Reklama

Reklama

Polska w tarapatach. KE blokuje 360 mld zł i czeka na wyjaśnienia

Już nie tylko Krajowy Plan Odbudowy. Antyunijny kurs polskiego rządu będzie kosztować Polskę odcięcie od kolejnych funduszy europejskich, tym razem z budżetu siedmioletniego UE. Razem z KPO to ponad pół biliona złotych. To efekt diametralnej zmiany, jaka dokonuje się w Unii Europejskiej. Skończył się czas pobłażania dla krajów członkowskich grających wedle własnych zasad i nieszanujących wartości unijnych. Strona rządowa odbija piłeczkę i twierdzi, że rozmowy z UE w sprawie funduszy trwają, a Komisja Europejska "potwierdziła dotąd spełnienie 14 z 20 warunków podstawowych", które są warunkiem wypłaty pieniędzy. "Środki polityki spójności na dzisiaj nie są zagrożone" - przekonuje Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej.

Wydawało się, że na odcinku europejskim polskiego rządu nie może spotkać nic gorszego niż utrata dostępu do środków z Krajowego Planu Odbudowy. To 36 mld euro w formie bezzwrotnych dotacji (24 mld) i preferencyjnych pożyczek (12 mld). Łącznie prawie 172 mld zł (kurs Narodowego Banku Polskiego z 26 października). Wszystko zmieniło się mniej więcej w połowie października. W Brukseli odbywał się wówczas Europejski Tydzień Regionów i Miast. Podczas jednego ze spotkań dyrektor generalny ds. polityki regionalnej w Komisji Europejskiej powiedział coś, co postawiło obóz Zjednoczonej Prawicy na równe nogi.

Reklama

- Polskie władze same zadeklarowały, że nie wypełniły jednego z podstawowych warunków umożliwiających zwrot pieniędzy, związanego z Kartą Praw Podstawowych. To horyzontalny warunek, nie dotyczy poszczególnych sektorów, ale całości funduszy. I dopóki on nie będzie wypełniony przez Polskę, płatności nie będą zwracane przez KE. Te rachunki będą czekać - stwierdził Marc Lemaitre.

Słowa Lemaitre'a oznaczają, że Polska może zostać odcięta od funduszy unijnych przypadających naszemu krajowi w ramach polityki spójności. To jeden z kluczowych elementów budżetu siedmioletniego Unii Europejskiej. W przypadku Polski środki z polityki spójności to 75 mld euro, czyli niemal 360 mld zł, a więc ponad dwukrotnie więcej niż mieliśmy otrzymać z tytułu KPO. Strata funduszy z obu tych źródeł oznacza uszczuplenie budżetu Polski o ponad pół biliona złotych (ok. 530 mld zł) na przestrzeni kilku najbliższych lat.

Fundusze unijne wstrzymane

Wszystko z powodu tzw. warunków podstawowych ujętych w rozporządzeniu Rady Unii Europejskiej i Parlamentu Europejskiego nr 2021/1060. To dokument przyjmowany co sześć-osiem lat dla każdej kolejnej perspektywy finansowej Unii Europejskiej, powszechnie zwanej siedmioletnim budżetem unijnym. Rozporządzenie reguluje cały szereg spraw - m.in. sposób zatwierdzania i wydatkowania funduszy unijnych, to jak wygląda system korekt oraz jak zatwierdzane są wypłaty środków unijnych.

- W 2021 roku po raz pierwszy w rozporządzeniu znalazły się przepisy dotyczące tzw. warunków podstawowych, które musi spełnić każde państwo członkowskie, żeby uzyskać środki unijne (np. przestrzeganie prawa do sądu, a więc m.in. zapewnienie, że sprawa będzie rozpatrywana przez niezawisły i bezstronny sąd) - wyjaśnia w rozmowie z Interią prof. Piotr Bogdanowicz z Uniwersytetu Warszawskiego.

