu zamrożonego rosyjskiego majątku ulokowanego głównie w Belgii. Oficjalnie relacje węgiersko-słowackie są świetne i nie zmienia tego sytuacja związana ze zmianami w słowackim kodeksie karnym.
Słowacja-Węgry. Skąd się wzięła kontrowersyjna ustawa
Ustawa podpisana przez prezydenta Słowacji Petera Pellegriniego, który wygrał wybory także dzięki wsparciu węgierskiej diaspory, została zgłoszona przez koalicyjną Słowacką Partię Narodową (SNS), która historycznie niemal od zawsze pozostaje silnie antywęgierska. Premier i jego otoczenie nie poświęcą dobrych relacji w koalicji dla dobra węgierskiej społeczności. Radykalizacja przekazu słowackiej koalicji ma także za zadanie odwrócenie sondażowych spadków.
Co ciekawe, najsilniej w spór zaangażowała się liberalna partia opozycyjna - Progresywna Słowacja. To stanowi ogromne narracyjne wyzwanie dla Fideszu. Liberałowie i ochrona mniejszości narodowych? To się nie godzi. Ale problem jest poważniejszy. Zaangażowanie w spór Progresywnej Słowacji wymusiło reakcję na lojalnej wobec Orbána partii mniejszości węgierskiej na Słowacji: Aliancia/Szövetség. Jej lider László Gubík wziął udział w antywęgierskiej manifestacji w Bratysławie i co więcej - przemawiał na niej.
Jak zauważa publicystka Beata Balogová na łamach opozycyjnego węgierskiego tygodnika "HVG", słowaccy liberałowie w tym "sojuszu" z węgierską mniejszością widzą szansę. Gdyby bowiem to środowisko polityczne dostało się do parlamentu (ostatnim razem im się to nie udało - poparcie wyniosło 4,38 proc.), po ewentualnym zwycięstwie Progresywnej Słowacji w wyborach, do koalicji mogliby oni zaprosić właśnie mniejszość węgierską, a nie partię byłego premiera - Igora Matoviča.
TISZA na manifestacji w Budapeszcie
W sobotę w Budapeszcie odbyła się manifestacja w obronie praw węgierskiej mniejszości na Słowacji. Została ona zorganizowana przez studentów i była w założeniu apolityczna. Pojawili się na niej przedstawiciele różnych środowisk od skrajnej prawicy po TISZĘ - największą partię opozycyjną. Jej lider Peter Magyar widzi w tym zamieszaniu ogromną szansę.
Już latem zaczął bowiem zabiegać o poparcie mniejszości poza granicami - w Rumunii. Dotarcie do potencjalnych wyborców na Słowacji jest szczególnie trudne. Wszystko dlatego, że do 2022 r. posiadanie podwójnego obywatelstwa na Słowacji było niemożliwe (ujawnienie posiadania paszportu innego niż słowacki mogło skutkować pozbawieniem słowackiego obywatelstwa).
Choć przepisy nieco złagodzono, wielu Węgrów mieszkających na Słowacji nadal nie posiada formalnie węgierskiego paszportu, co wyklucza ich z udziału w wyborach na Węgrzech.
W niedzielę Magyar napisał w sieci, że Orbán zdradził Węgrów na Słowacji i w Rumunii. Przypomniał, że 23 października 2025 r., w czasie posiedzenia Rady Europejskiej, Węgry reprezentowane były przez słowackiego premiera, który - tu cytat - "chce wysyłać do więzień słowackich Węgrów. Nazywamy to zdradą".
Warto wskazać, że Magyar komunikuje się językiem typowym dla Fideszu, pisząc o Węgrach słowackich. Posługuje się historycznym nazewnictwem, to jest takim sprzed 1920 r., w którym część dzisiejszej Słowacji była częścią Węgier. Ten węgierski obszar Słowacji określano mianem "Górnych Węgier", węg. Felvidék.
Magyar po marszu w Budapeszcie zadeklarował, że minister spraw zagranicznych przyszłego rządu TISZA niezwłocznie skontaktuje się ze swoim słowackim odpowiednikiem. Jak dodał: "oczekujemy natychmiastowych wyjaśnień oraz wycofania przepisów prawnych grożących Węgrom więzieniem". Magyar zagroził, że jeżeli "nie nastąpi to w krótkim, określonym terminie", wydali ambasadora Słowacji.
A prorządowe media? Po marszu 3 stycznia wreszcie nieco więcej się o tej sprawie pisze. W "Mandinerze" ukazał się tekst, w którym autor wyraża radość z powodu "apolitycznego" protestu. Uderza też w TISZĘ, twierdząc, że jest to ugrupowanie liberalne, a środowisko to od zawsze gardziło tematami związanymi z mniejszością narodową.
Wraca też narracja przywołanego na wstępie tego tekstu László Kövéra. Winna bowiem nowemu prawu jest…Unia Europejska, która się tą sprawą nie zajęła, a gani Węgry za brak praworządności.
Okres świąteczno-noworoczny nie wyciszył tematu, co więcej, jest o nim coraz głośniej. Z tego powodu, w kontekście nadchodzących wyborów, prawdopodobnie czy to szef MSZ, czy wreszcie sam premier, będą musieli się określić. A Magyar tylko na to czeka.
Dominik Héjj














