Nowa partia w USA ma być odwetem na Donaldzie Trumpie. I może mocno zaszkodzić republikanom
Elon Musk zakłada nową partię polityczną - Partię Ameryki. Ma pieniądze i zasięgi w internecie. A także motywację: chce się odegrać na prezydencie Trumpie, z którym jeszcze do niedawna współpracował. Jednak próby przełamania amerykańskiego duopolu partyjnego nie przynoszą rezultatu od ponad stulecia. Czy tym razem będzie inaczej?

Kiedy pod koniec maja Elon Musk kończył swoją przygodę z Departamentem Efektywności Rządowej, prezydent Trump zapewniał, że to wcale nie koniec przygody miliardera z państwową administracją.
Brzydki rozwód miliardera z prezydentem
Atmosfera była przyjazna, prezydent przekazał odchodzącemu szefowi DOGE złoty klucz, a dziennikarze skupiali się przede wszystkim na podbitym oku Muska (za co odpowiedzialny był ponoć jego kilkuletni syn). Wydawało się oczywiste, że biznesmen musi się teraz skupić na swoich przedsiębiorstwach, przede wszystkim Tesli, która mocno ucierpiała z powodu jego publicznej działalności.
Ale już kilka dni później stało się jasne, że rozwód Trumpa i Muska nie był taki całkiem polubowny.
Zaczęło się od sprzeciwu Muska wobec "wielkiej, pięknej ustawy Trumpa", która nie tylko miała znieść państwowe wsparcie dla zakupu samochodów elektrycznych, czemu Musk usiłował zapobiec, ale przede wszystkim zwiększała zadłużenie państwa o kolejne miliardy dolarów. A przecież głównym powodem zaangażowania Muska w prace administracji była chęć zredukowania deficytu i ograniczenia dalszego zadłużenia w przyszłości.
Musk rozpoczął więc serię ataków na ustawę, co z kolei rozsierdziło samego Trumpa, dla którego Big Beautiful Bill miała być najważniejszym osiągnięciem legislacyjnym jego drugiej kadencji.
I tak zaczęła się wymiana ciosów, którą każdy z rozmówców kontynuował w ramach własnego serwisu społecznościowego (Truth Social i X). To właśnie wtedy Musk umieścił w jednym z postów sondę, w której pytał obserwujących, czy nie nadszedł czas by "stworzyć nową partię w Ameryce, reprezentującą 80 proc. w centrum". Ponad 5,5 mln użytkowników odpowiedziało na jego pytanie, cztery piąte opowiedziało się za tym pomysłem.
Niewiele później spór Trumpa z Muskiem przygasł. Obaj panowie zadecydowali się tymczasowo zakopać topór wojenny, by nie szkodzić sobie nawzajem. Musk nawet usunął część swoich wpisów, m.in. ten sugerujący, że nazwisko Trumpa pojawia się w aktach sprawy Jeffreya Epsteina. Jednak rozejm nie mógł trwać bez końca, bo jego główny powód, "wielka, piękna ustawa" wciąż była przedmiotem obrad w Kongresie.
Na przełomie czerwca i lipca stało się jasne, że żadne wezwania ze strony Muska nie pomogły. Ustawa, choć w ogromnych bólach, przeszła przez obydwie izby i trafiła na biurko prezydenta. To sprowokowało miliardera do kolejnego ruchu. Po kilku wpisach sugerujących, że dwie główne amerykańskie partie właściwie niczym się nie różnią, a może nawet tworzą jedną partię, ogłosił kolejną sondę. Pytanie było bardzo krótkie: "Czy powinniśmy założyć Partię Ameryki?". 65 proc. głosujących odpowiedziało pozytywnie.
Trudna droga "trzecich partii"
Donald Trump nie był zachwycony. W odpowiedzi na założenie nowej partii przez Muska, prezydent zamieścił długi wpis, w którym wyraził ubolewanie, że Musk w ostatnich tygodniach "wypadł z torów".
Był również zadziwiony faktem, że jego niedawny sprzymierzeniec postanowił założyć trzecią partię (partie w USA, które chcą przełamać dominację republikanów i demokratów zawsze są "trzecimi", niezależnie od tego, ile ich już jest), mimo że amerykański system polityczny nie wydaje się dla nich stworzony, a ich obecność nigdy nie wnosiła niczego "poza zamieszaniem i chaosem".
W tej krótkiej diagnozie Trumpa tkwi sporo racji. Dwie największe siły polityczne dominują nieprzerwanie od ponad 150 lat i nic nie wskazuje na to, by zamierzały ustąpić. Oczywiście w USA istnieje cały szereg alternatywnych partii, a największe z nich, jak Libertarianie czy Zieloni, regularnie wystawiają swoich kandydatów w wyborach prezydenckich. To jednak zazwyczaj nie ma większego znaczenia dla ostatecznego rezultatu. Zazwyczaj, bo tak zwani "trzeci kandydaci", choć nigdy nie wygrali, czasem jednak okazywali się istotnym problemem dla mainstreamowych kandydatów.
Najbardziej znacząca była historia wyborów 1912 roku. Popularny były prezydent, Theodore Roosevelt ustąpił cztery lata wcześniej, nie decydując się walczyć o trzecią kadencję. Jednak cztery lata później zmienił zdanie i w partyjnych prawyborach rzucił wyzwanie swojemu następcy, Williamowi Howardowi Taftowi. Przegrał, ale z walki o prezydenturę nie zrezygnował. Wystartował jako kandydat Partii Progresywnej.
Efekt okazał się zgubny zarówno dla Roosevelta, jak i dla Tafta. Kandydaci podzielili się głosami, oddając zwycięstwo demokracie, Woodrowowi Wilsonowi. Od końca XIX wieku, aż do wielkiego kryzysu lat 30. XX wieku demokraci nie byli w stanie wygrać wyborów prezydenckich poza tą jedną niezwykłą szansą, jaką dostał Wilson (któremu cztery lata później udało się również wywalczyć reelekcję, ale urzędujący prezydent zawsze startuje z innej pozycji).
Historia Roosevelta i Tafta do dziś jest przestrogą dla amerykańskich polityków. Zwłaszcza że wcale nie potrzeba kandydata tak popularnego, by stworzyć zagrożenie dla faworytów.
W roku 2000 kluczową figurą okazał się kandydat zielonych, Ralph Nader. W skali kraju zdobył niespełna 3 proc. głosów i żadnego głosu elektorskiego. Jednak starcie pomiędzy Bushem i Gorem rozstrzygnęło się na Florydzie, po pamiętnym, ponownym przeliczaniu głosów. Ostateczna przewaga Busha wyniosła zaledwie 537 głosów. Tymczasem Nader zdobył na Florydzie prawie 100 tysięcy głosów. Późniejsze analizy nie pozostawiają złudzeń: przeważająca część tych wyborców przeszłaby na stronę Gore'a, gdyby nie miała alternatywy.
Takiego scenariusza obawiał się również sam Trump w 2024 roku, kiedy swój niezależny start ogłosił Robert Kennedy jr. Chociaż ten polityk był wcześniej związany z Partią Demokratyczną, jego program wyborczy mógł się okazać atrakcyjny dla części wyborców Trumpa. A ponieważ w amerykańskich wyborach prezydenckich decydują rezultaty w poszczególnych stanach, a przesądzić może nawet kilkanaście tysięcy głosów, Trump postanowił nie ryzykować. Rozpoczęły się negocjacje z Kennedym, których skutkiem była jego rezygnacja z samodzielnego startu, wsparcie Trumpa, a w zamian - teka sekretarza zdrowia.
Czego chce Elon Musk? Odwetu. Pięknego
Elon Musk stawia sobie ambitny cel reprezentowania centrowej większości Amerykanów, sugerując, że dwie główne partie, działające w realiach wciąż pogłębiającej się polaryzacji, tak naprawdę przemawiają głównie do radykałów.
Jest w tym pewna racja - tylko niewielka część elektoratu to wyborcy naprawdę zaangażowani: śledzący na bieżąco polityczne doniesienia i angażujący się w wyborcze kampanie. Oni też najczęściej mają bardziej wyraziste poglądy od mniej zaangażowanej części społeczeństwa. Z perspektywy partii politycznych - są niezbędni.
Stanowią aktywną publiczność nieustających sporów. Wspierają polityków finansowo, pojawiają się na wiecach, są wolontariuszami w kampaniach. To oni nadają ton reszcie społeczeństwa i to ich politycy muszą do siebie przekonać w pierwszej kolejności. Tymczasem pomysł budowy nowej partii dla 80 proc. wyborców "pośrodku" zdaje się ten fakt ignorować.
Ale tylko pozornie. Musk tak naprawdę wcale nie zakłada, że uda mu się obalić republikańsko-demokratyczny duopol, raczej szuka sobie w nim miejsca. Choć nawołuje do uniezależnienia się od "jednopartyjnego" systemu, w praktyce stawia bardziej pragmatyczny cel: 2-3 miejsca w Senacie i 8-10 w Izbie Reprezentantów.
To oczywiście o wiele zbyt mało, żeby wygrać wybory. Ale być może wystarczająca liczba, by odgrywać rolę języczka u wagi i wymuszać ustępstwa na większym partnerze. Byłby to również piękny odwet na republikanach i samym Donaldzie Trumpie.
Nie da się oczywiście przewidzieć, czy plan Muska się powiedzie. On sam jest obecnie wyjątkowo niepopularny ze względu na swoją działalność w DOGE - 55,8 proc. ankietowanych postrzega go negatywnie, pozytywnie zaledwie 35,4 proc.
Będzie musiał stworzyć struktury nowej partii i znaleźć kandydatów, którzy zechcą wystartować w wyborach, reprezentując nowy twór polityczny, a jednocześnie będą na tyle popularni, by rzucić wyzwanie kandydatom z mainstreamu. Będzie również musiał stworzyć jakiś program polityczny albo choć garść postulatów, które przyciągną wyborców.
Wydaje się, że jego trzonem mogłoby być to, czym dotąd zajmował się w ramach DOGE: odchudzanie biurokracji, redukcja wydatków i zadłużenia. Jednak czy realizacja tych postulatów w praktyce, którą Amerykanie mogli obserwować w ostatnich miesiącach, przekona wyborców, że warto dać mu szansę?
Dlatego bardziej prawdopodobna jest możliwość, że Musk zadziała jak Roosevelt i Nader: nie tyle sam osiągnie sukces, co przeszkodzi innym w jego osiągnięciu. I tego dziś mogą obawiać się republikanie.
Andrzej Kohut













