Reklama

"Przegląd": Iberyjski prymus

Premier Portugalii António Costa rządzi od czterech lat i w październikowych wyborach ma spore szanse na zwycięstwo.

António Costa uśmiecha się nie tylko w blasku fleszy, on uśmiecha się zawsze. Bez względu na to, czy rozmawia w Berlinie z Angelą Merkel, czy ze starszą sprzedawczynią w lizbońskim sklepiku spożywczym. Ten Portugalczyk o indyjskich rysach ma szczególną umiejętność tworzenia wokół siebie aury spokoju. Spacerując po ulicach ukochanej Lizbony, nikomu nie odmawia krótkiej rozmowy. Wyborcy to sobie cenią, tym bardziej że Costa jest pierwszym od długiego czasu premierem, który nie rzuca słów na wiatr. Jego poprzednicy wprawdzie też często się uśmiechali, ale pod przykrywką ich spokoju i zadowolenia pogłębiały się bezład i ogólna niemożność.

Reklama

Gruchot nadal jedzie

António Costa rządzi Portugalią od 2015 r. Na początku jego wyborcy z trudem ukrywali rozczarowanie, że 58-letni lider Partii Socjalistycznej (PS) stanie na czele chwiejnego rządu mniejszościowego. Martwili się, że gabinet uzależniony od niepewnych porozumień z komunistyczną Unitarną Koalicją Demokratyczną (CDU) oraz trockistami z Bloku Lewicy (BE) prędzej czy później ulegnie erozji. A niektórzy politycy opozycji, dziś już pogrążeni w parlamentarnym niebycie, z drwiącym uśmiechem określali jego rząd mianem gruchota (geringonça).

Tymczasem cicha koalicja z "ultralewicowymi buntownikami" - jak pisał dziennik "Diário de Notícias" - postrzeganymi wcześniej w Pałacu São Bento, siedzibie Zgromadzenia Republiki, jako siewcy kłopotów, przetrwała całą kadencję. Co istotniejsze, Costa uruchomił w kraju zmiany, które nie tylko odwróciły trendy sondażowe PS, lecz również wzmocniły jego własną pozycję.

Sympatyczny senhor Costa ma spore szanse na wygraną w wyborach parlamentarnych 6 października, co więcej, szef rządu i sekretarz generalny PS powalczy nie tyle o samo zwycięstwo, ile o absolutną większość. W 2015 r. jego ugrupowanie przegrało wprawdzie o włos z Partią Socjaldemokratyczną (PSD), ale Costa odmówił wsparcia rządu Pedra Passosa Coelha, przegłosowawszy z nowymi sojusznikami z CDU i BE wotum nieufności dla szerokiej centrowej koalicji Portugalia naprzód! (PàF). Dziś sondaże wskazują wyraźną niechęć większości wyborców do zmiany obecnej władzy, tym bardziej że PSD w kampanii wyborczej żadnych kuszących pomysłów nie przedstawiła. W ostatnim sondażu dla dziennika "Público" PS osiąga 39 proc., czyli o ok. 7 pkt proc. więcej niż w 2015 r. - Nie ma wątpliwości, że António Costa wygra w cuglach. Batalia toczy się raczej o to, jak wysoko - zapewnia Miguel Sousa Tavares, znany portugalski komentator i publicysta tygodnika "Expresso".

Podczas gdy w sąsiedniej Hiszpanii sytuacja polityczna nadal jest niestabilna i co rusz rozpisuje się nowe wybory, nad Tagiem zapanował więc względny spokój. I to mimo że jeszcze w 2015 r. państwo po zachodniej stronie Półwyspu Iberyjskiego było w bliźniaczo podobnym położeniu, a Portugalczycy otwarcie mówili ankieterom o buncie przeciw całemu systemowi.

Zmiany na lepsze

Kiedy António Costa cztery lata temu przejmował władzę, protesty mieszkańców Portugalii przypominały zachowanie Greków w najgorętszej fazie kryzysu strefy euro. Warunki podyktowane przez Europejski Bank Centralny, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Komisję Europejską były surowe i zmusiły wielu Portugalczyków do dotkliwych wyrzeczeń. Jednocześnie jednak zapewniły państwu kredyt w wysokości 78 mld euro, który miał podreperować krajową gospodarkę. W przeciwieństwie do greckiej Syrizy portugalskiemu rządowi udało się złagodzić skutki uboczne narzuconej przez UE polityki oszczędnościowej i zadbać o wzrost gospodarczy, przy równoczesnym przestrzeganiu kryteriów paktu stabilizacyjnego autorstwa znienawidzonej Trojki.

António Costa urodził się w Lizbonie. Miał niespełna 14 lat, gdy w 1975 r., rok po rewolucji goździków kładącej kres dyktaturze tzw. Nowego Państwa, proklamowanego w 1933 r. przez Antónia de Oliveirę Salazara, wstępował do przybudówki młodzieżowej PS. Obecny szef rządu jest synem znanego portugalskiego pisarza Orlanda da Costy, pochodzącego z Goa, stanu na zachodnim wybrzeżu Półwyspu Indyjskiego, portugalskiej kolonii od roku 1510 do 1961. Ojciec premiera był aktywnym przeciwnikiem ustroju Nowego Państwa, przez co stał się ofiarą prześladowań ze strony służb Salazara. Natomiast matka była dziennikarką i pierwszą kobietą w Portugalii, która kierowała związkiem zawodowym.

W latach 80. António Costa studiował prawo na Uniwersytecie Lizbońskim, kierując jednocześnie organizacją studencką o wyraźnym zabarwieniu politycznym. Po studiach i odbyciu stażu w biurze późniejszego prezydenta z ramienia PS Jorge Sampaia Costa pracował jako adwokat. Ze stolicą Portugalii związany był od początku kariery politycznej - najpierw jako członek rady miejskiej, a następnie m.in. jako lider frakcji deputowanych PS w Zgromadzeniu Republiki, szef resortu sprawiedliwości w rządzie Antónia Guterreza, minister spraw wewnętrznych w gabinecie José Sócratesa i wreszcie burmistrz Lizbony w latach 2007-2014.

To głównie w tej ostatniej roli Costa zaskarbił sobie sympatię większości mieszkańców miasta "na siedmiu wzgórzach". Już wtedy wykazywał szczególną zdolność do zawierania kompromisów z socjalistycznymi "buntownikami", co znacznie ułatwiło mu pójście po kolejne dwa zwycięstwa w wyborach do lizbońskiego ratusza. Z fotela gospodarza stolicy zrezygnował w 2015 r., aby skoncentrować się na kampanii przed wyborami parlamentarnymi. Swojemu miastu pozostał wierny do dziś - biuro prezesa Rady Ministrów mieści się w Małym Pałacyku św. Benedykta w samym sercu stolicy. Z Lizboną Costa rozstał się zaledwie na kilka miesięcy (2004-2005), kiedy sprawował mandat posła do Parlamentu Europejskiego, będąc zarazem jednym z wiceprzewodniczących PE.

Trudne rozmowy

Podobnie jak cztery lata temu Costa w tym roku prowadził dobrze wyreżyserowaną kampanię, umiejętnie budując wizerunek polityka, który wyciąga rękę do ludu. - Obecny premier całkowicie różni się od innych polityków, którzy są zajęci prawie wyłącznie poszerzaniem swoich wpływów. U Costy zauważam autentyczną szczerość i troskę o państwo - przekonuje historyk i eseista José Pacheco Pereira, co można uznać za szczególny smaczek, bo jako członek konserwatywnego skrzydła PSD Pereira jest zdeklarowanym przeciwnikiem kruchej koalicji PS-CDU-BE.

Aby po raz wtóry przekonać wyborców, późnym latem Costa przemierzył ze swoim sztabem trasę wzdłuż ciągnącej się przez cały kraj Estrada Nacional 2, czyli portugalskiej Route 66. Kampanię rozpoczął w północnym Chaves, graniczącym z hiszpańską Galicią, a zakończył w odległym o 700 km Faro w Algarve, gdzie Atlantyk obmywa Portugalię od południa. W ciągu tych kilku tygodni odpowiadał na liczne pytania rodaków, nadal zirytowanych brakiem sukcesów rządu i mówiących nieodmiennie o tych samych problemach - przeludnionych szkołach, kiepskiej infrastrukturze, długich kolejkach przed gabinetami lekarskimi, tudzież sądownictwie, na którym często nie można polegać.

Na drodze do Algarve premier spotkał się również z konserwatywnymi "obrońcami wsi", którzy mu naubliżali i krzyczeli, że jego rząd tylko przyśpiesza destrukcję państwa. Niemniej jednak kampania Costy opiera się na jego niewzruszonym przekonaniu, że w wyborach języczkiem u wagi są właśnie te najtrudniejsze rozmowy z ludźmi, a wiece w zamkniętych salach to relikt przeszłości. Niektórzy liderzy PSD widocznie do dziś nie wyciągnęli wniosków z topniejącej popularności. - Szef PSD i główny konkurent Costy Rui Rio brnie w powtarzane od lat błędy i prowadzi kampanię w niewielkich salach przed wybraną publicznością - uważa Sousa Tavares.

Metropolia innowacji

Odwaga Costy i jego łatwość nawiązywania kontaktu z wyborcami opiera się też zapewne na wierze, że w ostatnich czterech latach udało mu się coś osiągnąć. W 2015 r. stopa bezrobocia wynosiła ok. 12 proc., do września 2019 r. zmniejszyła się prawie o połowę. To najlepszy wynik od 20 lat. Od 2016 r. średnia stopa wzrostu gospodarczego wynosi rocznie ok. 2 proc., również dzięki rosnącemu znaczeniu turystyki. Portugalskie plaże od Aveiro po Armação zawsze przyciągały tłumy gości z zagranicy, ale dziś spędzają oni wakacje także w większych miastach. Architektura starej Lizbony nie od dziś jest na topie, ale w ostatnich latach stolica Portugalii pretenduje też do miana metropolii innowacji, w której jak grzyby po deszczu wyrastają start-upy przedsiębiorców z całego świata. To zresztą również zasługa burmistrza Costy, za którego rządów Lizbona stała się gospodarzem Web Summit, bodaj największej w Europie imprezy poświęconej nowym technologiom i start-upom.

Twarzą ożywienia krajowej gospodarki i silnym ogniwem w rządzie PS jest Mário Centeno, wybitny ekonomista z Uniwersytetu Harvarda i były szef portugalskiego banku centralnego, któremu Costa powierzył tekę ministra finansów. Centeno utrzymał kurs stabilizacyjny poprzedników, zdobywając się jednak na ustępstwa wobec lewicowych sprzymierzeńców. Podwyższył więc m.in. renty, płacę minimalną oraz wynagrodzenia w sektorze publicznym. W ten sposób złagodził nieco wściekłość wywołaną narzuconym programem oszczędnościowym. Potrafił obniżyć zarazem wydatki państwowe, skutecznie redukując biurokrację. Dług publiczny Portugalii jest co prawda nadal ogromny, ale agencje ratingowe z roku na rok wydają coraz lepsze oceny. Od 2015 r. zaufanie UE do Centena urosło do tego stopnia, że w 2018 r. powierzono mu stanowisko przewodniczącego Eurogrupy. Ówczesny minister finansów RFN Wolfgang Schäuble zażartował, że portugalski ekonomista jest Cristianem Ronaldem strefy euro.

Kruche sojusze

Costa i jego ministrowie zaznaczyli swoją obecność na arenie międzynarodowej. Winą za obecny kryzys instytucjonalny w Unii premier obarczał w przeszłości głównie państwa Grupy Wyszehradzkiej oraz byłego już wicepremiera włoskiego rządu Mattea Salviniego. Jego rząd wyrażał także diametralnie inne zdanie w kwestii polityki migracyjnej Brukseli niż Warszawa, Budapeszt i Rzym. Costa wielokrotnie zaznaczał, że zamierza uelastycznić przepisy regulujące przyjmowanie imigrantów, aby zapobiec spadkowi liczby mieszkańców Portugalii w wieku produkcyjnym. - Potrzebujemy napływu 75 tys. imigrantów rocznie, aby powstrzymać spadek zarówno ludności w ogóle, jak i ludności aktywnej zawodowo. Bez imigrantów liczba osób pracujących zmniejszy się do 2060 r. o ok. 40 proc., podczas gdy liczba mieszkańców w wieku emerytalnym wzrośnie o ok. 38 proc. - przekonywał w 2018 r. w wywiadzie dla "Expresso", przy czym chodziło mu wtedy głównie o przybyszy z Nepalu, Indonezji, Chin i Brazylii, zatrudnionych przede wszystkim w portugalskim rolnictwie. Premier chciałby jednak poluźnić też regulacje dla cudzoziemców, którzy zakładaliby nad Tagiem własne firmy wymagające znajomości zaawansowanych technologii, i dla zagranicznych studentów podejmujących naukę bądź pracę na portugalskich uczelniach. I mimo że strategia demograficzna rządu PS nadal spotyka się z dezaprobatą opozycji, Portugalia od kilku lat przyjmuje co roku więcej imigrantów.

Ugrupowanie Costy prawdopodobnie za parę dni zwycięży. A jednak dotychczasowy premier będzie mógł dalej rządzić tylko wtedy, gdy wystygną pierwsze konflikty z socjalistami z CDU i BE. Ostatnie cztery lata pokazały, że Costa wprawdzie potrafił zjednoczyć lewicowe ugrupowania, które poróżniły się po rewolucji goździków, ale z drugiej strony utwierdziły go w przekonaniu, że utrzymanie jego rządu będzie wymagać zaspokojenia oczekiwań mniejszych partnerów. Ma za sobą szefa CDU Jerónima de Sousę, ale szefowa Bloku Lewicy Catarina Martins wysoko wycenia swoje poparcie. - Costa oszczędza tam, gdzie powinniśmy inwestować, czyli w szkolnictwie i służbie zdrowia - stwierdziła ostatnio, jakby była liderką opozycji, a nie cichą koalicjantką. Rzeczywiście w 2019 r. na ulice ponownie wyszli nauczyciele, lekarze i pielęgniarze, domagający się lepszych wynagrodzeń i warunków pracy. A gdy niedawno strajkowali kierowcy cystern, zadaniem dostarczania paliwa na stacje benzynowe Costa obarczył policję i wojsko. Opozycja okrzyknęła go wprawdzie niereformowalnym łamistrajkiem, za to turyści byli mu nad wyraz wdzięczni.

Ostatecznie atak na premiera nie wzmocnił opozycji, a pogróżkami ze strony Bloku Lewicy Costa nie za bardzo się przejmuje. Dał zresztą do zrozumienia, że nie zamierza zawierać prawdziwej koalicji z komunistami, choć w najgorszym wypadku chciałby liczyć na ich poparcie. Sondaże dają mu jednak nadzieję na ziszczenie marzeń o utworzeniu rządu większościowego. Lider PS obiecał, że przeznaczy 10 mld euro na ulice, nowe odcinki linii kolejowych oraz szpitale, lecz próbuje już zawczasu powściągnąć rosnące apetyty lewicy. - Nie będziemy obciążać budżetu dalszym rozdawnictwem ani zmieniać politycznych przyjaźni w nieudane mariaże, które będą później blokować politykę jak w Hiszpanii, bo podoba się nam rola iberyjskiego prymusa - cieszy się premier.

Wojciech Osiński

Przegląd

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy