Nowy sojusz Europy? "Rzeczywistość może nas zaskoczyć"
W czasach, gdy tradycyjne sojusze się walą, a USA próbuje szantażować UE, ta może szukać na Waszyngton lewara - może nim być, mimo wszystkich trudności, nawiązanie bliższej współpracy z Chinami.

W dzisiejszych turbulentnych czasach, w których, jak chciałby Donald Trump, prawo międzynarodowe zostało de facto zniesione i wymienione na jego własną moralność ("Świat to ja"), trudno jednoznacznie przewidzieć, dokąd ta moralność nas zaprowadzi, ale widać już jedno: Trump, próbując pozyskać Grenlandię dla USA (i być może Rosję dla dalszej, antychińskiej rozgrywki), wpycha Unię Europejską w objęcia Chin.
Być może zresztą administracja Trumpa i jej sympatycy o tym wiedzą, i dlatego tak chętnie grają na aktorów osłabiających UE: w Polsce to PiS, ale w Niemczech - AfD, we Francji - Marine LePen, na Węgrzech - Viktor Orban i tak dalej. By doprowadzić do jej upadku, a następnie wyłuskiwać pojedynczo rządzone przez prawicę państwa do własnej międzynarodowej kliki.
Albo, na przykład, do tworzonej przez siebie Rady Pokoju, członkostwo w której kosztować ma dane państwo miliard dolarów i która ma w przyszłości zastąpić ONZ, a może i NATO. Nie jest to, warto przypomnieć, żadna nowość, że skrajnie prawicowy przywódca wpływowego mocarstwa próbuje przeorganizować ład na Zachodzie. Wystarczy przypomnieć "Nową Europę" tworzoną w czasie II wojny światowej przez państwa Osi, która skierowana była przeciwko "liberalno-komunistycznej zgniliźnie", czyli państwom aliantów.
Trump naciera, Europa trzyma gardę... na razie
Jak na razie jednak Unia Europejska istnieje i próbuje się bronić - chociażby przed cłami, którymi Trump obrzucił Wspólnotę za solidarność okazywaną Dani w sprawie Grenlandii. W całym tym zamieszaniu łatwo jednak stracić z oczu to, kto na naszych kłótniach zyskuje.
Bo nawet jeśli Unia nie ma wiele wspólnego z wartościami Pekinu (choć przy rozszalałym Donaldzie Trumpie nawet bezwzględne Chiny mogą wydawać się dziś oazą rozsądku i umiarkowania), to błędy w polityce Waszyngtonu mogą stworzyć dla Chin okno do Europy. Tak twierdzą już poważne ośrodki.
Trudno powiedzieć, czy polityka Trumpa może doprowadzić do rozbicia ładu międzynarodowego, czy już go rozbiła. Czy zaufanie do USA w Europie "słabnie" czy już go po prostu nie ma.
W tej sytuacji Unia może zacząć się zastanawiać na tym, w jaki sposób można przeciwstawić się destrukcyjnej sile administracji Trumpa. I szukać partnera zarówno dla budowy własnej stabilizacji, tak ekonomicznej, jak i międzynarodowej.
W sytuacji chaosu bowiem kończy się myślenie idealistyczne i tradycyjne sojusze. O ile można jeszcze mówić o sojuszu między USA i Unią Europejską.
NATO, chciałoby się wierzyć, to jednak co innego, w końcu Waszyngton, mimo ciągłych awantur, podkreśla, że Europa, mimo wszystko, jest "ważnym sojusznikiem" USA, choć uzależnia dalszą współpracę od "zmian" w UE.
Josip Borrel zresztą, były szef unijnej dyplomacji, mówi wprost: USA chcą rozpadu UE i "białej Europy podzielonej na narody". Trump, według niego, jest po prostu przeciwnikiem Europy. Komisarz obrony UE Andrius Kubilius również nie owija w bawełnę: uważa, że Europa musi "podążać własną drogą", nie oglądając się na USA.
Przyszłość UE. Sojuszu trzeba szukać w Chinach?
Tymczasem w wywiadzie dla "Euronews" Jens Eskelund, prezes Izby Handlowej UE w Chinach mówi o możliwości gwałtownego wzrostu chińskiego eksportu do Europy po ogłoszeniu przez Waszyngton ceł (i groźbie ich podwyższenia). I ostrzega: import tanich towarów z Chin może postawić w naprawdę złej sytuacji europejskich producentów przyzwyczajonych do wyższej jakości, ale i ceny.
Jednak w czasach, gdy tradycyjne sojusze się walą, a USA próbuje szantażować UE, ta może szukać na Waszyngton lewara - a tym może być, mimo wszystkich trudności, nawiązanie bliższej współpracy z Chinami. USA zresztą mogą o tym wiedzieć: Donald Trump już pół roku temu wzywał UE do nałożenia na Chiny ceł w wysokości od 50 do 100 procent. UE, mimo wszystkich przeciwieństw w relacji z Chinami, nie wykazała wobec tych haseł specjalnego entuzjazmu.
Podobnie sprawę widzi europejska prasa: "The Guardian" w artykule Georga Riekelesa i Varga Folkmana pisze wprost, że doktryna Trumpa może otworzyć dla Pekinu przestrzeń w Europie. Również Michael Strain, dyrektor ds. polityki ekonomicznej w think tanku American Entrerprise Institute w rozmowie z telewizją "Fox" mówił o tym, że amerykańskie taryfy celne wprost wpychają europejskich sojuszników w stronę Chin.
UE nie podda się bez walki
Czy Donald Trump zdecyduje się przehandlować sojusz z Unią Europejską? I czy ewentualne owoce tego handlu (Grenlandia i jakaś forma obłaskawienia Rosji, która i tak, jak widać w przypadku negocjacji z Putinem w sprawie Ukrainy, wykorzystuje amerykańską naiwność i pozoruje negocjacje, robiąc za tym parawanem swoje) są warte utraty przez Waszyngton Europy albo jej destabilizacji (bo tym się musi skończyć amerykańska gra na narodowe egoizmy)? Teoretycznie trudno w to uwierzyć. Ale rzeczy, w które nie wierzyliśmy jeszcze rok temu, dziś stają się ciałem. Rzeczywistość może jeszcze nas zaskoczyć.
Bo Unia Europejska raczej nie podda się bez walki. A jeśli straszenie Ameryki potencjalnym sojuszem z Chinami mogłoby podnieść jej szanse w tej rozgrywce (przecież właśnie takie lawirowanie między Zachodem a Rosją wywindowało bardzo wysoko Viktora Orbana) - to dlaczego miałaby z tego nie skorzystać? Szczególnie w czasie, gdy polityczne ciosy poniżej pasa zadaje się już w konflikcie między USA a UE w zasadzie codziennie?
Ziemowit Szczerek














