Reklama

Reklama

Niemcy nie rezygnują z atomu. Energetyczne plany zmieniali kilka razy

Niemieckie elektrownie atomowe od lat polaryzują niemieckie społeczeństwo, a władze w Berlinie na przestrzeni lat bardzo emocjonalnie podchodzą do tematu. Decyzje podejmowane od roku 2000 przypominały totalną sinusoidę. Najpierw Gerhard Schroeder wraz z zielonymi podjęli decyzję o wyłączeniu niemieckich reaktorów do roku 2022. Angela Merkel zmieniła tę decyzję - chadecy chcieli, by elektrownie jądrowe pracowały dłużej. Po wycieku w Fukushimie niemiecka kanclerz, w obawie przed podobnym przypadkiem na terenie Niemiec, cofnęła własną decyzję. Tymczasem według najnowszych badań, blisko 80 procent społeczeństwa chce, by elektrownie jądrowe działały dłużej, bo gwarantują one energetyczne bezpieczeństwo. W połowie października kanclerz Olaf Scholz poinformował o przedłużeniu pracy wszystkich trzech elektrowni jądrowych do 15 kwietnia 2023 roku.

W roku 2011 niemieccy politycy byli przekonani, że transformacja energetyczna i przechodzenie na energię odnawialną odbywać się będzie bez większych problemów. Nie udało się co prawda dopiąć budowy wszystkich parków wiatrowych, ale alternatywą miał być rosyjski gaz. Tymczasem obecny kryzys energetyczny pokazał, że Niemcy wciąż nie są przygotowani na wyłączanie elektrowni atomowych.

Wyłączenie reaktorów oznacza duże problemy

Robert Habeck, który w rządzie jest wicekanclerzem oraz ministrem gospodarki i energii, zadecydował latem tego roku o przeprowadzeniu tzw. strestestów, które miały dać odpowiedź na pytanie, czy kraj w najbliższych miesiącach będzie zabezpieczony energetycznie, jeżeli elektrownie atomowe przestaną działać. Okazało się, że wyłączenie reaktorów wiązać się będzie z dużymi problemami. Taka ekspertyza nie jest oczywiście na rękę niemieckim zielonym, którzy musieli się zgodzić na przedłużenie pracy dwóch ostatnich działających elektrowni jądrowych do kwietnia przyszłego roku.

17 października kanclerz Olaf Scholz zadecydował ostatecznie, że wszystkie trzy elektrownie jądrowe będą działać do 15 kwietnia 2023 roku.

Reklama

Trzeba też podkreślić, że pojawia coraz więcej głosów za przedłużeniem działania reaktorów. Liberałowie, którzy również tworzą niemiecki rząd, uważają, że kryzys energetyczny potrwa dłużej i pracę elektrowni należy wydłużyć przynajmniej do roku 2024. Niezależnie od tego jakie decyzje zapadną, konieczne będą inwestycje w pręty paliwowe, a są to koszty przekraczające 70 mln euro w przypadku jednego reaktora, nie licząc już samego zakupu, który nie jest taki prosty. Na dostawę prętów trzeba czekać po kilka miesięcy. Zdaniem ekspertów może pojawić się poważny problem z ciągłością pracy reaktorów. Co ciekawe głos w tej sprawie zabrał również szwedzka aktywistka Greta Thunberg, która sama przyznała, że wyłączanie elektrowni atomowych w obecnej sytuacji jest fatalną decyzją.

Ogromne koszty

Ale wracając do samego programu odchodzenia od atomu, to koszty, jakie wzięli na siebie Niemcy, są ogromne. Rząd musiał wypłacić niemieckim koncernom energetycznym odszkodowania, które przekroczyły sumę dwóch i pół miliarda euro. Niemcy zwiększyli swoje uzależnienie od rosyjskiego gazu, stawiając na taki typ elektrowni, a emisja dwutlenku węgla wzrośnie o blisko 70 mln ton. Również zwykli Niemcy zmienili swoje podejście do energii jądrowej i to zanim doszło do wybuchu wojny w Ukrainie. W roku 2012 za odjęciem od atomu było 73 procent społeczeństwa, a w roku 2021 już tylko 56 procent. Dziś blisko 80 procent społeczeństwa chce, by elektrownie jądrowe działały dłużej, bo gwarantują one energetyczne bezpieczeństwo.

Z Niemiec dla Interii Tomasz Lejman 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy