Ponad połowa ludzkości mieszka w miastach. Coraz więcej osób się do nich przeprowadza. W cyklu "Międzymiastowa" na łamach Interii Paulina Wilk przygląda się wielkim globalnym metropoliom i nieznanym miasteczkom. Mierzy puls codzienności, ogląda z bliska współczesne fenomeny i pyta o naszą zurbanizowaną przyszłość.
Wszystko toczy się w zwolnionym tempie. Dłużej czeka się na autobus, jest czas, żeby popatrzeć, jak wybijają studzienki, a chłopcy sklepowi po drugiej stronie ulicy odpychają wodę gumowymi ściągaczkami. Pilnują, by nie wlała się do środka, a podchodzi już do progu. Wolniej przesuwają się samochody w korku. Szyby parują. Wilgotno w środku taksówki, na zewnątrz - ściana wody. Na chodnikach potoki po kostki.
Ludzie suną, rozpychają wodę na boki, tworzą się małe fale. Strugi pędzą ku rynsztokom, ale w nich się nie pomieszczą, woda płynie dalej ulicami, chwilami pod prąd i wbrew fizyce, gdy na środku skrzyżowania spotykają się i spierają napływające różnymi drogami rzeczki. Część próbuje iść w górę, część ścieka schodami do stacji metra i przejść podziemnych, przetacza się ze Wzgórza Malabarskiego, z drogich willi i ogrodów, ku zatoce Back Bay.
Ale co z tego, skoro woda jest tu wszędzie, skoro pędzące od południa wiatry sezonowe pchają teraz na to potężne miasto - zbudowane przecież na morzu, z kilku połączonych sztucznie wysp - wielkie masy wody.
Zobacz również:
Wielka woda wśród ludzkiej powodzi
System kanalizacji Mumbaju jest stary i połączony z morzem. Gdy poziom wody jest wysoki, ta deszczowa nie ma się gdzie podziać i stoi w mieście. Podniesione bariery przeciwpowodziowe chronią przed zalaniem wodą morską, ale gdy są aktywowane, tę deszczową także zatrzymują. Jej wypompowywanie to powolny i bolesny proces, szczególnie w niżej położonych dzielnicach, jak Sion czy Andheri.
Budowa nowego systemu kanalizacyjnego zaczęła się po powodzi w 2005. Idzie jak po grudzie, jak większość projektów infrastrukturalnych w Indiach, opóźnia je słaba organizacja pracy, niskiej jakości materiały budowlane, wyzwania prawne, jak choćby to, że plany wymagają przesiedlania ludzi w mieście, w którym nie ma skrawka wolnego miejsca - wszystko zajęte, zatłoczone, okupowane.
W granicach Mumbaju żyje ponad 12,5 mln osób, w okolicach - kolejne 6 mln. Dodatkowe kilka milionów co dzień dojeżdża tu do pracy. A wszystko to szacunki oficjalne, najpewniej zaniżone.
Nie ma takiego miasta, takiej infrastruktury, która dotrzymałaby kroku tej ludzkiej powodzi.
Miasto stoi, miasto się zanurza
Wszystko w Mumbaju występuje z brzegów, przerasta granice racjonalności - to jedno z najtrudniejszych do życia, a także najdroższe dla mieszkańców, miasto Indii. Mimo to jego magnetyczna siła jest nie do zatopienia, populacja tylko rośnie.
Po wschodniej stronie półwyspu, na którym założono miasto, przy Apollo Bandar stare kamienne umocnienia i wystawna Brama Indii zbudowana z okazji wizyty brytyjskiego Króla Jerzego V sto lat temu, w monsunie chłostane są wysokimi brunatnymi falami z zatoki. Wygląda to przestraszająco: co rusz skłębiona bura masa z grzywą na wierzchu przewala się przez kamienne obmurowanie, rozbija się i podpływa pod słynny Taj Mahal Palace Hotel.
Ikoniczny budynek wystawiony w unikalnym dla Mumbaju stylu indosaraceńskim przetrwał atak terrorystyczny i 121 monsunów, ten również wytrzyma. Ale część jego splendoru gaśnie, gdy niebo nad miastem zasnuwa szara zasłona. Wisi od kilku tygodni, odbiera metropolii blask i kolory.
Nie ma tłumów na zatopionej plaży Juhu ani spektakularnych zachodów słońca widocznych z promenady Marine Drive, ona także zmieniła się - z ulubionego deptaka rodzin, zakochanych i przyjezdnych - w wodną autostradę. Wystrojone w uniformy służby miejskie mokną dzielnie, odpompowując, co się da i odblokowując studzienki, do których płyną wszystkie dobra tego miasta: porwane buty i tablice rejestracyjna, torby foliowe, kawałki styropianu, liście i gałęzie.
Taksówka więcej stoi niż jedzie. Przyklejony na desce rozdzielczej słoniogłowy bóg Ganesia powinien usuwać stające przed podróżującymi przeszkody, ale dziś tylko miga na czerwono. Wycieraczki rozmazują ciepłą wodę. A tej leje się więcej i więcej.
