Reklama

Reklama

Rosja: Szukały oprawcy z komisariatu. Pomógł im wyciek danych

"Zdejmę but i rozwalę ci nim głowę!", "Myślisz, że będę miał kłopoty? Putin kazał nam zabić wszystkich takich, jak ty!" - słyszały z ust funkcjonariusza rosyjskiej policji młode kobiety, które w Moskwie protestowały przeciw wojnie w Ukrainie. Mimo wielogodzinnych tortur na komendzie nie poddały się i postanowiły ustalić, kim jest ich oprawca. Wykorzystały przy tym dane, które wyciekły z popularnej aplikacji do zamawiania jedzenia.

Większość, bo 55 procent rosyjskiego społeczeństwa, popiera inwazję na Ukrainę, co w lipcu ustalili autorzy projektu socjologicznego "Chronika". Mniejszość sprzeciwiająca się zbrodniczej polityce Kremla w dużej mierze jest "milcząca", ale w państwie sterowanym przez Władimira Putina część obywateli, mimo represji władz ma odwagę wyjść na ulicę i manifestować sprzeciw wobec wojny.

Tak w marcu zrobiły młode kobiety, mające od 19 do 25 lat. Ich protest zorganizowany na ulicach Moskwy szybko stłumiły jednak służby. Panie, które przeważnie były wcześniej dla siebie obce, zostały zatrzymane i przewiezione do komisariatu Bratejewo.

Reklama

Tortury na moskiewskiej komendzie policji. "Człowiek w czerni" krzyczał, że jest bezkarny

BBC opisało, że początkowo opozycjonistki były w dobrych nastrojach, a podczas transportu na komendę zorganizowały nawet grupowy czat na Telegramie. Jednak u celu "podróży" czekał ich horror. Przez kilka godzin były brutalnie przesłuchiwane, torturowane i bite. Jedna z nich wspominała, że nieraz nie mogła oddychać, bo zakładano jej na głowę plastikową torbę.

Wyjątkowym sadyzmem wykazywał się zwłaszcza jeden z funkcjonariuszy, którego ze względu na strój nazwały "człowiekiem w czerni". Nie wiedziały, jak się nazywa, bo nie przedstawił się. Zapamiętały, że był wysoki, miał wysportowaną sylwetkę, a do pracy przyszedł w czarnej koszulce polo.

Wśród zatrzymanych znalazły się Marina i Aleksandra. Udało im się nagrać na smartfonach niektóre momenty przesłuchania. Utrwaliły więc, jak tajemniczy policjant wykrzykuje, że jest "całkowicie bezkarny". 

Wygrażał również: "Zdejmę but i rozwalę ci nim głowę!", "Myślisz, że będę miał kłopoty? Putin kazał nam zabić wszystkich (takich, jak ty)! I to jest to, Putin jest po naszej stronie!", "Jak cię zabiję, to dostanę premię".

Pomógł wyciek danych z aplikacji

Mimo gróźb i zastraszania kobiety - po tym, jak zostały wypuszczone do domów - postanowiły odkryć tożsamość brutalnego funkcjonariusza. Nie chciały odpuścić tego, że mężczyzna kopał je, wylewał na nie wodę, podduszał czy uderzał pistoletem.

Na nic jednak zdało się przeglądanie policyjnych stron internetowych, sukcesu nie przyniosła również "inspekcja" mediów społecznościowych. Niektóre ze skrzywdzonych manifestantek chciały się poddać, ale wtedy nastał przełom. 

Pod koniec marca doszło do ogromnego wycieku danych z aplikacji Yandex Food, służącej do zamawiania jedzenia. Kobiety sprawdziły, czy jakieś zamówienia wysyłano z komisariatu Bratejewo. Ujawnione informacje o klientach - a tych na wspomnianej komendzie było dziewięciu - składały się z imienia oraz numeru telefonu. 

Jednym z zamawiających posiłki był Iwan. To popularne imię w Rosji, ale te same dane odnalazły na innej witrynie, służącej m.in. do sprzedaży samochodów. Tam były również pełne personalia oprawcy: Iwan Riabow.

"Płakałam. Nie mogłam uwierzyć, że się udało"

Po tym odkryciu wystarczyło odszukać zdjęcie policjanta w mediach społecznościowych. Akcja zakończyła się powodzeniem, bo 19-letnia Anastasia rozpoznała funkcjonariusza na jednym z profili. - Zaczęłam płakać. Nie mogłam uwierzyć, że udało mi się to zrobić - mówiła w rozmowie z BBC.

Również inne skrzywdzone panie potwierdziły, że na fotografii jest okrutny policjant. Liczyły na to, że ujawnienie kim jest, skłoni państwowe władze do wszczęcia śledztwa, ale gdy opublikowały nagrania z komendy, komitet śledczy określił je jako "niewystarczające", by ruszyło postępowanie. Decyzji nie zmieniło nawet wsparcie jednego z polityków.

Opozycjonistki sprecyzowały, że to nie Riabow rządził komisariatem. Miał zielone światło, by torturować zatrzymane kobiety, które wydał "mężczyzna w beżu". Są zdania, iż cała komunikacja między policjantami odbywała się za jego pośrednictwem. 

Bez reakcji

Tym razem dziennikarze pomogli im odkryć, jak nazywa się zwierzchnik. BBC dotarło do artykułu lokalnej gazety sprzed 10 lat, w którym mowa o Aleksandrze Georgiewiczu Fedorinowie. Wizerunek osoby zamieszczony przy tekście wydawał się podobny do "mężczyzny w beżu". Przypuszczenia potwierdziło oprogramowanie do rozpoznawania twarzy.

BBC przesłało komitetowi śledczemu dowody na to, jak zbrodnicze praktyki są akceptowane przez Fedorinowa i że wspomniany policjant doskonale o nich wie. Jakakolwiek odpowiedź jednak nie spłynęła.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy