Reklama

Reklama

"Przegląd": Pigułka śmierci

W Europie niebezpiecznie rośnie liczba zgonów spowodowanych przedawkowaniem narkotyków.

Estończycy to naród mały, ale bardzo dumny. A powodów do odczuwania tego kolektywnego stanu ducha mają akurat bardzo dużo. Ta bałtycka republika z ledwie 1,3 mln mieszkańców regularnie zajmuje czołowe miejsca we wszelkiego rodzaju zestawieniach mierzących sukcesy rozwojowe czy zadowolenie obywateli z życia. Według danych OECD analfabetyzm wśród osób dorosłych kształtuje się tam na poziomie 0,2%, a badania jakości edukacji PISA plasują estońską oświatę na pierwszym miejscu w Europie i trzecim na całym świecie.

Powszechnie dostępny, szybki i darmowy jest w Estonii internet, przez który zrobić można wszystko, od błyskawicznego założenia firmy, poprzez uzyskanie rezydentury gospodarczej, aż po oddanie głosu w wyborach. Oceniając ten kraj wyłącznie przez pryzmat rankingowych sukcesów, można by dojść do wniosku, że mimo trudnego, poradzieckiego rodowodu udało się tam stworzyć współczesne państwo idealne.

Reklama

Taki obraz byłby jednak niepełny, bo Estonia prowadzi też w innym rankingu, znacznie mniej chlubnym. To tam w stosunku do liczby mieszkańców najwięcej osób w całej Europie umiera z powodu przedawkowania narkotyków. Według danych Europejskiego Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii (EMCDDA) w roku 2017, za który wyniki badań właśnie opublikowano, w Estonii z powodu przyjęcia zbyt dużej ilości środków odurzających zmarło 110 osób.

Przeliczając to na bardziej popularny i statystycznie reprezentatywny wskaźnik śmierci na milion mieszkańców (w wieku od 15 do 64 lat, jak nakazuje metodologia EMCDDA), oznacza to 130 zgonów z przedawkowania. Jeszcze dekadę temu liczba ta była dwa razy mniejsza. W dodatku Estończycy nie tylko prowadzą w zestawieniu, ale też zostawiają konkurencję daleko w tyle. Druga Norwegia ma 92 zgony na milion mieszkańców, a trzecia Szwecja - 74. Kolejne kraje: Wielka Brytania, Irlandia i Dania, oscylują w granicach połowy estońskiego wyniku.

Skąd zatem estoński kryzys przedawkowań? Wstępne badania pokazują, że najwięcej zgonów było skutkiem nie tyle przyjęcia zbyt dużej ilości narkotyków, ile ogólnoustrojowych zatruć wywołanych obecnymi w nich chemikaliami przemysłowymi.

Dimitris Awramopulos, odchodzący komisarz europejski ds. migracji, do kompetencji którego należy również nadzór nad europejskimi programami walki z uzależnieniem od narkotyków, zwraca uwagę, że obecne fale zgonów po przedawkowaniu nie mają już wiele wspólnego z chociażby tymi z lat 90. Wówczas w niektórych latach liczby bezwzględne zgonów bywały wyższe niż teraz, jednak najczęściej wynikały z dosłownego przedawkowania klasycznych twardych narkotyków - na tym polu królowały kokaina i heroina.

Dziś często bardzo trudno określić substancję będącą bezpośrednią przyczyną zgonu, bo w modzie jest mieszanie narkotyków albo nawet ich produkowanie na własną rękę. To powoduje kolejną komplikację w zapobieganiu uzależnieniom - coraz rzadziej ludzie stają się zależni od jednej, dobrze znanej i od dawna zdelegalizowanej substancji. Zamiast tego rośnie grono osób zażywających zamiennie kilka produktów o podobnym działaniu, substancji, które najczęściej same w sobie nie są nielegalne, sankcjonuje się tylko ich dawkowanie. A to uzależnieni przekraczają kilka-, czasami nawet kilkunastokrotnie.

To właśnie opioidy, mające działanie znieczulające, przeciwbólowe, ale przy zbyt dużej i częstej konsumpcji również silnie uzależniające i odurzające, są najczęstszą przyczyną zgonów z przedawkowania w Estonii, ale też w innych krajach Europy: Szwecji, Irlandii, Danii. Choć technicznie do tej grupy zalicza się także heroina, dane z europejskiego monitoringu narkotykowego pokazują, że i tę substancję w czystej formie coraz trudniej spotkać na naszym kontynencie.

Alexis Goosdeel, dyrektor EMCDDA, zauważa jednak, że - inaczej niż w przypadku kryzysu opioidów w USA - przyczyn tego zjawiska nie należy szukać w wadliwie działającym systemie farmaceutycznym. Europejskie opioidy pochodzą bowiem najczęściej z nielegalnych źródeł i są domowymi, wzbogacanymi wersjami leków znanych ze Stanów Zjednoczonych.

