Reklama

Reklama

Nepal: Nowe przepisy na Evereście

Władze Nepalu przed sezonem spinaczkowym zdecydowały o wprowadzeniu nowych przepisów. Uczestnicy wyprawy na Everest muszą starać się o zgodę na publikację zdjęć, na których są osoby spoza ich grupy. Lokalne władze tłumaczą, że chodzi o ochronę prywatności. Krytycy uważają tymczasem, że to zabezpieczenie przed publikacją "niewygodnych" materiałów.

- Nasze prawo zakazuje rozpowszechniania zdjęć i wideo zrobionych na Evereście bez zgody departamentu. Ale takich praktyk nie zaniechano - powiedziała dziennikowi "The Kathmandu Post" Mira Acharya, dyrektorka działu wspinaczkowego w ministerstwie turystyki, informując o nowych regulacjach wydanych przed rozpoczęciem sezonu wspinaczkowego.

- Jestem pewien, że urzędnicy nie wydaliby zgody na słynne zdjęcie zatorów na Evereście, które obiegły świat i za które oberwało się władzom - komentuje dla Sushil Chetri, fotograf i filmowiec z Katmandu.

Na słynnym zdjęciu z maja 2019 roku w "korku" pod szczytem Everestu wspinacze czekają na wejście na najwyższy punkt globu. Wiosną tamtego roku 664 wspinaczy weszło na Czomolungmę od strony Nepalu, ale jednocześnie zginęło 11 osób. Według części środowiska wspinaczkowego jednym z powodów tragedii była zbyt duża liczba wydanych pozwoleń i brak koordynacji między wyprawami.

Reklama

Problemy z wizerunkiem kraju?

- Nepal stracił wizerunkowo i tego typu zakazy to sposób na takie wizerunkowe sytuacje - dodaje Chetri.

- Każdy wspinacz może robić i przekazywać fotografie i wideo własnej grupy lub samego siebie, ale spotka się z reakcją władz, jeśli będzie wykonywał lub przekazywał fotografie innych wspinaczy bez zgody departamentu - ostrzega dyrektorka Acharya, przekonując, że chodzi o prawa samych wspinaczy. - Szanujemy wolność osobistą wspinaczy, ale to nie oznacza, że mogą umieszczać zdjęcia innych osób bez ich zgody - dodała.

- Oznacza to, że nie tylko amatorzy, ale również zawodowi fotografowie nie będą mogli wykonywać zdjęć - komentuje Eric Shrestha, fotograf z Katmandu. - Czy teraz będzie trzeba pytać każdą osobę na zdjęciu o zgodę nawet, jeśli jest gdzieś daleko w tle? - pyta.

- Zdarzało się, że wspinacze fotografowali ciała zmarłych na szlaku. Te zdjęcia trafiały szybko do internetu i na pewno raniły rodziny zmarłych - zauważa Tshering Sherpa, przewodnik górski z Namche Bazar.

Ukrócenie przekrętów?

Zdaniem Shresthy trudno będzie wyegzekwować przepis w dobie cyfrowych aparatów w smartfonach. - Tak samo trudno, jak inne nowe przepisy, które mają ukrócić oszustwa związane z ubezpieczeniami przewodników i helikopterami, które stały się niemal taksówkami - uważa Sherpa.

Przewodnik górski tłumaczy, że właściciele agencji organizujących wyprawy zaniżają wysokość ubezpieczeń przewodników. - Ubezpieczenie szerpów, tragarzy wysokościowych, jest niższe niż przewodników, więc wpisywano nas do polisy jako tragarzy - tłumaczy, dodając, że klienci wypraw tego nie sprawdzają.

Ministerstwo obecnie wymaga szczegółowego określenia funkcji każdej osoby obsługującej wyprawę.

Kolejna zmiana przepisów ma ukrócić przekręt z "podniebnymi taksówkami" w Himalajach. - Wspinacze, a także członkowie grup trekkingowych, po prostu udają, że źle się poczuli i wymagają natychmiast pomocy. Zamawiany jest helikopter, a jego koszty pokrywają firmy ubezpieczeniowe - mówi Raj Gurung, przedsiębiorca turystyczny z Katmandu.

Gurung tłumaczy, że zachodni klienci działają w porozumieniu z agencjami trekkingowymi, szpitalami i właścicielami helikopterów. W nowym sezonie wspinaczkowym przelot helikopterem ratunkowym ma być dozwolony tylko do najdroższych, renomowanych szpitali, gdzie według urzędników trudniej o oszustwo.

"Znajdą się nowe sposoby"

Zdaniem dziennikarza Christophe’a Noela, który w 2018 roku prowadził śledztwo w sprawie "podniebnych taksówek" w Nepalu, przekręt jest zbyt lukratywny i zmiany w przepisach nie zmienią sytuacji.

- Podobnie będzie z urządzeniami GPS dla oficerów łącznikowych - uważa Pasang Lama, przewodnik z regionu Khumbu. W tym sezonie urządzenia GPS mają nosić ze sobą oficerowie łącznikowi, którzy nadzorują wyprawy. Jednak większość z nich nie dociera do bazy pod Everestem i tworzy fikcyjne raporty poświadczające wejścia na szczyt.

Lukę w systemie wykorzystało dwoje indyjskich wspinaczy, którzy w 2016 roku sfingowali wejście na Everest. Dopiero na początku bieżącego roku rząd Nepalu po długim śledztwie odebrał im certyfikaty zdobycia Czomolungmy.

- Znajdą się nowe sposoby na ominięcie systemu, same przepisy bez ich implementacji nie zmienią tych praktyki - ocenia Lama.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje