Reklama

Reklama

RMF: Śmierć memów i małych portali. Czy nowe regulacje zmienią internet?

​Czy czeka nas koniec internetu, jaki do tej pory znaliśmy? Na początku lipca w Parlamencie Europejskim odbędzie się głosowanie dotyczące dyrektywy unijnej odnośnie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym. Tzw. artykuły 11 i 13 przewidują regulacje, które drastycznie mogą zmienić nasze funkcjonowanie w sieci. "Te regulacje zniszczą internet" - mówi europosłanka Zielonych Julia Reda.

Artykuł 11 powszechnie jest nazywany "podatkiem od linków". Bezpośrednio ma on wpływać na portale internetowe, które udostępniają linki do artykułów z innych stron z krótkimi fragmentami samego tekstu. Regulacja dotknęłaby nawet wyszukiwarki, które udostępniając np. nagłówek artykuły, musiałyby odprowadzać opłaty dla wydawcy.

"Rozumiem, czemu niektórzy europosłowie popierają artykuł 11. Oni szczerze wierzą, że dzięki temu dziennikarze i pisarze będą więcej zarabiali. Ja nie jestem przekonany. Przykłady z Niemiec i Hiszpanii, gdzie takie regulacje zostały wprowadzone, pokazują coś przeciwnego - mali wydawcy musieli się wycofać, niektórzy kompletnie przestali funkcjonować i stracili pracę" - mówi RMF FM czeski europoseł Jirzi Masztalka z frakcji Zjednoczonej Lewicy Europejskiej.

Reklama

W Hiszpanii "podatek od linków" doprowadził do tego, że Google News zwyczajnie wyprowadziło się z tego kraju. Doprowadziło to do tego, że niektóre portale straciły nawet 10 proc. użytkowników. Jeszcze inaczej było w Niemczech - tam Google dopasowało się do nowego prawa i zwyczajnie wyrzucało ze swojej wyszukiwarki te portale, które domagały się pieniędzy za licencję. Poczytność spadła, więc koncern Ringier Axel Springer udzielił Google darmowej licencji na publikowanie ich treści.

"Te regulacje zniszczą internet. Ludzie wpadną w tarapaty, robiąc to samo, co robili codziennie, np. dyskutując w internecie o jakiś artykułach. Blokowanie naszej swobody uczestnictwa dla działania w imieniu wielkich medialnych koncernów jest nie do zaakceptowania" - mówi Julia Reda, wiceprzewodnicząca frakcji Zielonych w europarlamencie i "twarz" walki z art. 11 i 13.

Artykuł 11 to - krótko mówiąc - narzędzie wielkich koncernów do walki z małymi wydawcami. A to grozi dominacją rynku przez kilku graczy. "Małe przedsiębiorstwa i niezależni blogerzy znajdą się w znacznie gorszym położeniu od międzynarodowych koncernów, jeśli chodzi o dostosowanie się do nowych zasad. Będą mieli ograniczone możliwości w Unii Europejskiej, a rynek zostanie zoligopolizowany" - mówi w rozmowie z RMF FM Mikulasz Peksla z Czeskiej Partii Piratów, największego tego typu ugrupowania w Europie. Podkreśla on, że regulacje doprowadzą średnich wydawców do przeprowadzki. "Wyszukiwarki i serwery z "nielegalną" zawartością przeniosą się poza Unię Europejską" - dodaje.

Tadeusz Zwiefka z Europejskiej Partii Ludowej twierdzi jednak, że artykuł ten jest konieczny, gdyż ma na celu walkę głównie z nieuczciwymi wydawcami. "W internecie pojawiają się bowiem strony, które używając publikacji prasowych generują ruch na swojej stronie, zarabiają na reklamie i zbieraniu danych użytkowników, bez żadnych licencji i bez obowiązku dzielenia się zyskiem z wydawcą" - mówi.

Śmierć memów?

Nie mniej kontrowersji budzi artykuł 13 unijnej dyrektywy. Teoretycznie projekt ma za zadanie chronić prawa własności intelektualnej użytkowników, którzy publikują swoje materiały w sieci. W uproszczeniu - administracje portali działających na terytorium Unii Europejskiej będą musiały ściśle monitorować materiały publikowane na swoich stronach, by przypadkiem nie płacić kar za naruszenie praw autorskich. Ponieważ chodzi o kolosalne dane, UE sugeruje stosowanie "technologii rozpoznawania treści" - chodzi więc o algorytmy, jakie już dzisiaj stosuje np. YouTube.

I choć brzmi to wszystko dość niewinnie i uczciwie, to krytycy są przekonani, że dyrektywa może doprowadzić do poważnej cenzury ze względu na filtrowanie treści. Dotknie to zwłaszcza mediów społecznościowych, gdzie użytkownicy codziennie publikują miliony (jak nie więcej) zdjęć, filmów, wpisów czy utworów muzycznych dziennie. Algorytm będzie więc monitorował wszystkie nasze publikacje, które tylko mogłyby podlegać prawom autorskim.

System dotknąłby nawet niewinnych części życia internetu, czyli... memów. Zazwyczaj bowiem są one przeróbkami zdjęć. Algorytm nie rozróżni mema od "skradzionego" obrazka, więc zwyczajnie usunie go jako materiał łamiący prawa autorskie.

"Plany dla takiego automatycznego filtra są krótkowzroczne. Zwolennicy artykułu 13 zapewniają, że to pomoże twórcom w zarabianiu pieniędzy, ale w rzeczywistości doprowadzi do likwidacji memów czy parodii, to zabije platformy i start-upy, które nie będą w stanie sobie na taki filtr pozwolić"- podkreśla Reda.

Tadeusz Zwiefka, który w komisji prawnej głosował za regulacją, twierdzi, że internauci panikują. "Rosnące zjawisko naruszeń praw własności intelektualnej w internecie, czyli ujmując krótko "piractwo", wymaga skutecznej reakcji, która pozwoli na uczciwe wynagradzanie twórców za ich dzieła. Każdy kto ma ulubionego piosenkarza, autora książek czy ulubiony film, chciałby, aby otrzymywali oni odpowiednią płacę za ich pracę, która cieszy nas na co dzień, dostarcza rozrywki i buduje naszą polską i europejską tożsamość kulturową" - mówi europoseł Platformy Obywatelskiej.

O krok od

20 czerwca komisja prawna przegłosowała oba artykuły. Za ich przyjęciem głosowali głównie europosłowie Europejskiej Partii Ludowej (w tym naciskający na przyjęcie artykułów niemiecki deputowany Axel Voss) i liberałowie z ALDE. Interesującym jest jednak, że regulacje wsparło dwóch posłów z Socjalistów i Demokratów (choć cały klub jest raczej przeciwny) i... eurosceptycy z Europy Narodów i Wolności. Jest to o tyle dziwne, że mówimy o członkach francuskiego Frontu Narodowego, zazwyczaj krytycznego wobec unijnej biurokracji.

Teraz regulacje czekają na akceptację Parlamentu Europejskiego. Do głosowania na sali plenarnej ma dojść 5 lipca. Jaki będzie rezultat? To wielka niewiadoma. Oficjalnie ustawy wspiera mocno EPP (chadecja) i ALDE (liberałowie) oraz ENF (eurosceptycy). Wolnym elektronem są konserwatyści z ECR, którzy na komisji wstrzymali się od głosu. Przeciwko są ugrupowania lewicowe, a także populiści z EFDD.

Nie oznacza to jednak, że frakcje będą głosowały jednomyślnie. Według nieoficjalnych informacji m.in. niektórzy europosłowie PO (należący do wspierającej regulacje EPP) mają poważne obiekcje.

Do walki z "nowym ACTA" zaangażowali się internauci z całej Unii Europejskiej i każdego dnia zasypują deputowanych kolejnymi prośbami o wstrzymanie artykułów. "Wciąż dostaję setki wiadomości od zaniepokojonych obywateli, naukowców, bibliotek. Nikt nie chce tych artykułów" - mówi RMF FM europoseł Jirzi Masztalka. 

Oprócz tego przez cały weekend w Europie - również w Polsce - organizowane będą protesty przeciwko regulacjom. Sami mówią, że chcą przypomnieć europosłom, że ich obowiązkiem jest służenie ludziom, nie koncernom. "Zablokowaliśmy ACTA, zablokujemy i to" - zapewnia Mikulasz Peksla z Czeskiej Partii Piratów. 

Adam Zygiel

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy