Protesty to za mało. Ekspert wskazuje warunek zmiany władzy w Iranie
W Iranie zginęły setki, jeśli nie tysiące osób. Fala protestów ogarnęła wszystkie prowincje kraju. Republika Islamska pogrąża się w gospodarczym i społecznym chaosie. Czy to wystarczy, by obalić władzę w Teheranie? Profesor Radosław Fiedler mówi krótko: na tym etapie - nie. W rozmowie z Interią wskazuje dwa warunki, które muszą zostać spełnione, by system się załamał.

W skrócie
- Protesty obejmują cały Iran, ale brak dezercji w strukturach władzy uniemożliwia przełom polityczny.
- W rozmowie z Interią profesor Radosław Fiedler tłumaczy niuanse sytuacji i kryzysu w Iranie oraz mówi o dwóch scenariuszach działań USA.
- Podkreśla, że kluczowe dla zmiany systemu będą masowe strajki oraz przechodzenie ludzi władzy na stronę protestujących.
- Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Protesty trwają we wszystkich 31 prowincjach Iranu. Według stanu na niedzielę, zginęło co najmniej kilkaset osób. Pozarządowa organizacja Iran Human Rights potwierdziła śmierć blisko dwustu osób. Agencja HRANA wskazała liczbę 538 osób. Z kolei irańskie Centrum Praw Człowieka z siedzibą w USA twierdzi, że liczba zabitych sięgnęła dwóch tysięcy.
Donald Trump co godzinę dostaje raporty o sytuacji w Iranie. Na pokładzie Air Force One powiedział dziennikarzom, że "bardzo mocne opcje na stole".
- To może być działanie kinetyczne, uderzenie w wybrane obiekty militarne, cele związane z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej - mówi Interii profesor Radosław Fiedler, kierownik Zakładu Pozaeuropejskich Studiów Politycznych Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Korpus - zgodnie z konstytucją Iranu - jest częścią sił zbrojnych i ma za zadanie bronić "rewolucji islamskiej i jej osiągnięć". Jednak profesor zaznacza, że Waszyngton ma na uwadze nie tylko rozwiązania siłowe.
Ciche wsparcie opozycji w Iranie. "Giną ludzie władzy"
Obecnie w Iranie niemal nie ma dostępu do internetu. Dostęp do sieci zapewniają Starlinki - konstelacja satelitów zbudowana przez SpaceX Elona Muska. Te jednak mają swoje ograniczenia.
- Są zagłuszane przez Rosję i Iran. Służy temu też sprzęt ściągnięty pewnie z Chin i praktycznie nie ma łączności z protestującymi Irańczykami - wskazuje Fiedler. - Więc pewnie będzie możliwość działań zakulisowych. Zwiększenie połączenia internetowego, szkolenie członków opozycji w tym zakresie, współdziałania z wywiadem - wymienia profesor.
Nie ma dezercji, przechodzenia na drugą stronę. To jest konieczny warunek zmian politycznych
Podkreśla również, że proces ten już trwa. - Giną ludzie władzy, to są fakty. Związani z systemem obrony przeciwlotniczej. To może świadczyć o tym, że Amerykanie chcą zdezaktywować, maksymalnie osłabić obronę przeciwlotniczą. Działania niekinetyczne mają znaczenie w dłuższej perspektywie. Bo kinetyczne mają pewne ryzyka i mogą spowodować wzmożenie represji, które i tak są już bardzo bolesne - zaznacza nasz rozmówca.
Koniec Republiki Islamskiej? "Władza trzyma się mocno"
Zdaniem profesora, uderzenie militarne na Iran wywoła "histeryczną reakcję władz wobec protestujących". - Już jest argument, że demonstranci to terroryści. Uderzenie musiałoby być połączone z operacją sił specjalnych. Domyślam się, że może dojść do rozmów z ludźmi władzy w Iranie, którzy za gwarancje bezpieczeństwa przejdą na stronę protestujących albo porzucą swoje stanowiska. Ale na tym etapie tego nie widzę - wskazuje Radosław Fiedler.
- System władzy trzyma się mocno. Nie ma dezercji, przechodzenia na drugą stronę. To jest konieczny warunek zmian politycznych. Wtedy struktury władzy się rozpadają, część ucieka. Jest koniec, 48 godzin i nie ma systemu. Ale tego etapu teraz nie ma i nie wiem czy będzie - podkreśla rozmówca Interii.
Zaznacza również, że demonstranci w Iranie mają jeszcze jeden problem - brak skonsolidowanej opozycji. Tymczasem w niedzielę oświadczenie wydał nowy gracz, który ogłosił gotowość do poprowadzenia procesu transformacji demokratycznej w kraju.
Nowy Iran i czar monarchii. Kim jest Cyrus Reza Pahlawi?
Iran jest Republiką Islamską od końca lat 70. Wtedy, po rewolucji, odsunięto od władzy Mohammada Rezę Pahlawiego - ostatniego szachinszacha czasów monarchii. Teraz krajem chce pokierować jego syn - Cyrus Reza Pahlawi.
Profesor Fiedler przyznaje, że przez brak zjednoczonej opozycji, Pahlawi jest jedyną osobą, symbolicznie łączącą demonstrantów. Ci zaś również protestują w różnych sprawach.
- Protesty są ekologiczne, ekonomiczne, polityczne. To nie jest spoiste. To też jest słabość, że nie ma wyrazistych przywódców. Nie ma struktur, organizacji i przede wszystkim nie ma strajku powszechnego. Taki oznaczałby sparaliżowany kraj i brak wydobycia ropy - wskazuje profesor.

Poparcie Pahlawiego jest też dobrym wskaźnikiem poparcia dla demonstracji, jeśli chodzi o ogół irańskiego społeczeństwa. - Wydaje mi się, że rola tych protestów jest trochę przeceniana. Co do Rezy Pahlawiego, trudno o dokładne badania, ale popiera go około 30-35 proc. Irańczyków. Starsi wcale go nie popierają. To raczej młodzi, którzy urodzili się w Republice Islamskiej i idealizują czasy monarchii, kiedy była modernizacja i westernizacja. Nie widzą całego negatywnego bagażu historii - tłumaczy nasz rozmówca.
- Reza Pahlawi ma 65 lat i jest znany z wystąpień internetowych. Żyje w dobrych warunkach w USA i nie jest jakimś charyzmatycznym politykiem. Nie ma za sobą struktur. Chomeini (pierwszy przywódca po rewolucji islamskiej - red.), jak był na emigracji, miał struktury, meczet, zorganizowaną siłę ajatollahów - podkreśla Fiedler.
Powód protestów i irański multikryzys
Problemy opozycji nie zmieniają jednak faktu, że Iran zmaga się z poważnymi problemami wewnętrznymi. Fiedler zaznacza, że trwające od grudnia protesty trudno nazwać masowymi i dotyczą wielu różnych kwestii. Zaczęły się od spraw gospodarczych.
- To jest multikryzys. Jest bardzo wysoka inflacja, brak wody i susze. Od sześciu lat porządnie nie padało. Jeśli w hydroelektrowniach nie ma wody, nie ma prądu. Do tego korupcja, słabe zarządzanie i marnotrawstwo. Rosną ceny żywności, a perspektywy są mizerne - wymienia rozmówca Interii.
Trudną sytuację islamskiej władzy mogłoby pogłębić eliminowanie ludzi kluczowych dla funkcjonowania systemu. Istnieje jednak ryzyko, że tego typu interwencja zewnętrzna lub działanie wewnętrzne zwiększałoby ryzyko represji.
- Jeżeli proces przeradza się w przemoc, to wzmaga terror ze strony władz. Początkowa reakcja na protesty to było: musimy pochylić się nad żądaniami. Teraz retoryka się zmieniła. Po wyłączeniu internetu i telefonii komórkowej widać wyraźnie, że władze chcą się rozprawić stanowczo z protestami - komentuje profesor.

Problemem Iranu jest to, że nawet gdyby władze całkowicie spacyfikowały protesty, to kolejne są prawdopodobnym scenariuszem. Władze Iranu zmagają się z dużymi demonstracjami co kilka lat. W 2019 protest paliwowy, w 2022 po śmierci Mahsy Amini.
- Wybuchają co trzy-cztery lata. Następny może wybuchnąć jeszcze mocniej za rok. Bo obecny multikryzys nie zostanie rozwiązany przez władze. One go potęgują, wyłączając internet. To paraliżuje kraj. Jak podczas arabskiej wiosny Mubarak wyłączył internet w Egipcie, to gospodarka potwornie oberwała. To był 2011 rok. Teraz mamy 2026 i w Iranie jest czwarta doba bez internetu. Władze po prostu pogłębiają kryzys - mówi Fiedler, ale zaznacza, że sam kryzys nie oznacza upadku władzy.
- Jeśli nawet doszłoby do uderzeń zewnętrznych na obiekty militarne władzy, to bez skoordynowania operacji i współpracy z opozycją na miejscu, akcja będzie mało skuteczna. Może też pomóc władzom i być argumentem do jeszcze brutalniejszej pacyfikacji - tłumaczy profesor.
Iran a scenariusz wenezuelski. "Będą zastępcy"
Naszego rozmówcę pytamy czy w Iranie nie wystarczyłoby, tak jak w Wenezueli, pozbyć się przywódcy. Najwyższy przywódca Iranu to Ali Chamenei.
- Dzisiaj jest postacią symboliczną. Władze pewnie mają scenariusze zastąpienia go. Od wielu lat chorował na raka prostaty. Wydawało się, że odchodzi. Ale został wyleczony i jest w dobrej formie. Prowadzi modlitwy, przemawia. Oczywiście jest bliżej niż dalej końca. Ale będą zastępcy - podkreśla Fiedler.
Na razie strajku powszechnego nie ma, ale jeśli się zacznie, to będzie początek końca. Takiego paraliżu nikt nie jest w stanie powstrzymać, nawet struktury siłowe
W tym kontekście przypomina historię Ibrahima Raisiego, prezydenta Iranu, który zginął w 2024 roku w katastrofie śmigłowca. - System zadziałał. Były szybko rozpisane wybory, kilku kandydatów. Problem polega na tym, że władze nie mają już żadnej legitymacji. Irańczycy nie kupują narracji, że będzie jakiś młodszy ajatollah. Zostaje tylko przemoc. Przez multikryzys problem będzie się pogłębiał, a władze nie będą miały nic do stracenia - mówi dalej.
- Pokazały to wydarzenia z 1978 roku. Zaczęto strzelać do protestujących. Wtedy dołączyły się do nich kolejne grupy. Był strajk powszechny i stanęło wydobycie ropy. To był koniec szacha. Na razie takiego strajku nie ma, ale jeśli się zacznie, to będzie początek końca. Takiego paraliżu nikt nie jest w stanie powstrzymać, nawet struktury siłowe - podsumowuje profesor Radosław Fiedler.
Jakub Krzywiecki
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz na jakub.krzywiecki@firma.interia.pl