Trzeba uważać, gdy otwiera się drzwi przy wysiadaniu. Bywa, że skłębione w rynsztokach potoki wlewają się do środka i podmywają siedzenia. Kierowca przeprasza, że nie może mnie wysadzić po drugiej stronie ulicy, pod świątynią Mahalakszmi, ale zawrócenie i przejazd tych 150 metrów zajęłyby nam pół godziny.
Miasto stoi, miasto się zanurza. Bez paniki, bez nadziei. Czeka. Jak uliczne psy, które kulą się i trwają - w wyłomach murów, pod mostami, w podcieniach i na tyłach straganów, których właściciele już przy pierwszych dziś kroplach rozpięli sezonowe konstrukcje z folii, chroniące rzędy bawełnianych koszul, stosy dezodorantów i skarpetek, budzików, ładowarek, soczystych mango i guaw.
Siedzą na taboretach, z nosami w smartfonach, z bosymi stopami wysuniętymi z zawilgotniałych klapek. Nieporuszeni. Byle do wieczora. Deszcz, nie deszcz. Klienci przyjdą po pracy, by wśród drobnych luksusów i świecidełek szukać odrobiny pocieszenia oraz tego, co naprawdę potrzebne.
To tylko kolejny monsun. Choć ludzie mówią, a pomiary potwierdzają, że tym razem wyjątkowo dotkliwy, że rekordowy. W połowie sierpnia przez pięć dni bez ustanku na Mumbaj lały się strumienie deszczu, notowania były najwyższe od lat, niosły ryzyko powodzi, która w 2020 r. kosztowała życie blisko tysiąca osób.
W ciągu pięciu dni na miasto runęło aż 800 mm deszczu na metr kwadratowy. To potężny cios nawet dla tak zaprawionej metropolii. Kombinacja niskiego ciśnienia nad Zatoką Bengalską i wiejących ze schodu wiatrów wywołała te wyjątkowe ulewy.
Niesłabnący duch Mumbaju
Dawniej monsunowe opady rozkładały się równomiernie od czerwca do września, porę nadejścia pierwszych deszczy udawało się przewidzieć nie co do dnia, a co do godziny. Publikowano je z wyprzedzeniem w gazetach, bo umęczony upałami półwysep wyczekiwał deszczu jak obietnicy ulgi.
W ostatnich latach rządzi nieprzewidywalność. Monsun uderzył w południowe wybrzeże o dziewięć dni wcześniej niż zwykle, po czym zaskakująco szybko przemieścił się na północ, do Mumbaju. I tak jak my przy pierwszych opadach śniegu narzekamy, że "zima znów zaskoczyła kierowców", tak w Indiach służby miejskie dały się zaskoczyć, zanim udrożniły odpływy kanalizacyjne.
Gwałtowne ulewy sprawiły, że ulice od razu zmieniły się w rzeki, lokalne pociągi stanęły. Jeden utknął na wiadukcie i trzeba było ewakuować pasażerów. Inne nie wyjechały, bo nasypy zalało, a hale dworców kolejowych zmieniły się w przytułki dla tych, którzy mieszkają na terenach zalewowych - głównie osób ubogich, żyjących w nieformalnej zabudowie albo na ulicach.
W takiej pogodzie zamyka się szkoły i biura, stanęło także lotnisko, trzeba było odwołać 250 lotów. Na skutek ulew i podtopień zginęło ponad 20 osób. A konsekwencje ekonomiczne są rozległe: stają usługi, chwieją się ceny na rynku nieruchomości, cierpią rolnicy - zalane są miliony hektarów upraw. Miasto odczuje brak dostaw, wyższe ceny warzyw i owoców już za kilka tygodni. No i będzie musiało ponieść koszty napraw: zawalonych wiaduktów, zapadniętych dróg, zerwanych połączeń elektrycznych.
Mimo to słynny duch Mumbaju nie słabnie. Ludzie żartują, że teraz najlepszą inwestycją w mieście bollywoodzkich snów, giełdy papierów wartościowych i luksusowych willi są… jachty i łodzie. Dawniej ulewy spowalniały miasto na cały sezon, wypełniały je melancholią i romantycznym duchem, sprzyjały obserwowaniu strug cieknących z dachów, recytowaniu poezji i tęsknocie za ukochanymi.
Dziś zwalnia tylko real, natomiast online życie pędzi dalej. W tym sezonie modne są żywe kolory, lekkie i szybkoschnące tkaniny, obszerniejsze kroje i krótsze nogawki. Byle jakoś dostać się do jednej z klimatyzowanych kawiarni czy restauracji, gdzie już po kilku minutach sprawy wrócą do normy. Monsun to także sezon radości z masala chai - intensywnie przyprawianej mlecznej herbaty, smażonych w głębokim tłuszczu warzywnych samos i opiekanej na rusztach kukurydzy.
W ciasnych uliczkach za Crawford Market, przed jednym z najstarszych meczetów w mieście, chłopcy rozgrywają mecze krykieta. Latają boso, bez koszulek, w mokrych spodenkach. Odchylają głowy, otwierają szeroko usta i biegnąc, piją deszcz prosto z nieba.
Paulina Wilk



















