Nowy, (nie)wspaniały świat Trumpa. Europa zagra o swoje być albo nie być
Europejscy przywódcy wiedzieli, że druga kadencja Donalda Trumpa może być dla nich trudniejsza od pierwszej, ale nikt nie spodziewał się, że aż tak bardzo. Po pierwszych 12 miesiącach Europa ma prosty wybór: odzyskać swoją wielkość albo pogodzić się ze statusem amerykańskiej kolonii.

- Nie oszukujmy się: to arcyniebezpieczny moment, historyczna próba dla całej Europy - tak na początku grudnia w rozmowie z Interią najbliższą przyszłość Starego Kontynentu szkicowała prof. Katarzyna Pisarska.
- Jednocześnie to bardzo dobry moment, żeby szeroko rozumiane społeczeństwa europejskie zrozumiały, o co naprawdę toczy się gra - kontynuowała przewodnicząca Warsaw Security Forum.
Nasza rozmówczyni wypowiedziała też słowa, które po zaledwie półtora miesiąca brzmią przeraźliwie realnie. - W ciągu najbliższych miesięcy - miesięcy, nie lat! - może posypać się cały sojusz transatlantycki - prognozowała, gdy jeszcze mało kto przypuszczał, że Donald Trump na poważnie zechce anektować należącą do Danii Grenlandię.
Czy wobec tego Europa jest skazana na klęskę i wasalizację z rąk amerykańskiej administracji? Niekoniecznie.
- Jeśli my, Europejczycy, postawimy się, to administracja Trumpa ustąpi. Bo w gruncie rzeczy to jest słaba administracja, która łatwo wycofuje się przy zdecydowanym oporze - oceniła prof. Pisarska, przy okazji podając kilka przykładów na poparcie swojej diagnozy (m.in. nieudane próby zawarcia porozumienia pokojowego z Rosją ponad głowami Europejczyków i Ukraińców).
Po pierwszym roku drugiej kadencji Trumpa w Białym Domu Unia Europejska, czy szerzej cała Europa, jest w bardzo trudnym położeniu. Nie jest to jednak położenie beznadziejne. Wszystkie liczące się w świecie geopolityki i nauki think tanki po obu stronach Atlantyku podkreślają, że potencjał Starego Kontynentu wciąż jest gigantyczny.
Recepta dla Europy? Banalnie prosta, ale i najtrudniejsza z możliwych: uwierzyć w swoją siłę i sięgnąć po utraconą wielkość. Albo pogodzić się ze statusem amerykańskiej kolonii i podrzędną rolą w świecie rządzonym przez imperialne mocarstwa.
Po pierwsze: hard power ponad soft power
20 stycznia 2026 roku rzeczywistość dla Europy jest brutalna: Stary Kontynent nigdy nie będzie traktowany podmiotowo i nigdy nie będzie w pełni niezależny, jeśli będzie w pełni zależny od Stanów Zjednoczonych w obszarze bezpieczeństwa.

Jeśli Europejczycy mogą wynieść dla siebie jakieś pozytywy z początku drugiej kadencji Donalda Trumpa, to z pewnością przekonanie o tym, że hard power nie wyszła z mody i najpewniej nigdy z niej nie wyjdzie. Końca historii nie było i nie będzie. A przyjaciół i sojuszników mają ci, którzy najmniej ich potrzebują i są od nich najmniej zależni. "Siła, głupcze!" - chciałoby się parafrazować pamiętną frazę Billa Clintona.
Oczywiście rację będą mieć ci, którzy w tym miejscu powiedzą, że Europa ma w zakresie obronności i bezpieczeństwa ogromne zaległości, że w wielu dziedzinach (zwłaszcza wywiadu, obserwacji, logistyki, odstraszania nuklearnego) jeszcze długo będzie zależna od Ameryki, że jej potencjał przemysłowy został uśpiony mrzonkami o rozwiązującej wszelkie problemy zglobalizowanej gospodarce.
Jednak w każdym z tych obszarów Europa już działa. W różnym tempie i z różnym skutkiem, ale odkręca zaniedbania minionych dekad. Próbuje nadgonić stracony czas. To, oczywiście, potrwa. Ważny jest jednak kierunek i świadomość długoterminowego celu.
Doświadczamy odrzucenia zasad porządku międzynarodowego, które Stany Zjednoczone pomagały wykuwać, nawet jeśli często same się do nich nie stosowały
Europa musi być silna nie tylko swoją dyplomacją i gospodarką, ale również swoimi czołgami, myśliwcami, systemami rakietowymi. Musi być silna swoim przemysłem ciężkim i zdolnościami produkcyjnymi w zakresie sprzętu wojskowego i amunicji. Wreszcie musi postawić na badania i rozwój, zwłaszcza własnych, europejskich firm, w zakresie obronności i bezpieczeństwa. Innej drogi po prostu nie ma.
Po drugie: świat, jaki znaliśmy, już nie istnieje
Dla Europy ważna jest też szczerość wobec samej siebie. Szczerość wobec sytuacji, w jakiej się znalazła. A ta, mówiąc oględnie, nie jest optymistyczna.
Z jednej strony, agresywna i neoimperialna Rosja przymierzająca się do zbrojnej konfrontacji z Zachodem. Z drugiej, ekspansjonistyczne Chiny, którym marzy się pozycja globalnego gracza numer jeden i które zwłaszcza w obszarze gospodarczym są w stanie napsuć Zachodowi sporo krwi. Z trzeciej, Stany Zjednoczone, dotychczasowy etatowy partner i sojusznik, stały się rywalem, a być może nawet zagrożeniem.
Mówiąc wprost: świata, który Europejczycy znali i w którym przyjemnie urządzili się w ostatnich dekadach już nie ma. Tu oddam głos Bronwen Maddox, dyrektorce prestiżowego brytyjskiego think tanku Chatham House, która w swoim dorocznym wykładzie na temat światowych trendów w geopolityce nie owijała w bawełnę. Zwłaszcza w najnowszym kontekście, a więc amerykańskiej pogoni za aneksją Grenlandii.
- Doświadczamy odrzucenia zasad porządku międzynarodowego, które Stany Zjednoczone pomagały wykuwać, nawet jeśli często same się do nich nie stosowały - zaczęła, przywołując przykłady militarnej agresji Stanów Zjednoczonych wobec Wenezueli, a także forsowania pomysłu aneksji Grenlandii.
Maddox nie ma wątpliwości, że jeśli Waszyngton przejmie kontrolę nad Grenlandią wbrew Danii i wbrew Europie, będzie to koniec NATO, koniec Zachodu, jaki znamy i przekroczenie czerwonej linii, za której nie ma już powrotu.
- To będzie oznaczać koniec zachodniego sojuszu rozumianego jako grupa krajów przekonanych o tym, że dzielą ze sobą nie tylko interesy, ale również zasady wolności jednostki, wolności intelektualnej i religijnej, demokracji i wolnego handlu. Zasady, które były siłą napędową ich dobrobytu oraz podstawą ich globalnych wpływów.
Po trzecie: maksymalizacja atutów i potencjału
"Wyniki pokazują, że ludzie w różnych częściach świata widzą ogromny potencjał Europy. Jednak to przed Europejczykami stoi zadanie, by naprawdę uwierzyć we własną siłę. A zaczynają z ponurego miejsca" - piszą w arcyciekawej analizie na łamach Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych (ECFR) Timothy Garton Ash, Iwan Krastew i Mark Leonard.
Autorzy powołują się przy tym na wyniki zakrojonego na szeroką skalę badania zleconego przez ECFR i Uniwersytet Oxforda, w którym udział wzięło niemal 26 tys. respondentów z 21 państw (15 w Europie i sześciu poza nią).

Podobne wnioski można też przeczytać w innych analizach, artykułach i wywiadach dotyczących przyszłości Europy w nowej rzeczywistości. Europa ma niezaprzeczalne atuty i ogromny potencjał, ale nie potrafi ich optymalnie wykorzystywać.
Gdzie leżą argumenty państw Starego Kontynentu? Daleko szukać nie trzeba. Pierwszym z nich jest gigantyczny wspólny rynek. Europejska gospodarka to niemal 30 bln dol., a więc niemal tyle samo co w przypadku Stanów Zjednoczonych. To również 450 mln zamożnych i chętnie konsumujących obywateli w samej tylko Unii Europejskiej.
Co ważne, europejski rynek jest kluczowy zarówno z perspektywy amerykańskiej, jak i chińskiej. Może być zatem potężnym argumentem w negocjacjach handlowych zarówno z Waszyngtonem, jak i Pekinem. A przecież wciąż ogranicza go wiele blokad chociażby w obszarze energetyki, telekomunikacji czy rynków kapitałowych. Potencjał do dalszego rozwoju jest więc nadal znaczący.
Argumentem numer dwa jest potężna baza przemysłowa. Oczywiście, w tym momencie w dużej mierze uśpiona i niewykorzystywana, ale przywrócenie jej do dawnej świetności to kwestia kilku lat mądrze prowadzonej polityki i przemyślanych inwestycji. Europejski kapitał, wspólny rynek i potencjał rozwojowy wsparty prężnym przemysłem może postawić Europę na równi z Ameryką i Chinami. Zarówno gospodarczo, jak i w perspektywie długoterminowej, militarnie.
