Plan "Verantwortung". Niemcy chcą być "maklerem Europy"
Niemcy chcą wrócić do gry o europejskie przywództwo - tym razem nie tylko gospodarczo, ale i militarnie. Berlin ogłasza ambitną strategię bezpieczeństwa "Verantwortung für Europa" i plan budowy najsilniejszej armii konwencjonalnej na kontynencie. To ruch, który może na nowo przetasować układ sił w Europie - zwłaszcza w obliczu rosnących ambicji Francji i niepewności wokół roli USA. Eksperci w rozmowie z Interią tłumaczą, co naprawdę oznacza niemiecka koncepcja.

W skrócie
- Niemcy ogłosiły strategię bezpieczeństwa "Verantwortung für Europa", której celem jest zbudowanie najsilniejszej armii konwencjonalnej w Europie do 2039 roku. Plan ma też pomóc gospodarce Niemiec.
- W artykule opisano rosnące ambicje militarne Niemiec i Francji na tle niepewności, co do zaangażowania USA w bezpieczeństwo Europy oraz różnic między Berlinem a Paryżem w podejściu do autonomii strategicznej i współpracy z Amerykanami.
- Eksperci podkreślają, że mimo ambicji obu państw europejskich, obecnie potrzebna jest współpraca, ponieważ Europa bez pomocy USA pozostaje zbyt słaba, by samodzielnie zadbać o bezpieczeństwo.
- Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
- Niemcy od końca drugiej wojny światowej byli pariasem w Europie, ale konflikt ukraiński oraz w Iranie sprawił, że mogą wystąpić w nowej roli - mówi Interii dr Janusz Sibora, historyk i ekspert ds. dyplomacji.
Berlin najwyraźniej sprawę widzi podobnie. W ostatnich miesiącach zapowiadali, a 22 kwietnia przedstawili pakiet dokumentów swojej nowej strategii bezpieczeństwa. To "Verantwortung für Europa", czyli odpowiedzialność za Europę. Minister obrony Boris Pistorius stwierdził, że strategia jest odpowiedzią na "historyczny" moment, w jakim znajduje się świat. Według naszych rozmówców historyczny jest też z perspektywy Niemiec.
Przede wszystkim niemiecka strategia ma sprawić, że do 2039 roku będą mieli najsilniejszą armię konwencjonalną w Europie. Tymczasem na Starym Kontynencie chętnych do miana najsilniejszego państwa jest więcej.
Europa w obliczu słabnącej roli USA
Europejskie ambicje militarne rosną też proporcjonalnie do kolejnych zapowiedzi Donalda Trumpa o wycofaniu części amerykańskich wojsk z Europy. Zwracał na to uwagę w niedawnym wywiadzie dla "Financial Times" Donald Tusk. Premier stwierdził, że czasami "ma pewne problemy" z wiarą, iż artykuł 5. Traktatu Waszyngtońskiego o wzajemnej obronie sojuszników w NATO nadal obowiązuje.
- Tusk w zasadzie powtórzył to, co wielokrotnie mówił Macron i Merz - zwraca uwagę dr Sibora. Konsekwencją słów premiera są jednak pytania o alternatywę i realną siłę europejskich sojuszników w sytuacji, w której Stany Zjednoczone nie będą chciały pomagać w Europie.
Na tym polu wiele wydarzyło się w ciągu ostatnich tygodni. Z jednaj strony jest Francja. Emmanuel Macron zapowiedział rozbudowę francuskiej tarczy nuklearnej czy budowę nowego lotniskowca. Ten drugi element dobrze oddaje ambicje Paryża, który stara się być główną siłą morską Unii Europejskiej.
Niemcy mogą wystąpić w roli maklera Europy. To przypomina kongres berliński, kiedy po zjednoczeniu Niemiec Bismarck chciał być właśnie takim rozdającym karty
Tym bardziej, że odzwierciedla to trwające operacje Francuzów na wodach świata, w tym na Morzu Śródziemnym, Oceanie Indyjskim oraz na morzach w północnej części Europy, jak również w Afryce Zachodniej, w Zatoce Gwinejskiej.
- Francja ma ugruntowaną pozycję. Może tworzyć parasol atomowy i niezależnie od mankamentów, małej liczby głowic w stosunku do potencjału Rosji czy Stanów Zjednoczonych, jest członkiem Unii i ma przewagę nawet w stosunku do brytyjskiego potencjału - podkreśla Sibora. Wskazuje też na francuskie defilady wojskowe 14 lipca. Pojawiają się tam pojazdy - efekty współpracy wojskowej z państwami kontynentu. - Francja od dawna dąży do suwerenności militarnej Europy - tłumaczy nasz rozmówca.
Niemiecki pomysł jest inny. W ostatnim czasie media zalały informacje o wzajemnych animozjach Waszyngtonu i Berlina, ale w szerszej perspektywie Niemcy postrzegają rozbudowę sił zbrojnych w porozumieniu z Amerykanami.
Niemcy jako "makler Europy"
Niezależnie od tego, jak wiele wzajemnych złośliwości pojawia się między Donaldem Trumpem i Friedrichem Merzem, Waszyngton już wskazał Berlin jako najważniejsze państwo dla bezpieczeństwa Europy.
Wiele wnosi w tym względzie publiczna wypowiedź podsekretarza stanu USA ds. polityki wojennej i współautora Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA. Elbridge Colby 25 kwietnia powołał się słowa sekretarza generalnego NATO, według którego najważniejsze dla bezpieczeństwa są dziś: obrona powietrzna, drony, amunicja, radary i zdolności kosmiczne.
"Niemcy przejmują w tym wiodącą rolę" - podkreślił Colby w internetowym wpisie. Dodał również, że Waszysngton współpracuje "zwłaszcza z Niemcami" nad koncepcją NATO 3.0. Chodzi o zwiększenie odpowiedzialności europejskich sojuszników czy wręcz przejęcie odpowiedzialności za konwencjonalną obronę Europy.

W zmniejszeniu amerykańskiej i zwiększeniu niemieckiej roli na kontynencie Berlin upatruje swoją szansę jako najsilniejszego państwa w Europie. - Oni mogą wystąpić w roli maklera Europy. To przypomina kongres berliński, kiedy po zjednoczeniu Niemiec Bismarck chciał być w Europie właśnie takim maklerem, rozdającym karty - mówi nam Janusz Sibora.
Szczególnie, że chodzi nie tylko o siłę militarną. - Niemcy są w kryzysie gospodarczym. Jednak tania energia z Rosji się skończyła. Muszą konkurować na rynku motoryzacyjnym z Chinami. Przestawienie przemysłu, militaryzacja gospodarki to dla nich deska ratunku i możliwość utrzymania swojej pozycji gospodarczej - tłumaczy Sibora.
Zanim jednak Niemcy będą pierwszą siłą konwencjonalną w Europie, mają jeszcze sporo do zrobienia. Również dlatego, że ich nowa strategia zakłada traktowanie terytorium NATO, Bliskiego Wschodu i Indo-Pacyfiku jako połączonych obszarów bezpieczeństwa, które wzajemnie na siebie oddziałują.
Europejska pięta Achillesa w obronności
- Koncepcja "jednego teatru" nie jest nowa i pojawia się w europejskiej strategii bezpieczeństwa z 2003 roku - mówi Interii dr Piotr Śledź z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. Teraz jednak Niemcy potraktowali ją jako swoje wyzwanie.
Czy są w stanie sprostać mu bez USA? Wśród europejskich priorytetów wojskowych dr Śledź wskazuje zdolności wywiadowcze. - W ramach systemów satelitarnych, zbierających informacje, wszystko wisi na amerykańskim GPS-ie. Europejski system Galileo od wielu lat znajduje się w fazie rozwoju i nie zastąpi w krótkiej perspektywie amerykańskiego - podkreśla.

Oprócz tego ekspert podkreśla znaczenie obrony przeciwlotniczej i podaje przykłady, kiedy Europejczycy bez własnych zdolności kupowali systemy chociażby izraelskie. Jest też kwestia zdolności produkcyjnych. Co istotne, w przypadku Niemiec dr Śledź zwraca uwagę na zakup amerykańskich samolotów F-35. - Realizowany też z uwagi na program Nuclear Sharing na swoim terytorium - tłumaczy.
Berlin nie chce całkowicie zrezygnować z amerykańskiej obecności wojskowej. Program dzielenia broni jądrowej jest jednym z kluczowych dla nich obszarów. Chcą być silniejsi w zdolności konwencjonalnych, nuklearne nadal mają zapewniać Amerykanie. Dlatego Berlin kupuje najnowsze myśliwce w USA.
"Zbyt słabi, by rywalizować"
- Francja forsuje koncepcję autonomii strategicznej, w domyśle z sobą jako głównym rozgrywającym. Niemcy są natomiast hubem amerykańskiej obecności w Europie. Tam wciąż jest największa liczba amerykańskich żołnierzy, mimo zapowiedzi redukcji. Ta obecność jest filarem bezpieczeństwa narodowego dla Niemców. W ich żywotnym interesie jest jej utrzymanie - mówi nam dr Śledź.
Niemcy są hubem amerykańskiej obecności w Europie. (...) Ta obecność jest filarem bezpieczeństwa narodowego dla Niemców
Skoro oba państwa - Francja i Niemcy chcą być najsilniejszym państwem na kontynencie, czy ich rywalizacja jest nieunikniona. - Bardziej niż rywalizację o prymat w Europie dostrzegam tu dwie rozbieżne wizje polityki bezpieczeństwa. Z jednej strony Francja, która ma własne interesy, zdolności nuklearne i wizję autonomii strategicznej. Z drugiej Niemcy, dążące do utrzymania amerykańskiej obecności - wskazuje nasz rozmówca.
Podobnego zdania jest dr Sibora. - W sytuacji, w której Europa musi coraz bardziej radzić sobie bez Waszyngtonu, to nie rywalizacja, tylko uzupełnienie. Na razie musi być współpraca, bo jako Europa wciąż jesteśmy zbyt słabi, kiedy co najmniej należy zadać to pytanie o wiarygodność sojusznika za Atlantykiem - podsumowuje Janusz Sibora w rozmowie z Interią.
Jakub Krzywiecki
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz na jakub.krzywiecki@firma.interia.pl










