Rosja myśli, że zainstaluje sobie w Bułgarii nowego Orbana? No to się zdziwi
Rosja zapewne od dawna ma namiary na zwycięzcę wyborów w Bułgarii i próbuje wywierać na niego wpływ, ale niekoniecznie z pożądanym dla siebie skutkiem: Rumen Radew to zdecydowanie nie Viktor Orban. Pomijając już charyzmę Orbana i jego umiejętność gry znacznie powyżej posiadanych przez siebie kart, Radew bardziej podobny jest do premiera Słowacji Roberta Ficy.

Bułgaria to nie jest bogaty kraj. Jakiś czas temu, gdy jechałem z bułgarskiego Płowdiwu do Stambułu, to tym samym autobusem co ja do pracy w Turcji jechali obywatele Bułgarii.
Była to chyba jedyna granica Unii z krajem zewnętrznym, gdzie do saksy jeździ się nie do UE, a z UE. Większość z tych ludzi zapewne należała do mniejszości tureckiej bądź pomackiej (bułarskojęzyczni muzułmanie zamieszkujący głównie południową Bułgarię), ale fakt jest faktem: tych pracowników było całkiem sporo.
Bułgaria. Kraj niestabilny
Bułgarzy, oczywiście, jeżdżą nie tylko do Turcji. Wielu z nich wyjeżdża na Zachód, szczególnie od czasu wejścia do UE, gdy otworzyły się dla nich rynki pracy. Północno-zachodnie tereny Bułgarii są wręcz wyludnione. Można jeździć od wsi do wsi i oglądać puste domy, zabite deskami okna i drzwi, upadłe biznesy - restauracje i inne usługi, oraz stare, porzucone przy płotach samochody.
W mieście Łom nad Dunajem zamknięta była nawet siedziba partii radykalnej, a przecież takie właśnie najbardziej pasą się na biedzie, migracji i niezadowoleniu - nacjonalistycznej i prorosyjskiej Ataki.
Bułgaria to również nie jest stabilny kraj. Mimo wejścia do Unii Europejskiej i NATO, organizacji zrzeszających raczej dojrzałe i skutecznie działające demokracje, nadal pełna jest korupcji, politycy krążą pomiędzy salami sądowymi a plenarnymi, a od czasów pandemii koronawirusa rząd wybory parlamentarne odbywały się tam osiem razy. Startujące w nich partie nie były w stanie stworzyć stabilnie działającej większości.
W niedzielę tydzień po pamiętnych wyborach na Węgrzech przegranych przez Viktora Orbana, uważanego za człowieka Kremla w Europie, odbyły się kolejne wybory - przypomnijmy - ósme już w ciągu pięciu lat, w których, zgodnie z sondażami, zwyciężyła nominalnie socjaldemokratyczna Postępowa Bułgaria, partia byłego prezydenta tego kraju, Rumena Radewa, zdobywając, według exit polli, 37,5 proc. głosów.
A Rumen Radew to człowiek, który - choć obiecuje swoim wyborcom "demokratyczną, nowoczesną i europejską Bułgarię", w której przestaną rządzić oligarchowie i skończy się wreszcie etap słabych, krótko trwających rządów, uważany jest za potencjalnego "następcę" Orbana jako kremlowskiej wtyki w zachodnich organizacjach.
Sprzeciwia się wojskowej pomocy Ukrainie (w tym umowie wojskowej, którą Bułgarią zaledwie w marcu), a sankcje nakładane na Rosję uważa za nieskuteczne.
Rumen Radew "nowym Orbanem"? Zdecydowanie nie
Rosja zapewne od dawna ma namiary na Radewa i próbuje wywierać na niego wpływ, ale niekoniecznie z całkowicie pożądanym dla siebie skutkiem: Rumen Radew to zdecydowanie nie Viktor Orban.
Pomijając już charyzmę Orbana i jego umiejętność gry znacznie powyżej posiadanych przez siebie kart (rzadko się zdarza, by przywódca niewielkiego w końcu środkowoeuropejskiego kraju osiągnął pozycję, którą posiadał na świecie Orban), Radew bardziej podobny jest do premiera Słowacji Roberta Ficy (choć nazwa jego partii, paradoksalnie, kojarzyć się może z nazwą mocno antyficowskiej głównej partii opozycyjnej tego kraju - Postępowej Słowacji).
Postuluje łagodne obchodzenie się z Rosją, jednak bez niepotrzebnego konfliktowania się z Unią. No i, podobnie jak on, jest zamknięciem podkowy: deklaruje się jako lewicowiec, choć poglądy obyczajowe ma raczej konserwatywne i mało różni się pod tym względem od prawicowych PiS czy Fideszu.

I jeśli ktokolwiek miałby szansę na zajęcie miejsca Orbana w UE i NATO - byłby to właśnie Fico. Który po raz kolejny wybiera się w maju do Moskwy na organizowaną przez putinowską władzę paradę zwycięstwa. I po raz kolejny będzie miał problem, by polecieć tam nad terytorium krajów Europy Środkowej, sprzymierzonymi z Ukrainą i bojącymi się rosyjskiej dominacji.
Nie tyle za Rosją, co przeciw Borisowowi
Rumen Radew, były pilot wojskowy, w styczniu tego roku zrezygnował z głównie reprezentacyjnej funkcji prezydenta, by mieć realny wpływ na politykę. Zwyciężając w wyborach, swój cel osiągnął.
Nie wiadomo jednak, jak długo Rumen Radew będzie premierem, biorąc pod uwagę wspomnianą niestabilność polityczną Bułgarii.
Z wynikiem, który osiągnął, będzie musiał szukać koalicjanta. Nie znajdzie go na pewno w swoich największych przeciwnikach z opcji, która uplasowała się na drugim miejscu: w partii GERB Bojko Borisowa z wynikiem 16,2 proc.
Borisow natomiast, strongmen bułgarskiej polityki i jej wielokrotny premier, bohater licznych skandali politycznych i korupcyjnych oraz wielu protestów przeciwko swojej polityce - przyjął strategię prozachodnią: pronatowską, prounijną i proukraińską.
To przeciwko dominacji kojarzonego z rządami oligarchii i aferami GERB-u Radew oparł swoją kampanię. Mało kto się jednak spodziewa jednak, że utworzy koalicję ze skrajnie prawicowym i otwarcie prorosyjskim Odrodzeniem.
Ziemowit Szczerek