Ekspert od prawa unijnego podkreśla, że w przeszłości omawiane przepisy co prawda również były ujmowane w prawie wspólnotowym, ale miały dużo bardziej generalny charakter. To z kolei przekładało się na "luźniejsze" interpretowanie ich egzekwowania, gdy przychodziło do wypłaty unijnych środków. - Teraz po raz pierwszy zapisano w rozporządzeniu, że niespełnienie warunków podstawowych wiązać się będzie z tym, że Komisja nie zwróci państwu członkowskiemu wydatków ujętych we wnioskach o płatność. A właśnie to w przypadku Polski zapowiedział rzecznik KE - wskazuje prof. Bogdanowicz.

Problem jest poważny i nie chodzi tu tylko o wypowiedź dyrektora generalnego ds. polityki regionalnej w KE, o której przed kilkoma dniami pisała "Rzeczpospolita", sygnalizując, że fundusze z polityki spójności mogą do Polski nie popłynąć. Z informacji, które w Komisji Europejskiej otrzymała Interia, wynika, że żarty faktycznie się skończyły.

W korespondencji z redakcją Interii Komisja wskazuje, że państwa członkowskie muszą spełnić tzw. warunki podstawowe, żeby umożliwić "skuteczną i sprawną realizację unijnych funduszy objętych rozporządzeniem, które przyjęli wszyscy współprawodawcy". "Warunki podstawowe" - podkreśla KE - mają zagwarantować, że wszystkie państwa członkowskie "wprowadzą skuteczne mechanizmy zapewniające, że realizacja programów unijnych będzie przebiegać w zgodzie z Kartą Praw Podstawowych, a ponadto zapewnią mechanizm odwoławczy".

Tu pojawia się polski wątek. "W kwestii niedawno przyjętych polskich programów podlegających pod politykę spójności, polskie władze same wskazały, że nie spełniają warunków podstawowych Karty (Karty Praw Podstawowych - przyp. red.). Po stronie Polski jest teraz, żeby poinformować Komisję (Europejską - red.), jak władze zamierzają zapewnić wypełnienie warunków prawnych (umożliwiających odblokowanie środków w ramach polityki spójności - red.)" - czytamy w wyjaśnieniach przesłanych przez Komisję Europejską. "Pozostajemy w dialogu ze stroną polską w celu zapewnienia, że wymagania stawianie w ramach realizacji warunków podstawowych zostaną całkowicie wypełnione" - podkreśla KE.

O stanowisko KE chcieliśmy zapytać kilku ministrów i wiceministrów zajmujących się tematyką unijną i funduszami europejskimi, ale żaden nie zdecydował się na rozmowę. Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej odpowiedziało na nasze pytania mailowo, zapewniając, że Polska wypełniła większość tzw. warunków podstawowych. "KE potwierdziła dotąd spełnienie 14 z 20 warunków podstawowych. W sprawie pozostałych sześciu cały czas trwa dialog techniczny" - czytamy w korespondencji z MFiPR. Resort zapewnia, że wspomniany dialog techniczny, "to normalna procedura, której podlegają wszystkie państwa członkowskie UE". 

"Polska ma czas na zamknięcie uzgodnień technicznych w sprawie sześciu warunków do momentu wystąpienia z wnioskiem o refundację" - przekonuje strona rządowa. MFiPR dodało, że "Komisja Europejska wypłaciła Polsce pierwszą zaliczkę - 5,5 mln euro na Program Pomoc Techniczna dla Funduszy Europejskich na lata 2021-27". "Wkrótce spodziewamy się kolejnych zaliczek na zatwierdzone już przez KE programy: FENG, FEnIKS, FEPW" - zaznaczono.

"Środki polityki spójności na dzisiaj nie są zagrożone. Podpisaliśmy Umowę Partnerstwa, podpisaliśmy większość programów, w tym największy program FENIKS. W tej chwili trwa dialog z Komisją Europejską odnośnie spełnienia 6 z 20 warunków. Warunki muszą być spełnione do dnia rozliczenia" - podkreśla w nadesłanej do naszej redakcji korespondencji resort funduszy i polityki regionalnej.

Tu konieczne jest kilka wyjaśnień do informacji przedstawionych przez MFiPR. Po pierwsze, KE stawia sprawę jasno - warunkiem refundacji inwestycji w ramach polityki spójności jest wypełnienie wszystkich tzw. warunków podstawowych. Choćby jedno niespełnione przez kraj członkowski kryterium skutkuje wstrzymaniem finansowania w ramach polityki spójności. Po drugie, podpisanie Umowy Partnerstwa, o której wspomina resort, nie ma bezpośredniego związku z otrzymaniem refundacji środków z tytułu poczynionych inwestycji. To swego rodzaju mapa drogowa strategii inwestycyjnej kraju członkowskiego, pewien plan działania. Refundacja zależy natomiast od decyzji dyrekcji generalnych Komisji Europejskiej, które sprawdzają i oceniają, czy kraje członkowskie UE spełniają kryteria uprawniające do otrzymania środków i czy przeprowadziły inwestycje zgodnie z poczynionymi z KE ustaleniami. Po trzecie, program Pomoc Techniczna dla Funduszy Europejskich, na który Polska otrzymała zaliczkę 5,5 mln euro, ma na celu przede wszystkim administracyjne i prawne usprawnienie właściwego wydatkowania i rozliczania środków europejskich. Słowem: to swego rodzaju zabezpieczenie dla KE, że fundusze unijne zostaną sprawnie i skutecznie zainwestowane. Nie jest programem celowym na konkretne inwestycje i reformy w takich obszarach kraju członkowskiego UE jak m.in. cyfryzacja, energetyka, ochrona środowiska czy inkluzywność społeczna.

Paragraf na Polskę

Warto w tym miejscu wyjaśnić jedną kwestię prawną, która w polskiej debacie publicznej często jest błędnie przedstawiana. Wstrzymanie wypłaty funduszy w ramach polityki spójności nie ma związku z zastosowaniem tzw. mechanizmu warunkowości, a więc narzędzia, które stworzono dla Komisji Europejskiej z myślą o państwach członkowskich, które nie przestrzegają wspólnych unijnych wartości i zasad. Kluczową wartością demokratyczną, którą ma chronić "mechanizm warunkowości", są rządy prawa w krajach członkowskich UE.

Co ważne, o zastosowaniu "mechanizmu warunkowości" decydują politycy - ci z Komisji Europejskiej, a później również ci z Rady Unii Europejskiej. Mechanizm jest uruchamiany, kiedy pojawia się realne zagrożenie dla należytego wydatkowania środków europejskich. - Chodzi o naruszenie praworządności w kraju członkowskim UE, co najmniej zagrażające należytemu zarządzaniu finansami w ramach budżetu Unii lub ochronie interesów finansowych Unii - precyzuje w rozmowie z Interią prof. Piotr Bogdanowicz z UW.

Jeśli KE stwierdzi, że takie ryzyko występuje, kieruje wniosek do Rady Unii Europejskiej o podjęcie decyzji o wstrzymaniu wypłaty funduszy dla danego kraju członkowskiego. Rada w ciągu miesiąca od wpłynięcia wniosku przystępuje do głosowania. Do przyjęcia wniosku potrzebna jest większość kwalifikowana - "za" musi być co najmniej 55 proc. państw członkowskich (nie mniej niż piętnaście), których łączna liczba ludności stanowi co najmniej 65 proc. ludności UE. Tak zwana mniejszość blokująca musi z kolei obejmować co najmniej cztery państwa członkowskie reprezentujące ponad 35 proc. ludności UE (w tym gronie może być państwo, którego dotyczy głosowanie).

W przypadku Polski mówimy jednak o wstrzymaniu transferu środków europejskich na podstawie "zwykłego" prawa unijnego. Decyzję podejmują więc urzędnicy, a nie politycy. Marek Prawda, były stały przedstawiciel RP przy Unii Europejskiej oraz były dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce, podkreśla, że "rozporządzenia Komisji Europejskiej do perspektywy budżetowej 2021-27 zostały skonstruowane inaczej niż poprzednie tego typu dokumenty". - Tym razem położono duży nacisk na to, żeby systematycznie sprawdzać wypełnianie przez państwa członkowskie wszystkich warunków podstawowych - mówi były dyplomata.

Zmiany w prawie UE spowodowały, że dyrekcje generalne KE, które odpowiadają za rozliczanie środków europejskich, mają zawężone pole manewru. Słowem: nic nie może odbywać się już uznaniowo, na wszystko jest bowiem stosowny paragraf. - UE ma więcej narzędzi, a wynikają one z negatywnych doświadczeń ostatnich lat. Z perspektywy Polski sprawa jest jasna - albo wypełniamy nowe kryteria i dostajemy zwrot środków, albo nie wypełniamy i środków nie otrzymujemy. Wypłaty zaczną się najwcześniej pod koniec 2023 roku - ocenia Prawda.

Unia solidarności warunkowej

Kluczowe w obecnej sytuacji jest jednak zrozumienie, skąd wzięła się nagła zmiana Unii w podejściu do wypłacania środków europejskich. Ambasador Prawda w rozmowie z Interią wskazuje, że powodem są coraz mocniejsze naciski Parlamentu Europejskiego na Komisję Europejską, żeby ta ukróciła poczynania państw nierespektujących kluczowych unijnych zasad i wartości.

Mówi Marek Prawda: - Parlament Europejski żąda tego, ponieważ obywatele w krajach członkowskich, zwłaszcza tych będących płatnikami netto, coraz mocniej naciskają na polityków, żeby nie dawać środków europejskich krajom, które naruszają wartości demokratyczne. Europejczycy nie chcą finansować rządów, które rozwalają Unię od środka. W ten sposób obywatele UE wymuszają na politykach stosowanie rozwiązań, które do tej pory były co prawda zapisane w prawie, ale nie miały przełożenia na praktykę polityczną.

To zresztą kwestia istotna nie tylko w kontekście polskich środków z polityki spójności, ale przyszłości całej UE w kolejnych kilkunastu latach, a być może nawet kilku dekadach. Dokonująca się właśnie zmiana jest bowiem fundamentalna. - Unia solidarności przekształca się w Unię solidarności warunkowej. Skończyły się wakacje od praworządności i przestrzegania wartości unijnych. Solidarność warunkowa jest nieuchronna - diagnozuje ambasador Prawda. I dodaje: - Wynika to z instynktu samozachowawczego UE. Jeśli by tego nie zrobiła, to albo rozmontowałyby ją rozczarowane społeczeństwa krajów członkowskich, albo sama by się zdegenerowała.

Pół biliona złotych w plecy

Zanim jednak transformacja UE ostatecznie się dokona, polskie władze muszą zmierzyć się ze znacznie bliższymi swojemu sercu (a raczej portfelowi) problemami. Odcięcie dopływu unijnych środków z polityki spójności oznacza w najbliższych latach inwestycyjny i rozwojowy armagedon. Sytuacja jest tym poważniejsza, że żyjemy w czasach szalejącej inflacji, coraz dotkliwszej dla obywateli drożyzny i powszechnego problemu z inwestycjami, które są tym ważniejsze, że mają działanie antyinflacyjne. Co więcej, nad polską gospodarką coraz wyraźniej rysuje się widmo recesji. Pytanie, czy będzie to recesja klasyczna, czy tylko techniczna. Bo w to, że kryzys inflacyjny będzie skutkować jedynie ostrym spowolnieniem gospodarczym wierzą już tylko najwięksi optymiści.

- KPO i środki w ramach polityki spójności dają razem 110 mld euro, czyli ponad 500 mld zł - podlicza w rozmowie z Interią Piotr Kuczyński, analityk rynków finansowych z domu inwestycyjnego Xelion. Jak dodaje, szczęściem w nieszczęściu jest to, że ta kwota jest rozłożona na kilka lat. - KPO można rozliczać z marginesem dwóch-trzech lat, z kolei środki z polityki spójności to lata 2021-27. Niemniej, nawet przy tym zastrzeżeniu, mówimy o mniej więcej 100 mld zł straty w skali roku. To naprawdę dużo - około 3 proc. PKB. Dla porównania: to kwota równa 20 proc. wydatków państwa w 2022 roku - analizuje nasz rozmówca.

Kuczyński podkreśla, że strata jest tym dotkliwsza, ponieważ mówimy o środkach stricte inwestycyjnych, które po wejściu do polskiej gospodarki jeszcze przez długi czas pracowałyby na jej korzyść. - Mówiąc metaforycznie, dawanie ludziom pieniędzy do ręki jest jak rozpalanie ogniska sianem. Płomień duży i mocny, ale bardzo szybko gaśnie. Z kolei inwestycje to trwałe paliwo, które długo się pali i daje zawsze dużo ciepła - stwierdza analityk.

Wagę środków z KPO oraz z nowego budżetu siedmioletniego UE podkreślał niedawno w wywiadzie dla Interii również prof. Marek Belka. Były premier i były prezes Narodowego Banku Polskiego mówił, że pieniądze z UE pomogłyby Polsce m.in. ruszyć z miejsca z transformacją energetyczną, której kluczowe znaczenie pokazuje kryzys energetyczny, w którym Polska właśnie się znajduje.

- Proszę spojrzeć na Francję. Francuzi we wrześniu mieli inflację na poziomie 5,6 proc. Dlaczego? Ponieważ swojej energetyki, a co za tym idzie całej gospodarki, nie opierają na ropie, gazie oraz węglu. Francuzi stawiają na odnawialne źródła energii oraz atom. I to daje efekt w postaci odporności na obecny kryzys energetyczny. Podobnie jest w krajach skandynawskich - argumentował na łamach Interii prof. Belka.

Znaczenie wspomnianych 110 mld euro z UE, które Polska może na bliżej nieokreślony czas stracić, jest tym większe, że środki te miałyby ogromny wpływ na wzmocnienie kursu złotego na światowych rynkach. To kolejny atut antyinflacyjny, na stratę którego w aktualnej sytuacji polski rząd nie powinien sobie pozwolić. Teraz do światowych rynków pójdzie komunikat, że inwestycje w Polsce na dłuższy czas stają w miejscu, a to z kolei jeszcze mocniej uderzy w złotego.

Mówi Piotr Kuczyński: - Odblokowanie środków unijnych dla Polski miałoby silny wpływ psychologiczny na rynki i spowodowałoby wyraźne umocnienie złotego. To z kolei osłabiałoby koszt drogich surowców, a zatem i wpływ inflacji na naszą gospodarkę. Przekładając to wszystko na liczby, odblokowanie środków z KPO i utrzymanie środków z polityki spójności mogłoby zbić inflację z obecnych ponad 17 proc. do mniej więcej 12 proc.

Oczywiście rząd może bagatelizować problem - zarówno na płaszczyźnie politycznej, jak i gospodarczej - ale to nie on odczuje najmocniej brak dopływu unijnych miliardów euro. Prawdziwy dramat czeka polskie samorządy, które na unijnym finansowaniu opierają znaczną część swoich inwestycji i realizowanych programów. - Tutaj inwestycje staną w całą pewnością. Jeśli samorządy nie będą mieć gwarancji dopływu środków unijnych, po prostu przestaną inwestować, żeby nie popaść w długi i nie doprowadzić się do bankructwa, a to odczujemy bardzo szybko w naszym codziennym życiu - przewiduje Kuczyński.

Tego samego zdania są zresztą polscy samorządowcy. I coraz głośniej dają temu wyraz. 18 października Interia opisywała ich plany wobec możliwego wstrzymania transferów środków unijnych. Samorządowcy chcą zacząć od dużej kampanii informacyjnego, a także rozmawiać z politykami Prawa i Sprawiedliwości, których będą przekonywać do nieodpuszczania funduszy europejskich. Jeśli to nic nie pomoże, zapowiadają protesty w całym kraju.

- Na pewno tej sprawy nie zostawimy, tak jak nie zostawiliśmy cen energii. Musimy mieć świadomość, że to nie są pieniądze, które dostanie PKP albo miasto Poznań, ale nie dostaną ich ludzie. Bo to ich pieniądze. To dopłaty rolnicze, dopłaty do firm, to służba zdrowia czy oświata. Nie można tak tego zostawić - przyznał w rozmowie z Interią prezydent Sopotu Jacek Karnowski. I dodał: - Tu nie ma wyboru. Jeżeli ktoś chce nas pozbawić środków unijnych czy nawet wyprowadzić z UE, powinniśmy wtedy wyjść z ludźmi na ulice.

Big picture

Kiedy pojawiła się informacja, że Polska może stracić nie tylko fundusze z KPO, ale również z polityki spójności, na rodzimej scenie politycznej zawrzało. Opozycja znów podchwyciła narrację o nieuchronnym polexicie, natomiast politycy obozu władzy (zwłaszcza Solidarnej Polski) zaczęli otwarcie mówić, że na członkostwie w UE Polska w zasadzie nic już nie zyskuje, a musi oddawać coraz większą część swojej niezależności, więc najwyższy czas z tym skończyć.

Sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, niż przedstawia to i jedna, i druga strona. Rządzący traktują potyczki z UE jako funkcję polityki krajowej, która ma dla Nowogrodzkiej absolutny priorytet. Z kolei opozycja liczy, że wojując z UE i kładąc na szali dostęp do funduszy europejskich PiS w końcu przekroczy czerwoną linię, w wyniku czego Polacy powiedzą: dość.

Obu stronom umyka fakt, że na naszych oczach (i wobec naszej bierności) UE zmienia się u swoich fundamentów. Do tej pory nie odczuwaliśmy tego wymiernie, ale jak widać po działaniach KE w sprawie pieniędzy dla Polski z polityki spójności - czas pobłażania minął. - Tutaj cierpliwość UE skończyła się, ponieważ w międzyczasie zmieniły się społeczeństwa europejskie. Zmienił się tzw. big picture, czyli szerszy obrazek funkcjonowania całej UE. Kiedy wszystko było w różowych barwach, w Brukseli machali ręką na problemy. Kiedy dominuje szarość i czerń, sami obywatele UE wymogli na swoich reprezentantach zdecydowane działania - przypomina ambasador Marek Prawda.

Były dyplomata zauważa, że kwestia przyszłości UE stała się fundamentalna dla wielu zachodnich społeczeństw. Do tego stopnia, że politycy, zwłaszcza z krajów tzw. starej Unii, nie mogli dłużej ignorować głosu swoich wyborców. Postępując w ten sposób zaryzykowaliby własną polityczną przyszłość, czego z oczywistych powodów robić nie chcieli. - To przestała być abstrakcyjna rozgrywka między Brukselą a polskim czy węgierskim rządem. To zaczęła być rozgrywka, od której zależą również losy pozostałych rządów i pozostałych państw członkowskich - analizuje ambasador Prawda. Właśnie dlatego - jak tłumaczy - UE zaostrzyła kryteria przyznawania funduszy europejskich i dużo wnikliwiej monitoruje wypełnianie warunków koniecznych dla państw członkowskich do ich wypłaty. - Świat pieniędzy i świat wartości nie mogą być w dwóch szufladach, muszą być w jednej - podsumowuje ambasador Prawda.

Prof. Sławomir Sowiński, politolog z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego: - W mojej ocenie PiS dość świadomie gra sprawą UE i funduszy unijnych. Ale na Nowogrodzkiej jest chyba ciągle nadzieja, że na końcu tej gry fundusze unijne i tak do Polski popłyną, a po drodze uda się zbić pewne zyski polityczne. Tyle że - jak powtarzam - to rozgrywka dość ryzykowna a jej koniec może być bardzo różny.

Nowogrodzka gra "va banque"

O jaką rozgrywkę i jakie polityczne zyski chodzi? Odpowiedzią są oczywiście przyszłoroczne wybory parlamentarne i trwająca już prekampania. Na rok przed głosowaniem notowania Zjednoczonej Prawicy dalekie są nie tyle od ideału, co nawet od oczekiwań. Mówiąc wprost: gdyby wybory odbyły się dzisiaj, obóz "dobrej zmiany" mógłby pożegnać się z władzą. Takiemu stanowi rzeczy trudno się dziwić. Ostatnie kilkanaście miesięcy to dla PiS-u niekończące się pasmo kryzysów i błędów - pandemia koronawirusa i wywołany nią kryzys gospodarczy, zamieszanie wokół środków z KPO, których wypłata stanęła pod dużym znakiem zapytania, kryzys inflacyjny, kryzys energetyczny, a teraz jeszcze widmo utraty środków z budżetu siedmioletniego UE.

Zdaniem prof. Sowińskiego, na Nowogrodzkiej są świadomi, jak trudne jest obecne położenie obozu władzy. Dlatego zapadła decyzja, żeby zagrać "va banque". - Ostra i ryzykowna zagrywka, postawienie wszystkiego na jedną kartę, wydaje się dziś politykom PiS jedynym sposobem na odwrócenie dynamiki politycznej - tłumaczy politolog. Podkreśla też, że "standardowe działania" w dyplomacji, nowe inwestycje i próby reformowania państwa nie budzą już w Zjednoczonej Prawicy nadziei na trzecią kadencję u władzy. - Pozostają więc emocje, igrzyska, klasyczna gra w klasy i w oblężoną twierdzę - mówi nasz rozmówca. Podkreśla, że chociaż jest to zagrywka mocno ryzykowna, to jednak "chłodno policzona i przemyślana".

Tezę prof. Sowińskiego o dużym ryzyku podejmowanym przez PiS potwierdza najnowsze badanie SW Research dla "Rzeczpospolitej". Zapytano w nim Polaków, czyją, ich zdaniem, winą będzie, jeśli Polska zostanie odcięta również od środków z "normalnego" budżetu unijnego. 60,5 proc. respondentów wskazało na rząd. To miażdżąca przewaga nad innymi "winnymi" - Komisją Europejską (9,5), opozycją (8,6) i Niemcami (6,1). 15,3 proc. społeczeństwa nie ma jeszcze w tej kwestii zdania.

Kolejne miesiące będą więc upływać pod znakiem oskarżania UE przez rządzących o mieszanie się do polskiej polityki, wspieranie opozycji i granie przeciwko demokratycznie wybranemu rządowi. W międzyczasie do Polski niemal na pewno nie popłyną żadne fundusze europejskie. Każdy kompromis z UE zostałby bowiem uznany zarówno przez żelazny elektorat, jak i "jastrzębi" Zjednoczonej Prawicy za słabość albo nawet zdradę interesów narodowych.

To o tyle istotne, że PiS, idąc na ostre zwarcie z Brukselą, chce pozbawić politycznego tlenu swoich rywali po prawej stronie sceny politycznej - Konfederację i Solidarną Polskę. - Celem PiS-u jest w tym momencie bycie jedyną prawicą w Polsce. Mówiąc żargonem: "jedyną prawicą w mieście" - mówi w rozmowie z Interią prof. Sowiński. - A bez twardej, antyunijnej retoryki jest to niemożliwe. Jakikolwiek kompromis z Brukselą tworzyłby na prawicy miejsce dla konkurencji i ograniczał szanse PiS-u na samodzielne sięgnięcie po władzę po raz trzeci. Taka jest, jak sądzę, optyka na Nowogrodzkiej - dodaje.

Taka strategia PiS-u jest ryzykowna, ponieważ skazuje formację Jarosława Kaczyńskiego wyłącznie na dwie grupy wyborców (zresztą częściowo się pokrywające) - seniorów i prowincję. PiS liczy na maksymalną mobilizację wyborców prawicowych. Dlatego już w trakcie kadencji odpuściło walkę o polityczne centrum. - Warto pamiętać, że seniorów mamy w Polsce ok. 8,5 mln. Warto też przypomnieć, że na 30 mln polskich wyborców prawie 16 mln mieszka w miejscowościach do 20 tys. mieszkańców, a prawie 10 mln - w miejscowościach do 10 tys. mieszkańców - prof. Sowiński zwraca uwagę na kluczowe wyborcze liczby.

Jego zdaniem rządzący budują "ofertę bezpieczeństwa socjalnego, awansu społecznego, obrony narodowej tradycji i państwa suwerennego" skierowaną właśnie do dwóch wspomnianych grup elektoratu. - Przy frekwencji 50-55 proc. wystarczy 6-7 mln głosów, żeby nie tylko wybory wygrać, ale również rządzić samodzielnie - podkreśla politolog i dodaje, że jedyną czerwoną linią, której PiS nie przekroczy w realizacji powyższego celu, jest pozbawienie polskich rolników unijnych dopłat. Tego jednak zapewne uda się uniknąć. Resztę funduszy europejskich obóz władzy, przynajmniej do czasu wyborów, jest skory poświęcić na ołtarzu walki o trzecią kadencję. - Antyunijna retoryka zamyka PiS-owi drogę do głosów przedsiębiorców, klasy średniej, czy mieszkańców wielkich miast - przekonuje nasz rozmówca.

"Obecność w UE to nasze geopolityczne być albo nie być"

Doraźne działania, których celem jest zapewnienie zwycięstwa w wyborach, mogą jednak mieć kolosalne konsekwencje długoterminowe. Utrata setek miliardów złotych środków europejskich to cios, który odczują przede wszystkim zwykli Polacy w swoim codziennym życiu. Jeśli dodać do tego antyunijną narrację, którą dla wybielenia działań rządu przez rok będzie serwować im propaganda z mediów publicznych, pojawia się poważne ryzyko wzniecenia w Polsce antyunijnych nastrojów.

Obecnie Polska jest jednym z najbardziej euroentuzjastycznych społeczeństw w Unii Europejskiej. Z czerwcowego badania CBOS-u wynika, że nasze członkostwo we Wspólnocie popiera 92 proc. społeczeństwa. Co dwudziesty badany (5 proc.) jest przeciwny obecności naszego kraju w UE, a 3 proc. Polaków nie ma w tej sprawie zdania. Dużo mniej optymistyczne są wyniki sondażu IBRiS-u w tej samej kwestii z sierpnia tego roku. Tu już tylko 81 proc. Polaków popiera obecność Polski w UE, podczas gdy 15,3 proc. społeczeństwa widziałoby nasz kraj poza Wspólnotą. 3,7 proc. respondentów nie ma sprecyzowanych poglądów na ten temat.

Ambasador Marek Prawda przestrzega, że to może być dopiero początek kłopotów. Jego zdaniem "klasyczny" eurosceptycyzm to tylko część problemu. Drugą jest kryzys euroentuzjastów "ze względu na zachowanie UE, która nie broni swoich wartości". - Mamy dzisiaj zjawisko nowego eurosceptycyzmu - eurosceptycyzmu euroentuzjastów. Oni mówią, że mają serdecznie dosyć UE, która nie potrafi bronić ani swoich wartości, ani tych, którzy na obronę owych wartości się decydują - twierdzi były dyplomata.

Były stały przedstawiciel RP przy Unii Europejskiej oraz były dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce nie ma jednak cienia wątpliwości, jaki stosunek do obecności w UE powinni zachować Polacy. - Poparcie dla Unii wśród Polaków powinno być silne, bo obecność w Unii to nasze geopolityczne być albo nie być. Dziejowa szansa rozwojowa. To poparcie dla UE powinno przełożyć się na zatrzymanie procesu pozbawiania Polski setek miliardów złotych. To centralny dylemat w tej chwili - diagnozuje nasz rozmówca.

Czytaj też: Dodatki do ogrzewania: Do kiedy można składać wnioski? Niektóre terminy już blisko

Reklama

Reklama

Reklama