Reklama

Reklama

Niemcy w pułapce. Sprawdzają, czy bez Rosji wystarczy im energii

Niemcy ewidentnie znaleźli się w pułapce własnych decyzji dotyczących polityki energetycznej. Najpierw zdecydowali o uzależnieniu się od rosyjskiego gazu, budując dwie nitki gazociągu północnego Nord Stream, później w emocjach pisali ustawy i głosowali w sprawie zamykania elektrowni atomowych. Dziś niemiecki rząd potwierdza, że sytuacja jest na tyle poważna, że przeprowadzony jest właśnie drugi tzw. stres test, który ma pokazać, czy Niemcy w sytuacji kryzysowej będą w stanie zaspokoić swoje potrzeby na rynku energetycznym.

Pierwszy taki stres test został przeprowadzony zaraz po wybuchu wojny w Ukrainie. Ale wtedy nie brano pod uwagę sytuacji całkowitego wstrzymania dostaw rosyjskiego gazu, co oznaczałoby wyłączenie elektrowni gazowych, produkujących prąd i ciepło przy pomocy błękitnego paliwa. 

17 lipca ruszył kolejny tekst, bardziej ekstremalny, którego wyniki mają pokazać, czy uda się zapewnić płynność energetyczną bez rosyjskiego gazu i bez niemieckich elektrowni atomowych, które ostatecznie wyłączone zostaną do końca roku. 

Co dalej z elektrowniami atomowymi?

Dopiero gdy znane będą wyniki tego stres testu, Niemcy zaczną się zastanawiać, czy przypadkiem produkcja energii z elektrowni atomowych nie powinna zostać wydłużona o przynajmniej kilka lat. Ale zarówno w Ministerstwie Gospodarki i Klimatu, jak i w Ministerstwie Ochrony Środowiska urzędnicy dobrze wiedzą, że wcale takie proste to nie będzie, a nawet wręcz niemożliwe. Problemem jest niemieckie prawo, które szybko trzeba byłoby zmienić w niemieckim parlamencie. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze zezwolenia na prace elektrowni nuklearnych, które wydawane są co dziesięć lat. Rzecznik Ministerstwa Ochrony Środowiska na dzisiejszej konferencji prasowej rządu, potwierdził, że to długotrwałe procedury, których nie można przyspieszyć. Do tego wszystkiego operatorzy są już właściwie przygotowani na wyłączanie reaktorów. W przypadkach odroczenia decyzji o zamknięciu elektrowni musieliby zakupić nowe pręty paliwowe, co proste nie jest.

Reklama

Początek dyskusji

Los elektrowni atomowych zajął całą scenę polityczną w Berlinie, choć trwają tu parlamentarne wakacje. Już nawet zieloni zastanawiają się, czy jednak zacząć myśleć pragmatycznie, a nie ideologicznie w kwestii polityki energetycznej. Katrin Göring-Eckardt, wiceprzewodnicząca Bundestagu, nie wyklucza tzw. stretchingu elektrowni jądrowych w Niemczech pod koniec roku. Zapytana czy Zieloni pozwoliliby na dalszą pracę reaktorów, powiedziała w programie ARD "Anne Will": - Jeśli dojdzie do tego, że mamy prawdziwą sytuację kryzysową, że szpitale nie mogą już pracować, jeśli dojdzie do takiej sytuacji kryzysowej, wtedy musimy rozmawiać o tym, co z prętami paliwowymi". 

Również inni politycy koalicji rządzącej skłaniają się ku tezie, że należy wziąć pod uwagę wydłużoną pracę niemieckich reaktorów, choć na razie podkreślają, że tylko w sytuacji, w której Niemcy nie będą mieli wyjścia. Ale to dopiero początek dyskusji.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy