Reklama

Reklama

Piąta rocznica trzęsienia ziemi w Japonii i katastrofy w Fukuszimie

​To była druga największa awaria jądrowa w historii, poprzedziło ją gigantyczne trzęsienie ziemi i fala tsunami. Dziś mija piąta rocznica katastrofy w Japonii i w elektrowni Fukuszima.

Najpierw nastąpiło najsilniejsze trzęsienie w historii tego kraju; miało siłę dziewięciu stopni w skali Richtera. Potem powstała w wyniku wstrząsów wysoka nawet na 40 metrów fala tsunami wdarła się daleko w głąb lądu. Zginęło 16 tysięcy ludzi, zaginęły prawie trzy tysiące. W elektrowni atomowej Fukuszima stopiły się rdzenie, nastąpił wyciek radioaktywny; awarii przyznano siódmy - najwyższy stopień w skali zdarzeń jądrowych i radiologicznych INES. Z okolic elektrowni ewakuowano dziesiątki tysięcy ludzi. Do dziś wielu nie wróciło.
- W miejscach tymczasowego zamieszkania pozostaje prawie sto tysięcy ludzi - mówi japonistka z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu i SWPS, dr Beata Bochorodycz, która niedawno odwiedziła rejon Fukuszimy. Według japońskich ekspertów, całkowite usuwanie skutków katastrofy jądrowej może potrwać prawie 40 lat.
Po katastrofie wyłączono wszystkie reaktory jądrowe w Japonii. Rząd Shinzo Abe opowiada się jednak za powrotem do energetyki atomowej. Dwa reaktory w Takahamie niedawno uruchomiono, ale jeden natychmiast wyłączono ze względów technicznych. O zamknięciu drugiego zdecydował japoński sąd po licznych protestach okolicznych mieszkańców.

Reklama

Oskarżeni o zaniedbania

Szefowie operatora elektrowni w Fukuszimie, firmy Tepco, zostali oskarżeni o zaniedbania; trzej menadżerowie stanęli przed sądem po tym, jak domagała się tego grupa obywateli. Firma przyznała, że ukrywała fakty w pierwszych dniach po katastrofie.
Po tej awarii w kilku krajach zrezygnowano z energii atomowej; rząd Niemiec postanowił wyłączyć wszystkie reaktory w kraju do roku 2022.
Według tygodnika "The Economist", choć elektryczność z atomu jest ciągle tańsza od tej z węgla, rządy wielu państw dopłacają do energii odnawialnej, a to może oznaczać, że firmy zajmujące się energetyką atomową będą miały kłopoty. Poza tym na Zachodzie ponad trzy czwarte reaktorów ma 25 lat lub więcej i prawdopodobnie coraz więcej z nich będzie zamykanych - podkreśla "The Economist".

Zdaniem części ekspertów, nowoczesne elektrownie atomowe są bezpieczne. Jak pisze w specjalnym oświadczeniu przewodniczący Komisji Bezpieczeństwa Jądrowego Narodowego Centrum Badań Jądrowych dr inż. Andrzej Strupczewski, "w Polsce nie ma tsunami ani takich trzęsień ziemi jak w Japonii (...), a Bałtyk jest zbyt płytki na wystąpienie fali tsunami. Ponadto elektrownie jądrowe III generacji są odporne nawet na takie kataklizmy jak ten, który zniszczył Fukushimę". Dr Strupczewski opowiada się za budową elektrowni jądrowej trzeciej generacji w Polsce. Jego zdaniem, jest to technologia sprawdzona, bezpieczna i odporna na zagrożenia naturalne oraz na ataki terrorystyczne.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne