Rozpoczyna się długo wyczekiwany szczyt Chiny-USA. Jedna ze stron ma asa w rękawie
To najbardziej wyczekiwane spotkanie tego roku. Donald Trump po raz pierwszy w trakcie drugiej prezydentury spotka się twarzą w twarz z chińskim przywódcą Xi Jinpingiem. I to na jego własnym terenie - w chińskiej stolicy.

Pierwotnie wizyta miała być potwierdzeniem chęci poprawy relacji gospodarczych supermocarstw. Świat nękany takimi problemami jak rosnące ceny ropy naftowej z powodu wojny z Iranem zapomniał już o ubiegłorocznej wojnie celnej USA z Chinami. W tym konflikcie panuje zaledwie kruchy rozejm.
Rozmowy w Pekinie mały dać rozwiązania długoterminowe. Być może dadzą, ale w międzyczasie działania Trumpa na Bliskim Wschodzie wzmocniły karty przetargowe Pekinu. Bo każda porażka Stanów Zjednoczonych to dla Chin prezent.
Donald Trump w Chinach. Będą czerwone dywany
Kto w najmniejszym stopniu nawet zna chińską politykę, ten wie, że apele do przywódców Chin o "otwarcie" kraju można rozpatrywać w kategorii bożonarodzeniowych życzeń. Albo amerykańskiego "wishful thinking" - "myślenia życzeniowego".
Tymczasem, zmierzając do Chin, w takich kategoriach o wizycie wypowiada się Donald Trump. Przed wylotem do Pekinu Trump powiedział, że będzie prosił "swojego przyjaciela" Xi Jinpinga o otwarcie Chin dla towarzyszących mu w podróży prezesów amerykańskich koncernów.
W Chinach Donald Trump przyjęty zostanie z najwyższymi honorami. Będą czerwone dywany, uroczyste kolacje i deklaracje, z których chińscy przywódcy słyną.
Tylko czy przełoży się to na konkretne kwestie związane np. z dostępem do metali ziem rzadkich?
Chiny-USA. Nie spodziewajmy się fajerwerków
W zgodnej opinii ekspertów pozycja chińskich władz w relacjach z Amerykanami umocniła się.
Dr Marcin Przychodniak z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych tonuje oczekiwania wobec wyników spotkania Xi-Trump.
- Nie spodziewałbym się fajerwerków - mówi Interii. - Myślę, że najbardziej prawdopodobne jest wspólne oświadczenie po spotkaniu w Pekinie, że negocjacje nadal się toczą, ale idą w dobrą stronę - mówi ekspert.
Kwestie handlowe, które miały być główną osią rozmów podczas spotkań Xi i Trumpa, teraz akcentowane są w sposób szczególny. Bo mają też - choć na chwilę - odwrócić uwagę od negocjacji z Iranem i przeciągającej się blokady cieśniny Ormuz. Ta ostatnia z dnia na dzień stawia Trumpa w coraz gorszym świetle.
Czego chcą Chińczycy
W grze z Amerykanami w obecnej sytuacji spodziewać się można przynajmniej remisu ze wskazaniem na Pekin.
Trump wiezie do Chin to... co tak skrzętnie przed nimi chronił. Czego dowodem jest obecność na pokładzie Air Force One Jensena Huanga, prezesa koncernu Nvidia.
Najpierw podczas wojny celnej Trump zakazał eksportu do Chin produkowanych przez koncern zaawansowanych technologicznie półprzewodników. Kiedy zmienił zdanie, w USA uderzyli Chińczycy. Lokalnym firmom polecono, aby przesiadły się na półprzewodniki rodzimej produkcji. Mogą korzystać z Nvidii, ale tylko w celach badawczych.

Podczas ubiegłorocznej wojny celnej próby załagodzenia napięć przez wizyty prezesa Nvidii w Chinach były negatywnie odbierane i komentowane przez Trumpa. Jak zauważa agencja Reutera, Huanga teraz "dokooptowano" do składu delegacji w ostatniej chwili. Może to świadczyć o dość rozpaczliwych próbach amerykańskiej administracji przypodobania się Chińczykom.
Wizerunkowo Trumpa w Chinach ocieplać ma też obecność w delegacji Elona Muska. Właściciel popularnej w Państwie Środka Tesli przed Kongresem musiał tłumaczyć się z podejrzanych - zdaniem części amerykańskich analityków - relacji z Chinami.
Chińczycy chcą większej przewidywalności działań amerykańskiej administracji. Rzecznik chińskiego MSZ Guo Jiakun przed wizytą Trumpa stwierdził, że Chiny są gotowe do współpracy ze Stanami Zjednoczonymi, ale w duchu "równości, szacunku i wzajemnych korzyści". Zasad całkowicie podeptanych przez Amerykanów, którzy wbrew zdrowemu rozsądkowi przypierali Chińczyków coraz bardziej do negocjacyjnego muru. Skończyło się to wycofaniem się Amerykanów okrakiem z części ceł, kiedy okazało się, że objęły one sztandarowe amerykańskie telefony i komputery składane w Chinach.
Spotkanie Trump-Xi. Tajwan jak as w rękawie
Tajwan to temat, który na pewno pojawi się na agendzie rozmów. Jeśli Trump będzie chciał sukcesu w Pekinie, Chińczycy mogą mu to ułatwić. Ceną będzie kwestia dozbrajania Tajwanu.
USA mają realizować rekordowy kontrakt na dostawy uzbrojenia na wyspę na sumę 14 miliardów dolarów amerykańskich. Pekin - jak zwykle protestuje. Teraz ma jednak lepsze karty.
Dla Tajwanu wizyta Trumpa w Chinach to test, czy jego bezpieczeństwo nie stanie się kartą przetargową w szerszej transakcji między Waszyngtonem a Pekinem. Sam dialog USA-Chiny nie jest problemem. Problem pojawia się wtedy, gdy Trump sugeruje, że może rozmawiać z Xi Jinpingiem o sprzedaży broni Tajwanowi.
- W Tajpej uruchamia to alarm, bo Pekin nie powinien mieć wpływu na to, jak Tajwan wzmacnia własną obronę - mówi Interii Marcin Jerzewski, szef tajwańskiego biura European Values Centre for Security Policy.
Największe ryzyko nie polega na nagłej "zdradzie" Tajwanu, ale na stopniowej zmianie wektora w amerykańskiej polityce wobec wyspiarskiego kraju i jego głośnego sąsiada za miedzą: opóźnianiu pakietów uzbrojenia, łagodzeniu języka wobec Pekinu i tworzeniu wrażenia, że przyszłość Tajwanu można omawiać bez udziału samych Tajwańczyków - dodaje Jerzewski.
Z Tajpej dla Interii Tomasz Sajewicz












