Prawdopodobnie najbardziej magiczna i malownicza wioska na świecie
Bez prądu, bez sklepów, bez drogi dojazdowej. Lodówkę trzeba targać... helikopterem. Jedyne udogodnienia? Bieżąca woda i kanalizacja. Ale w zamian: obłędne widoki, cisza i spokój. Witajcie w alpejskiej wiosce Dormillouse we Francji.

Dormillouse to wyjątkowe miejsce na mapie. Ta górska osada, położona na wysokości 1700 metrów w francuskich Alpach, jest zupełnie odizolowana od reszty cywilizacji. Nie sposób dojechać tam samochodem. Prądu nie ma. Z zasięgiem też kiepsko. Za to krajobrazy zapierają dech w piersiach.
Mimo nieprzyjaznych warunków wioskę zamieszkują na co dzień dwie pary, które cenią sobie ten skrawek "raju", zawieszony w innej czasoprzestrzeni.
Dotrzeć do Dormillouse można tylko w jeden sposób. Pieszo. To dobre trzy kwadranse spaceru pod górę latem. Zimą zajmuje to już dobre dwie godziny. Potrzebne są wówczas rakiety śnieżne.
Jak Martine i Alain robią zakupy
Martine i Alain Maretto mieszkają w Dormillouse od 13 lat. Przenieśli się tu po przejściu na emeryturę. Gdy robią zakupy na dwa tygodnie i muszą wszystko wtargać na samą górę, mają już wyrobiony rytuał. Samochód zostawiają w dolinie na parkingu, gdzie kończy się szosa a zaczyna górska ścieżka. Wówczas zawartość zakupów ładują do ogromnej spalinowej taczki poruszającej się na gąsienicach.
Tym nietuzinkowym pojazdem, ważącym ponad 300 kg, steruje zawsze Alain. Startując z wysokości ok. 1400 m, musi wprowadzić taczkę 300 m wyżej, poruszając się po stromej i krętej ścieżce.
- Trzeba bardzo uważać na zakrętach. Ścieżka jest wyboista, dużo kamieni - zaznacza Alain w rozmowie z Interią.

Jeden fałszywy ruch i taczka może się przewrócić, a zakupy wypaść.
- Wtedy trzeba liczyć z pół godziny, by znowu wszystko załadować - mówi Alain.
Pokonanie trasy z całym załadunkiem zajmuje ok. godziny i 15 minut.
Wysiłek rekompensują przepiękne krajobrazy. Od wijącej się w dolinie turkusowej rzeki, zalesionych górskich zboczy po zaśnieżone szczyty Alp.
- Bardzo przyjemnie idzie się do domu taką drogą - przyznaje Interii Martine, dla której te widoki nigdy nie spowszednieją.
- Ze zmianą pory roku zmienia się krajobraz, więc nigdy nie jest tak samo - dodaje.
Powrót do przeszłości
Na ścieżce próżno szukać dostawców z Amazona, Uber Eats czy nawet listonosza. Do Dormillouse po prostu się nie zapuszczają. Co zresztą stanowi jeden z atutów wioski dla jej nielicznych mieszkańców, którzy mogą cieszyć się niczym niezakłóconym spokojem.
Sama wioska to kilkadziesiąt kamiennych domów, często opuszczonych, rozmieszczonych harmonijnie na różnych wysokościach górskiego zbocza. Połączone ze sobą jedynie wspomnianą malowniczą pieszą ścieżką sprawiają wrażenie, jakby czas płynął tutaj swoim niezależnym rytmem. A może i się nawet zatrzymał.
Patrząc na ogólny stan i architekturę domków, trudno byłoby bowiem stwierdzić, kiedy dokładnie zostały wzniesione. Wśród nich znajdziemy na przykład kościół protestancki, pozostałości po starym młynie, działające schronisko górskie no i, rzecz jasna, dom Martine i Alain Maretto z niezwykłym widokiem na alpejskie wzgórza.
Martine i Alain mieszkali do tej pory w małej wiosce 10 km na północ od Dormillouse. Ona pracowała jako fryzjerka a on handlował drewnem.
- Na emeryturze zapragnęliśmy radykalnej zmiany. No, a żeby było naprawdę inaczej, musiała to być po prostu wioska odcięta od wszystkiego - tłumaczy Martine, która od zawsze było blisko związana z Dormillouse.
- Jako dziecko przyjeżdżałam tu często do dziadków, którzy w Dormillouse spędzali każde lato. Urodziła się tu także moja mama. Myślę, że z wiekiem człowieka ciągnie do swoich korzeni - wyjaśnia.
Wioska dla wytrwałych
Żeby mieszkać w Dormillouse, trzeba jednak tego bardzo chcieć. Jedyne istniejące tu udogodnienia cywilizacji, to woda bieżąca i kanalizacja. W wiosce nie ma żadnego sklepu. Listę zakupów trzeba zatem dokładnie przemyśleć. Najbliższy supermarket znajduje się bowiem 20 km od parkingu.
A co jeśli kupimy lodówkę, materiały budowlane czy inne ciężkie artykuły, które raczej nie zmieszczą się do gąsienicowej taczki? Wówczas jedyny sposób wciągnięcia ich na górę to... helikopter.
Dostawa pod dom, drogą powietrzną, znajdującego się już na poziomie parkingu 800 kg ładunku, czyli zaledwie 400 m niżej, to wydatek rzędu 630 złotych.
Inny problem to brak prądu. Wioska nigdy nie została podłączona do sieci energetycznej. Prąd trzeba zatem wygenerować samodzielnie. Państwo Maretto zamontowali w tym celu 11 paneli słonecznych, które produkują do 3000 watów mocy.
- Jak nie ma słońca, prąd dostarczany jest wówczas przez akumulatory - wyjaśnia Alain
- Elektryczności starcza wtedy maksymalnie na trzy dni. A jeśli jest dalej brzydko, uruchamiamy agregat na benzynę, ale to się rzadko zdarza - zapewnia.
Fotowoltaika pozwala na zasilanie podstawowych urządzeń elektrycznych w tym routera 4G umożliwiającego odbiór internetu i telewizji. Prądu nie starcza jednak na ogrzewanie, które zapewniane jest kotłem na drewno.
Zna pan drugie takie miejsce?
To co dla wielu mogłoby się wydawać niedorzecznym wysiłkiem i niezrozumiałym poświęceniem, dla mieszkańców Dormillouse to zwyczajnie cena życia na łonie natury wśród szumu wiatru i ćwierkania ptaków, z dala od zgiełku miasta. Dziś Alain i Martine za nic nie oddali by tego przywileju.
- Cenimy sobie przyrodę, otoczenie, to, że jesteśmy daleko od cywilizacji - zaznaczają.
- Potrzebowaliśmy odizolowania. Najlepiej się czujemy, jak jesteśmy sami we wsi. Gdy widzimy dym uchodzący z czyjegoś komina obok, to już nam się mniej podoba. Lubimy mieć oboje spokój - przyznają roześmiani.
- Poza tym, zna pan drugie takie miejsce, gdzie miałby pewność, że nigdy nikt nie wybuduje się panu pod oknami? - pyta nas zaczepnie Martine.

Państwo Maretto mogą rzeczywiście spać spokojnie. Dormillouse leży bowiem na chronionym terenie parku narodowego Les Écrins. Budowa nowych domów czy jakiejkolwiek infrastruktury, jak chociażby drogi, nie wchodzi zatem w grę.
Protestancki azyl
Ale komu przyszło do głowy zakładać osadę w tak mało przyjaznym i trudno dostępnym miejscu? Można śmiało powiedzieć, że wioska zawsze lubiła dyskrecję. Od wieków służyła ona jako schronienie dla jej mieszkańców.
Najpierw dla heretyków w średniowieczu, a później protestanckich dysydentów uciekających przed prześladowaniami katolików. Odcięcie od reszty cywilizacji było zatem mieszkańcom bardzo na rękę.
Lata świetności osady przypadają na XIX wiek. Wówczas to do wioski zawitał protestancki pastor Félix Neff. Ten szwajcarski misjonarz założył szkołę, odnowił kanały irygacyjne i wprowadził uprawę ziemniaków, stając się prekursorem lokalnego postępu.
W tamtym czasie Dormillouse liczyło nawet 300 mieszkańców. Mieszkańcy żyli z uprawy ziemniaków, żyta, hodowli owiec i sprzedaży drewna. Z czasem ograniczone zasoby nie były jednak w stanie wyżywić tak dużej liczby osób.
Trudne warunki klimatyczne, brak drogi dojazdowej oraz prądu doprowadziły do stopniowego wyludnienia wsi. Ostatni mieszkaniec opuścił Dormillouse w 1954 r.
Nowi mieszkańcy, nowy rozdział
Od kilkunastu lat życie powraca do Dormillouse za sprawą potomków byłych mieszkańców. Poza państwem Maretto zamieszkała tu jeszcze jedna para. Obie rodziny nie wybrały jednak Dormillouse po to, by odciąć się zupełnie od ludzi, ale by oddychać swobodniej, żyć we własnym rytmie, uprawiać ogród, szanując jednocześnie otaczającą ich przyrodę.
Dormillouse to trochę jak wioska Asteriksa, ale bez Rzymian. Garstka odważnych ludzi, zdeterminowanych, by udowodnić, że można żyć inaczej. Tutaj nic nie będzie nigdy proste, ale w Dormillouse nigdy nie żyło się łatwo. To jego znak rozpoznawczy, a zarazem urok. Tutaj żyje się wolniej, wszystko trwa dłużej, ale wszystko ma głębsze znaczenie.
Latem zatrzymuje się tu sporo wędrowców, których przyciąga zaraźliwy spokój tej części Alp. Mieszkańcy, choć ten spokój bardzo pielęgnują, z entuzjazmem proponują przybyszom odpłatny nocleg oraz symboliczną ofertę gastronomiczną.
Ci ostatni niejednokrotnie bywają zdumieni, że właśnie tutaj, na górskim szlaku, mogą natknąć się nie dość, że na ślady ludzkiego osadnictwa, to jeszcze na miejsce, gdzie poczęstuje się ich ciepłym chlebem i szczerym uśmiechem.
Jeśli więc pewnego dnia mielibyście ochotę wszystko rzucić, by paść kozy na alpejskich zboczach… zacznijcie od wnoszenia zakupów na plecach. Dormillouse czeka na was - powoli, pewnie i z uśmiechem.
Z Dormillouse dla Interii Piotr Czarzasty