Nie oszukujmy się: to arcyniebezpieczny moment, historyczna próba dla całej Europy. (...) Znajdujemy się dokładnie w tym momencie, że w ciągu najbliższych miesięcy - miesięcy, nie lat! - może posypać się cały sojusz transatlantycki
Po trzecie, potencjał intelektualny i rozwojowy. "Europejska sieć instytucji badawczych, uczelni technicznych i wykwalifikowanych kadr jest jedną z najpotężniejszych na świecie. Problemem nie jest brak zdolności, ale dyscypliny i jedności w działaniu" - pisze Maciej Filip Bukowski w analizie dla Centrum Studiów nad Polityką Europejską (CEPA).
Po czwarte: mądrze wykorzystać Chiny
W nowych okolicznościach geopolitycznych, które wykuwają się na naszych oczach, dla przyszłości Europy kluczowe będą Chiny. Państwo Środka chce zdetronizować Stany Zjednoczone w roli globalnego gracza numer jeden i ma ku temu poważne, zwłaszcza gospodarcze, narzędzia.
Z perspektywy Unii Europejskiej Chiny są widziane jako zagrożenie, dlatego Bruksela od kilku lat konsekwentnie stawia na politykę de-riskingu. Nie chce w przypadku Chin powtórzyć błędów popełnionych w stosunku do Rosji, od której Europa przez lata była uzależniona energetycznie.
W równaniu, które wydawało się już dobrze rozpracowane, pojawiła się jednak nowa zmienna: imperialne Stany Zjednoczone pod wodzą Donalda Trumpa. To wymusza reakcję Europy, Unii Europejskiej. Co oczywiste, nie sposób wejść na wojenną ścieżkę z oboma supermocarstwami naraz. Można jednak wykorzystać ich wzajemną, ostrą rywalizację do zbudowania własnej pozycji. Tym bardziej, że i Ameryka, i Chiny mają świadomość, że to Unia Europejska jest dla nich kluczem do pokonania drugiej strony.
Koncepcja "lewarowania" relacji z Amerykanami właśnie poprzez Państwo Środka mogłaby też pasować samym Chińczykom.
- Żeby zmierzyć się z Amerykanami, zwłaszcza za administracji Trumpa, najlepszą strategią byłoby naprawienie relacji z Unią Europejską - analizował w październikowym wywiadzie dla Tygodnika Interii prof. Yasheng Huang, ekonomista z MIT Sloan School of Management i jeden z najbardziej cenionych na świecie ekspertów od Państwa Środka.
- W przypadku UE sprawa jest prosta: wspieramy Ukrainę, więc wy otwieracie unijny rynek na nasze produkty - dodał autor wydanej w Polsce pod koniec ubiegłego roku książki "Zmierzch Wschodu. Jak Chiny stały się potęgą i czy grozi im upadek".
Po piąte: europejska jedność ponad wszystko
Wszystkie koncepcje, plany i strategie na poprawienie geopolitycznego położenia Europy na nic się zdadzą, jeśli europejskie państwa będą ze sobą rywalizować, zamiast współpracować w celu wzmocnienia pozycji całej UE czy całej Europy.
Siłą Europy była, jest i będzie wyłącznie jedność. W pojedynkę nawet najsilniejsze na kontynencie Niemcy nie mają szans w rozgrywce ze Stanami Zjednoczonymi czy Chinami. Dlatego największym zagrożeniem dla Starego Kontynentu na najbliższe lata jest podział i rozłam, na który grają nie tylko Ameryka i Chiny, ale także (albo przede wszystkim) Rosja.

- Jestem rozczarowany postawą głównych stolic europejskich, które w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi wybrały stosunki bilateralne - stwierdził niedawno w rozmowie z Interią dr Marcin Terlikowski, kierownik Biura Badań i Analiz Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM). Jak podkreślił, mając świadomość, że Trump zwalcza samą Unię, czołowe kraje UE chcą wykorzystać to do zbudowania swojej indywidualnej pozycji.
- Mamy bilateralizację europejskiego podejścia do Stanów Zjednoczonych. To logika, którą przyjęły również najważniejsze stolice europejskie: Berlin, Paryż, Londyn, Rzym - uważa dr Terlikowski. I przestrzega, że tak dla tych krajów, jak i dla całej UE jest to droga w przepaść.