Do odbiorców trafiają albo poprzez zwykłe portale aukcyjne, gdzie są reklamowane jako suplementy diety, albo przez tzw. dark web, czyli trudne do wyśledzenia, szyfrowane adresy internetowe. W ostatnich latach modne stały się też komunikatory internetowe o wzmocnionych zabezpieczeniach, przede wszystkim Telegram. To na specjalnie tworzonych na tej platformie wątkach i czatach hitem w Europie stał się fentanyl, środek przeciwbólowy oferowany przez dilerów w bardzo przystępnych cenach, a jednocześnie aż 50-krotnie silniejszy w działaniu od klasycznej heroiny.

Migracja dilerów do sieci to duży problem dla władz publicznych i organów ścigania, bo nawet jeśli mają one w obszarze cyfrowym właściwe kompetencje do wytropienia handlarzy opioidami, często brakuje im zasobów - ludzkich i finansowych - do ścigania ich poza internetem. Dlatego Goosdeel ostatnią prezentację raportu EMCDDA zakończył życzeniem, by stał się on dzwonkiem ostrzegawczym dla rządzących w Europie, którzy jego zdaniem wciąż za bardzo skupiają się na coraz bardziej przestarzałej walce z gangami i przemytnikami, ignorując narkotykowe zagrożenie w sieci.

Internet oferuje bowiem ogromne możliwości, jeśli chodzi o nabycie zarówno produktów końcowych, jak i składników niezbędnych do ich wytworzenia. I stanowi coraz większą konkurencję dla tradycyjnych form dilowania. Same opioidy to 27% narkotyków sprzedawanych w Europie. A rynek ten, według różnych szacunków, może być wart całościowo od 30 do nawet 50 mld euro.

Choć najwięcej przedawkowań zdarza się w Estonii i krajach skandynawskich, finansowym królem internetowego europejskiego imperium narkotykowego jest Wielka Brytania. Tamtejsi handlarze, według danych brytyjskiej policji i Interpolu, mieli w ubiegłym roku wypuścić na kontynentalny rynek towar o łącznej wadze 2,8 tony i wartości 24 mln funtów. Drudzy w tym zestawieniu są Niemcy, którzy wprawdzie samych narkotyków sprzedali więcej (3,1 tony), ale o niższej sumarycznej wartości (16 mln funtów). Sytuacja na Wyspach jest o tyle niebezpieczna, że przedawkowań przybywa tam w zastraszającym tempie.

Jak informuje tamtejsze Narodowe Biuro Statystyk (ONS), w 2018 r. w Wielkiej Brytanii z powodu zażycia zbyt dużej ilości substancji odurzających zmarło 4359 osób, najwięcej odkąd zaczęto prowadzić ogólnokrajowe statystyki w tej dziedzinie. Prof. Ian Hamilton, specjalista od uzależnień i badacz rynku narkotykowego z Uniwersytetu w Yorku, jest zdania, że coraz łatwiejszy dostęp do opioidów, pojawienie się tanich i mocniejszych substytutów klasycznych twardych narkotyków, a także zalew Wysp przez tanią heroinę z Afganistanu mogą doprowadzić Wielką Brytanię na skraj epidemii przedawkowań. Hamilton nie wyklucza wręcz skali porównywalnej z tą w Stanach Zjednoczonych, gdzie rocznie z powodu zatrucia narkotykami umiera przeszło 50 tys. osób.

Nie wszędzie jednak winę za wzrost liczby przedawkowań ponoszą opioidy i internet. Są w Europie kraje, gdzie wciąż najwięcej osób przedawkowuje narkotyki "starej daty" - heroinę i kokainę. Nie zmieniają się trendy konsumpcyjne, zmieniają się za to sposoby dostarczania towarów na krajowy rynek. Do takich miejsc należy Hiszpania, która coraz mniej skutecznie radzi sobie z przemytem narkotyków afrykańskich i latynoamerykańskich trafiających głównie przez Malagę, Alicante i Gibraltar na południu oraz wybrzeże na północnym zachodzie. Właśnie tam kilkanaście dni temu hiszpańskie władze odkryły pierwszy w Europie przypadek przemytu przy użyciu narkotykowej łodzi podwodnej. Coraz popularniejsze w Ameryce Południowej i Środkowej łodzie pojawiły się też na Starym Kontynencie.

Produkowane najczęściej w Surinamie i Gujanie Francuskiej, mają ok. 22 m długości i są w stanie pomieścić nawet 3 tony kokainy. Do obsługi takiego ministatku podwodnego potrzeba dwóch-trzech osób, szkolonych najczęściej kilka dni przed wypłynięciem w trasę. Łodzie przemytnicze mogą pokonać cały Atlantyk i blisko wybrzeży Europy, choć wciąż na pełnym morzu, przekazać ładunek innej jednostce. Ich załogi zabiera się wówczas na pokład, a łodzie zatapia. I choć wykonanie jednej kosztuje aż 1,5 mln dol., zysk z wypuszczenia na rynek 3 ton kokainy i tak przewyższa te koszty.

Europa staje na progu nowej fali narkotykowych śmierci. Zmieniają się technologie produkcji i przemytu, sposoby dystrybucji i rodzaje substancji, jednak śmiertelne żniwo pozostaje takie samo. Władze krajowe i unijne muszą kryzysowi przedawkowań nadać status priorytetowy, bo od alarmujących statystyk do epidemii ogromnych rozmiarów, porównywalnej z amerykańską, często dzieli nas jedna pigułka.

Mateusz Mazzini

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje