Z godzinnym spóźnieniem, ale dojechaliśmy. Co widać? Betonowy peron, starej daty parowóz przerobiony na pomnik i autobusowy dworzec.
My, pasażerowie "Adriatic Expressu", dojechaliśmy w ponad 20 godzin z Warszawy do słoweńskiego Kopru. To zupełnie nowe połączenie kolejowe.

PKP Intercity reklamowało tę nowość jeszcze zimą, dodając, że zorganizowany ma być autobus, na którego pokładzie - legitymując się jednym biletem - będzie można dojechać do oddalonego o około 25 kilometrów Triestu, już po włoskiej stronie granicy.

Tak się nie stało i jeśli ktoś chce, może tam podjechać na własną rękę. Ale i sam Koper jest wartym odwiedzenia miejscem.

Co najważniejsze, to jedyny port w Słowenii, która dostęp do Adriatyku ma na krótkim, niespełna 47-kilometrowym odcinku.
W Koprze wykorzystano szansę, jaką daje dostęp do akwenu i portowa infrastruktura jest tam sporych rozmiarów.

Koper stoi portem. "Okno na świat Grupy Wyszehradzkiej"
Polska, rządowa strona w 2020 roku - przy okazji wizyty ambasadora RP - nazwała Koper "południowym oknem na świat Grupy Wyszehradzkiej". Przeładunkowe możliwości tamtejszego portu z roku na rok wzrastają, a korzystają z tego nie tylko kraje wspomnianej organizacji, ale i chociażby Austria. Ułatwia on handlową wymianę między Bliskim oraz Dalekim Wschodem, jak również Afryką.

Co widać na pierwszy rzut oka, w koperskim porcie pojawia się sporo transportowanych samochodów osobowych. W efekcie, kiedy jechaliśmy jeszcze koleją do tego miasta, mijały nas liczne lokomotywy ciągnące autokuszetki. Odprawiane są tam także produkty żelazne czy towary, które łatwo się psują.

Jest też pasażerskie oblicze tego miejsca. Wycieczkowy statek, jaki cumował akurat gdy dotarłem na nabrzeże, trudno było mi cały zmieścić w kadrze. A zaraz obok portu - kamienisto-trawiasta plaża, skąd można obserwować pracę portowych żurawi. Woda natomiast była tak ciepła, jakby ktoś przed chwilą podgrzał ją w bojlerze i wlał do morskiego basenu.

Słoweński kurort przyciąga spokojem
Koper ma około 27 tysięcy mieszkańców, lecz sporo jest także turystów, również z Polski. Dużo pasażerów "Adriatic Expressu" czytało jeszcze w trasie, co można na miejscu zobaczyć. A najbardziej charakterystycznym obiektem jest wieża Katedry Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, którą uwieczniono na przykład na pamiątkowych magnesach.

Na wieżę można wejść, więc skorzystałem z okazji. Trzeba się nieco natrudzić, aby po wielu stopniach wejść na taras, lecz panorama, jaką wówczas ujrzałem, wynagrodziła wysiłek.
Z jednej strony port, z drugiej wysyp czerwonych dachów i pokaz tamtejszej architektury, z jeszcze innej - wcinająca się w ląd adriatycka zatoka, a na dole miejski plac, gdzie akurat muzycznie świętowało religijne bractwo.

Co jeszcze cechuje Koper - to spokój. Choć ma cechy kurortu, nie znalazłem tam wiele pstrokatych straganów, krzyczących głośników czy budek ze smażonymi rybami niewiadomego pochodzenia. Było gdzie pospacerować, odpocząć w cieniu, a ceny - choć w euro - były przystępne.
Dobrze rozbudowane jest również zaplecze noclegowe i gastronomiczne, a świeże owoce na targu kupić można nawet późnym wieczorem.

"Adriatic Express" do Kopru. Pociąg bezpośrednio z Polski
To nie była moja pierwsza wizyta w Słowenii (o innej pisałem w tym artykule o podróży pociągiem retro "Emona") i potwierdziło się jedno z moich spostrzeżeń: bardzo długo otwarte są tam piekarnie. Nawet wtedy, gdy zamknęły się już niektóre supermarkety, lokale z pieczywem pozostawały czynne. Łatwo dostępne jest ponadto lokalne wino.

Dzięki "Adriatic Expressowi" Koper otworzył się na Polskę nie tylko handlowo, ale i turystycznie. Jeśli ktoś szuka mniej gwarnego miejsca na kilkudniowy odpoczynek, połączony ze zwiedzaniem okolic, jest to miejsce warte rozpatrzenia.

Bezpośredni pociąg z Polski (dokładniej jeden wagon odpinany w Lublanie od składu do Rijeki i dołączany do węgierskiego pociągu) kursuje podczas wakacji.
Z Kopru dla Interii Wiktor Kazanecki











