Rzadki akt kapitulacji Donalda Trumpa
Groźby, prośby i sugestie nie pomogły. Donald Trump po raz pierwszy nie zdołał wymusić na republikańskich politykach swojej woli. I nie miał wyjścia: by ratować twarz, ogłosił, że jednak popiera ujawnienie akt sprawy Jeffreya Epsteina.

W skrócie
- Donald Trump początkowo sprzeciwiał się ujawnieniu akt Epsteina. Zmienił front pod presją Kongresu i własnej partii.
- Nacisk ze strony niezależnych republikanów i demokratów doprowadził do głosowania nad ujawnieniem dokumentów, mimo prób blokowania procesu przez prezydenta.
- Afera wokół Epsteina i dezorientacja Trumpa osłabiły jego pozycję wśród republikanów oraz ożywiły spory i kontrowersje wokół jego przywództwa.
- Nieżyjący już Jeffrey Epstein miał załatwiać najbardziej wpływowym osobom w USA stosunki z nieletnimi dziewczynami.
- Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Prezydent Donald Trump dokonał całkowitej wolty. I to po raz drugi. Pierwszy zwrot miał miejsce latem tego roku, kiedy Departament Sprawiedliwości ogłosił, że niesławny finansista popełnił samobójstwo i że nie odnaleziono listy jego domniemanych klientów, ani dowodów, że później ich szantażował.
Część ruchu MAGA (Make America Great Again - przyp. red.) reaguje oburzeniem. Ujawnienie szczegółów sprawy Epsteina miało wszak doprowadzić do ostatecznego rozliczenia z amerykańskimi elitami, osuszenia bagna, zaś Trump obiecywał doprowadzenie sprawy do końca w czasie ostatniej kampanii wyborczej.
Ale prezydent nagle zmienił zdanie. Ogłosił, że sprawa Epsteina to bzdura i nie warto się nią zajmować. Akta pisali ludzie Billa Clintona, Baracka Obamy i Joe Bidena, więc na pewno zawierają fałszerstwa. A poza tym i tak niczego tam nie ma, bo gdyby było coś szkodliwego dla republikanów, to już dawno by to ujawnili. Trump całymi tygodniami zabiegał, by akta sprawy nie ujrzały światła dziennego.
Teraz jednak znów zmienia front. "Republikanie w Izbie Reprezentantów powinni zagłosować za ujawnieniem akt Epsteina, bo nie mamy nic do ukrycia" - napisał w zaskakującym poście na Truth Social.
Był to rzadki akt kapitulacji ze strony Trumpa, któremu nie udało się zapanować nad republikańskimi politykami i własną bazą wyborczą. Po raz pierwszy w tej kadencji. Dlaczego tak się stało i co to oznacza dla przyszłości jego prezydentury?
Niewygodna petycja
Kluczem do legislacyjnych sukcesów Trumpa w Izbie Reprezentantów była niezwykła jednomyślność kongresmenów republikańskich wobec jego propozycji. Jedni głosowali "za" z lojalności i chęci budowania swojego wizerunku w ruchu MAGA, inni zaś z obawy, że prezydent, korzystając ze swoich zasięgów i środków finansowych skutecznie im utrudni pozostanie w Kongresie przy okazji następnych wyborów.
Ale przynajmniej jeden kongresmen od dłuższego czasu stawia na konfrontację z Trumpem - Thomas Massie.
Spierał się z nim już w pierwszej kadencji. Potem poparł Rona DeSantisa jako republikańskiego kandydata w 2024 roku, a jeszcze później ostro krytykował Trumpa za atak na Iran i głosował przeciwko jego "wielkiej, pięknej ustawie". Teraz postanowił postawić się Trumpowi w sprawie Epsteina i razem z demokratycznym kolegą Ro Khanną przygotował petycję zmuszającą Izbę do głosowania w sprawie akt.
Chodzi o mechanizm, dzięki któremu kongresmeni mogą pominąć spikera i stosowne komisje, domagając się głosowania za pomocą petycji, którą musi podpisać absolutna większość. Za tą propozycją ochoczo opowiedzieli się demokraci, którzy w podgrzewaniu atmosfery wokół sprawy Epsteina znaleźli sposób na szkodzenie prezydentowi i jego obozowi. Ale dołączyła do nich również grupa republikanów. Oprósz Massiego trzy kobiety zdecydowały się poprzeć wniosek: Marjorie Taylor Greene, Lauren Boebert i Nancy Mace.
