Rolnik szuka pokoju. Korespondencja z Kambodży
Khun Sao na razie nigdzie nie wraca. Od trzech tygodni wraz z innymi mieszkańcami Trapeang Prasat koczuje ponad 100 km od domu. Ma 94 lata i mówi, że nie starczy palców u rąk i nóg, aby zliczyć, ile razy musiał uciekać z powodu wojen. W tej, przed którą ucieka obecnie, rolę mediatora postanowiły odegrać Chiny.

W skrócie
- Tajlandia i Kambodża podpisały kruche zawieszenie broni po tygodniach walk granicznych, jednak sytuacja wciąż pozostaje napięta przez wybuchy min i oskarżenia o prowokacje.
- Mieszkańcy Kambodży, tacy jak Khun Sao, zmuszeni byli do ponownej ucieczki z domów, żyjąc w tymczasowych schronieniach i czekając na realny pokój.
- Chiny angażują się jako mediator konfliktu, podczas gdy na pograniczu nadal pojawiają się nowe incydenty.
- Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Po prawie trzech tygodniach walk Tajlandia i Kambodża podpisały porozumienie o zwieszeniu broni. Kolejne w tym roku. Tym razem mediował nie Donald Trump, a chińskie władze. To kruchy rozejm.
Na pokojowej "mapie drogowej" wynegocjowanej podczas rozmów w Chinach nie zdążył wyschnąć atrament. Władze Tajlandii poinformowały, że na granicy w wyniku wybuchu miny przeciwpiechotnej ranny został kolejny tajlandzki żołnierz.
To właśnie wybuchy min przeciwpiechotnych doprowadziły do eskalacji konfliktu granicznego Tajlandii i Kambodży. Ten trwa od dziesięcioleci (rozpoczął się ponad 100 lat temu, gdy wytyczono granicę obu krajów po francuskiej okupacji - przyp. red.).

Kruche zawieszenie broni
W sobotę przedstawicieli armii obu państw podczas mediacji na terytorium Tajlandii (nie w smak to było Kambodży) zgodzili się na tymczasowe zawieszenie broni. To był wstępny warunek rozpoczęcia rozmów na wyższym szczeblu.
Te tym razem dyplomatów gościła nie Malezja, ale Chiny. Pekin wykorzystuje sytuację, aby pokazać się jako nowy "policjant" światowego pokoju. Tym bardziej, że chińska dyplomacja latem tego roku zaliczyła prestiżową porażkę na własnym podwórku. Pokój u sąsiadów i dobrych partnerów Chin wynegocjowali Amerykanie.
Chiny wkraczają do gry
Przez ostatnie dwa dni negocjacje dotyczące planu pokojowego Tajlandii i Kambodży prowadzone były w chińskiej prowincji Junnan. Uczestniczyli w nich szefowie dyplomacji zwaśnionych stron oraz Chin, które pozycjonują się jako gwarant pokoju w regonie.
Chińskie media kambodżańsko-tajlandzki konflikt nazywają "jednym z najpoważniejszych starć zbrojnych między krajami ASEAN-u od zakończenia zimnej wojny".
Pekin pozycjonują dziś jako kluczowy element układanki, który doprowadzi do trwałego pokoju. Tylko czy tym razem chińskie mediacje będą skuteczniejsze od amerykańskich?
Nowy incydent na granicy
Media nie zdążyły jeszcze przeanalizować postanowień pokojowej "mapy drogowej", kiedy władze Tajlandii poinformowały o kolejnym incydencie na granicy. Kiedy w Junnanie podpisywano dokument, na spornym odcinku granicy ponownie wybuchła mina przeciwpiechotna, poważnie raniąc tajskiego żołnierza.
Tajlandia - która ma niewspółmiernie większy od Kambodży potencjał wojskowy - oskarża sąsiada o podkładanie nowych min.
To wybuchy min przeciwpiechotnych za każdym razem stanowiły powód do wznowienia walk. Kambodża twierdzi, że min nie podkłada. Argumentuje, że jest jednym z najbardziej zaminowanych państw na planecie. To spuścizna wojny domowej i rządów Czerwonych Khmerów. Według władz Tajlandii nie wybuchają jednak miny produkcji sowieckiej, ale te wyprodukowane już w Federacji Rosyjskiej.
Trudno dotrzeć do prawdy. Faktem jest, że w tym roku na granicy z Kambodżą w wyniku wybuchu min zginęło lub zostało rannych 11 żołnierzy Tajlandii.
Khun Sao czeka na pokój przed muzeum min
Khun Sao, jego rodzina i kilkunastu sąsiadów z miejscowości Trapeang Prasat, którą musiał opuścić, koczują od trzech tygodni przed… Muzeum Min Lądowych. Znajduje się ono 30 km od Siem Reap. Zostało założone przez byłego żołnierza Aki Ra.

Khun Sao wie, co się dzieje, kiedy wybucha taka mina. Dlatego kiedy pytam, ile razy uciekał ze swego domu niespełna 20 km od granicy z Tajlandią, śmieje się, że nie zliczy na palcach rąk i nóg. - Ale cieszę się, że wciąż je mam - dodaje.
Sobotnie informacje o zawieszeniu broni 94-latek przyjął ze spokojem. Nie wyjechał jeszcze sprzed Muzeum Min Lądowych, choć wszyscy są gotowi do powrotu. Tu żyją wyłącznie z dobroci innych. Są rolnikami, a Kambodża nie jest zamożnym krajem. Jeśli nie są u siebie, nie uprawiają roli, to nie zarabiają pieniędzy.
- Chcemy, żeby to się jak najszybciej skończyło, żebyśmy mogli wrócić do siebie do domu - mówi Interii Tevy. Ma 45 lat. W Trapeang Prasat pozostał jej mąż. - Zostawiliśmy nie tylko domy. Ktoś musiał pilnować kur i wołów. Inaczej stracilibyśmy wszystko.
Pytam, czy nie mogli ich zabrać ze sobą.
- Nie było czasu. Pierwsze strzały padły 7 grudnia. Dzień później ziemia dudniła już od wybuchów i nie czekaliśmy na nic. Uciekliśmy tak, jak staliśmy. Mój mąż nie chciał z nami jechać, ktoś musiał przecież zostać do zwierząt - mówi Tevy.
Zakurzeni uchodźcy
Uchodźcom z Trapeang Prasat pomogła lokalna społeczność.
Rozmawiamy w przydrożnym schronieniu, bo ani chatą, ani tym bardziej domem tego nazwać nie można. Cztery bambusowe pale podtrzymujące dach pokryty słomą ryżową.
Kilkunastu uchodźców z granicy koczuje przed Muzeum Min Przeciwpiechotnych. Ktoś czyści ryby, ktoś inny gotuje ryż. Na rękach dwóch mam - niemowlęta. Pai Kimsien ma trzy miesiące i sześć dni. Jego mama - 38-letnia Kheng Sokhun nie ukrywa, że jest zmęczona całą sytuacją.
- Uciekałam w tym, co miałam na sobie. Uciekałam na pace ciężarówki z niemowlęciem na ręku. Dojechaliśmy przykryci kurzem - mówi Interii.
Niebezpieczeństwo w pobliżu atrakcji turystycznej
W miniony piątek, na kilkanaście godzi przed zawarciem rozejmu Kambodża oskarżyła Tajlandię o zbombardowanie pozycji położonych 100 km od spornej granicy.
Bomby spadły zaledwie 50 km od Siem Reap - głównego kurortu turystycznego Kambodży. To tu znajdują się świątynie kompleksu Angkor Wat uznawanego za jedną z najciekawszych atrakcji turystycznych na świecie.
- Bomby - zrzucone prawdopodobnie przez F-16 - spadły na polu 20 km od muzeum - mówi Interii Aki Ra, były żołnierz i założyciel muzeum. Za swoją działalność na rzecz rozminowywania Kambodży zyskał uznanie oraz tytuł CNN Hero, przyznawany przez amerykańską stację informacyjną.
Aki Ra nie wierzy, że obecnie na granicy wybuchają nowe miny.
- To my jesteśmy ofiarami tej agresji - mówi Interii.
Całe życie Thoma
Thom ma 20 lat. Pod schronieniem z ryżowej słomy jego żona karmi niemowlę. W tym roku przed wybuchami bomb uciekał już dwukrotnie.
- Tam zostały wszystkie moje wspomnienia, wszystko co znam, całe moje życie. Gdyby nie dziecko, już wrócilibyśmy do domu. Ale to ciężka droga i dlatego jeszcze zaczekamy. Może już jutro znów będę na swoim polu - mówi Interii.
Choć lokalne media piszą, że uciekinierzy powoli wracają do domów, to tu - przy Siem Reap - wciąż towarzyszy im atmosfera wyczekiwania.
Z Siem Reap dla Interii Tomasz Sajewicz