W przeciwieństwie do samego Massiego były to reprezentantki lojalne wobec Trumpa i kojarzone z ruchem MAGA. To był sygnał ostrzegawczy: w samej bazie wyborczej Trumpa panowało ogromne niezrozumienie, dlaczego nagle transparentność w sprawie Epsteina przestała być ważna i chęć ujawnienia prawdy zaczynała wygrywać z oddaniem prezydentowi.
Jednak Trump nie zamierzał ustępować. Pod petycją brakowało jednego podpisu, by okazała się skuteczna. Wiadomo było, kto może go złożyć. W marcu zmarł demokratyczny kongresmen z Arizony, Raúl Grijalva, a we wrześniu w jego miejsce została wybrana jego córka, Adelita Grijalva. Od początku deklarowała, że poprze wniosek. Jednak spiker Mike Johnson postanowił wstrzymywać się z jej zaprzysiężeniem tak długo, jak będzie to możliwe, w czym pomógł mu shutdown - przez ponad miesiąc Izba Reprezentantów nie obradowała.
W tym czasie starano się wpłynąć na trzy republikańskie reprezentantki, by wycofały swoje podpisy. Doszło nawet do dość groteskowego spotkania w Situation Room w Biały Domu (tego samego, w którym gromadzą się najważniejsze osoby w administracji oraz wojskowi podczas sytuacji kryzysowych) z Lauren Boebert, podczas którego przekonywano ją do zmiany zdania.
Trump wdał się też w publiczny spór z niegdyś bardzo wobec niego lojalną Marjorie Taylor Greene. Wszystko na nic. Izba w końcu musiała się zebrać, by przegłosować koniec shutdownu, więc zaprzysiężenia nie można było dłużej odwlekać. Wkrótce po nim Adelita Grijalva złożyła brakujący podpis. Stało się jasne, że do głosowania dojdzie i Izba najprawdopodobniej opowie się za ujawnieniem akt.
"Wiedział o dziewczynach"
Jednak presja na prezydenta Trumpa zaczęła narastać również z innego powodu. Demokratom nie udało się zmusić republikanów oraz samego prezydenta do ustępstw podczas shutdownu. Część demokratycznych senatorów wyłamała się i to doprowadziło do ponownego otwarcia rządu. Dla Partii Demokratycznej był to trudny wizerunkowo moment.
Najprawdopodobniej, żeby przykryć tamtą kapitulację, grupa demokratycznych kongresmenów zasiadających w komisji prowadzącej własne dochodzenie ujawniła kilka maili Epsteina dotyczących samego Trumpa. Nie były to dokumenty z akt sprawy, a wiadomości pozyskane przez samą komisję. Później komisja upubliczniła również pozostałe maile będące w jej posiadaniu, w sumie ponad 20 tysięcy.
Dwie wiadomości były szczególnie niewygodne dla prezydenta.
W pierwszej, z 2011 roku, Epstein pisał do swojej współpracowniczki, Ghislaine Maxwell, że Trump spędził w jego domu całe godziny z jedną z ofiar (jej imię zostało wymazane z upublicznionej wersji). W drugim mailu, z 2019 roku, skierowanym do kontrowersyjnego dziennikarza Michaela Wolffa, autora książek o prezydenturze Trumpa, Epstein odnosił się do wielokrotnie powtarzanej przez prezydenta wersji, jakoby zmusił go do wystąpienia z klubu golfowego w Mar-a-Lago. Epstein przekonuje, że nigdy nie był jego członkiem i dodaje: "oczywiście, że wiedział o dziewczynach, skoro prosił Ghislaine, żeby przestać".
Te wiadomości tylko pogłębiły podejrzenia, że Trump chce ukryć jakąś niewygodną prawdę i dlatego tak usilnie stara się nie dopuścić do publikacji akt.
Narastający kryzys
Trump znalazł się w bardzo niewygodnej pozycji. Każdy dzień wałkowania sprawy Epsteina stanowił przypomnienie dla wyborców, że prezydent sam wywodzi się z elity, którą obiecał odsunąć od władzy. A teraz zajmuje się ukrywaniem jej grzeszków.
Jego upór w sprawie akt Epsteina stawiał też w coraz bardziej niewygodnej pozycji polityków Partii Republikańskiej. Część z nich zaczęła sygnalizować, że w nadchodzącym, wymuszonym petycją, głosowaniu nie opowie się przeciw. To zaś czyniłoby porażkę Trumpa dotkliwszą. Potem głosowanie przeniosłoby się do Senatu. Kolejna grupa polityków zostałaby postawiona przed fatalnym testem: lojalność wobec prezydenta i wyborcze konsekwencje czy sprzeciw (i zapewne również wyborcze konsekwencje).
Część polityków i komentatorów po stronie konserwatywnej zaczęła wprost wzywać do ujawnienia akt i krytykować prezydenta, najwyraźniej uznając, że Trump nie będzie rządził wiecznie, a w przyszłości głosowanie za ukrywaniem faktów w sprawie Epsteina może się okazać bardzo obciążające.
Pojawiły się głosy o możliwym rozłamie w ruchu MAGA. Szczególnie źle wyglądało zerwanie Trumpa z jedną z najbardziej wyrazistych postaci tego ruchu, Marjorie Taylor Greene.
Zwrot
Najprawdopodobniej widząc tę narastającą katastrofę, Trump i jego doradcy zdecydowali się na ucieczkę do przodu: zgodę na ujawnienie akt.
To przynajmniej częściowo rozwiązało problem, przynajmniej dla polityków Partii Republikańskiej. W Izbie Reprezentantów tylko jeden zagłosował przeciw. W Senacie ogłoszono jednomyślną zgodę. Republikanie mogą teraz wrócić do swoich stanów i okręgów wyborczych, by opowiedzieć, jak to stanęli po słusznej stronie w sprawie finansisty stręczyciela. Donald Trump odebrał nieco paliwa tym, którzy krytykowali go za próbę ukrywania szczegółów tej sprawy.
Prezydent Trump będzie się starał przekierować zainteresowanie opinii publicznej na inne osoby, które pozostawały w relacjach z Epsteinem. Prezydent wprost wezwał Departament Sprawiedliwości, by zajął się powiązaniami pomiędzy tym ostatnim a wpływowymi postaciami z Partii Demokratycznej. Nie trzeba było długo czekać ("New York Times" twierdzi, że było to zaledwie 217 minut) na potwierdzenie prokurator generalnej Pam Bondi, że prokuratura na Manhattanie przyjrzy się tej sprawie.
Na korzyść Trumpa będą działały również afery dotyczące innych postaci. Tylko w ostatnich dniach ze względu na swoje powiązania z Epsteinem wycofał się z życia publicznego były rektor Harvardu i były sekretarz skarbu Lawrence Summers. Takich przypadków będzie zapewne więcej.
Przełom?
Prezydentowi Trumpowi trudno będzie jednak odwrócić wszystkie konsekwencje ostatnich wydarzeń. Po raz pierwszy tak otwarcie przegrał z Kongresem. Do tej pory, za sprawą uległości republikanów, właściwie nie musiał się nim przejmować. Tym razem w oczywisty sposób przegrał wielotygodniową bitwę. Ostre spory, jak ten z Marjorie Taylor Greene, nie będą łatwe do wygaszenia, a zatem Trumpowi przybędzie krytyków w łonie jego własnej partii.
Ta asertywność republikanów w Izbie Reprezentantów może być również wczesnym sygnałem zmian, jakie zajdą w czasie nadchodzącej kampanii wyborczej - im bliżej będzie głosowania w listopadzie 2026 roku, tym bardziej politycy będą się przejmować własnymi wyborcami, a mniej lojalnością wobec prezydenta.
Ze względu na przedłużający się shutdown i brak obrad w Izbie kongresmenki, które podpisały się pod niewygodną dla Trumpa petycją, spędzały mniej czasu w Waszyngtonie, a więcej ze swoimi wyborcami. Od nich zaś słyszały raczej pochwały swojej bezkompromisowości w sprawie Epsteina. To również mogło wpłynąć na ich upór.
Jeszcze trudniej oszacować straty wizerunkowe poniesione przez Trumpa. Wątpliwości, teorie spiskowe i memy, które zostały w niego wymierzone, nie znikną. Afera Epsteina będzie to zyskiwała, to traciła zainteresowanie opinii publicznej - w zależności od nowych odkryć i skandali - ale pozostanie trwałym elementem tej drugiej kadencji Donalda Trumpa.
Andrzej Kohut
















