O ile robotnikom hydroelektrowni udało się schronić w tunelach - operacja ich wydostania będzie największą tego typu na świecie.
Ukształtowanie terenu w niektórych partiach gór uległo takiej zmianie, że ratownicy jeszcze w poniedziałek nie byli w stanie zlokalizować śladów części projektów hydrologicznych.
Na zdjęciach z akcji poszukiwawczo-ratowniczej przekazanych przez nepalskie władze widać, jak zespoły inżynieryjne starają się odnaleźć szerokie na wiele metrów tunele. To nimi miała płynąć woda, dzięki której produkowany był prąd.
Nepal. O 933 robotnikach wiemy na pewno
Tydzień od powodzi błyskawicznej na pewno wiadomo, że zaginęło dokładnie 933 pracowników projektów hydroenergetycznych. Ratownicy mają nadzieję, że kiedy przyszedł kataklizm, schronili się w sześciu tunelach w dystryktach Rasuwa i Nuwakot.
Od kilku dni bezustannie ekipy ratowników starają się dokopać do wejścia tuneli. Do tej pory przy dwóch z nich odnaleziono trzy ciała. Pracują koparki i inny ciężki sprzęt. Pirotechnicy wykorzystują materiały wybuchowe, aby wysadzić w powietrze duże bloki skalne.
W chaosie komunikacyjnym informacje o skali zniszczeń wciąż są weryfikowane. Według Niezależnego Stowarzyszenia Producentów Energii w Nepalu, powódź uszkodziła 11 projektów hydroenergetycznych. Cytowany przez CNN australijski geolog Arnold Dix, który doradzał ratownikom w elektrowni Trishuli 3A, twierdzi zaś, że uszkodzonych zostało 27 elektrowni wodnych, z czego 12 przestało istnieć.
Nepal prosi jednak o pomoc
Władze Nepalu, które wcześniej nie chciały u siebie zagranicznych ratowników, teraz poprosiły o pomoc Indie i Chiny. Te dwa kraje mają bowiem doświadczenie w ratownictwie tunelowym.
- Od niedzieli władze Nepalu stały się bardziej proaktywne w zabieganiu o pomoc logistyczną i techniczną ze strony rządów innych państw - powiedział dziennikowi "The Kathmandu Post" dyplomata jednej z zagranicznych placówek w Nepalu.
- Rrząd Nepalu nie wystosował prośby o pomoc międzynarodową, stąd też niemożliwe było wysłanie jakichkolwiek zespołów. Choć wiele było w gotowości np. Medyczny Zespół Ratunkowy PCPM. Koreański zespół nie otrzymał zgody na działania, choć dotarł do Nepalu. Dotarł tam jednakże bez prośby i zaproszenia - mówi Interii Wojciech Wilk, szef Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM).
Władze Nepalu: Źle nas zrozumiano
"Nepal coraz częściej zwraca się do rządów zagranicznych o specjalistyczną wiedzę i sprzęt, ponieważ skala operacji poszukiwawczo-ratunkowej i ratunkowej staje się coraz bardziej oczywista" - niejako tłumacząc swoje władze pisze dziś The Kathmandu Post.
Młody szef nepalskiego rządu Balen Shah - głos pokolenia Z, które w ubiegłym roku odsunęło od władzy skorumpowanych urzędników, we wpisie na Facebooku tłumaczył, że nepalscy żołnierze i policjanci ramię w ramię z ekspertami z Indii, Chin i Korei Południowej prowadzą akcję ratowniczą w zasypanych tunelach.
Tymczasem jeszcze w ubiegły piątek jednoznacznie rozczarowane postawą rządu w Nepalu władze Korei Południowej grzmiały, że wciąż starają się przekonać Nepalczyków, aby skorzystali z pomocy będących już wtedy na miejscu w Katmandu ratowników z Korei.
Teraz władze Nepalu twierdzą, że były "źle zrozumiane". Niesmak po tamtej sytuacji pozostał. Tym bardziej, że informacje o tym, że ponad 900 robotników może znajdować się w tunelach hydroelektrowni pojawiły się w mediach w czwartej dobie od katastrofy.

Kataklizmy i geopolityka
Choć nikt oficjalnie nie chce tego przyznać, winna takiemu stanowi rzeczy ma być... geopolityka. Doświadczony kolejnym kataklizmem Nepal nie chciał stać się areną rywalizacji Chin i Indii. Po kilku dniach jednak nepalskie władze przyznały, że potrzebują pomocy inżynierów właśnie z tych dwóch krajów.
Skąd to ociąganie się nepalskich władz? Wyjaśnijmy, że podczas wielkiego trzęsienia ziemi w 2015 roku ekipy ratownicze miały "rywalizować" między sobą, wprowadzając jeszcze więcej chaosu.
- To nie jest prawda. Zespoły ratunkowe można podzielić na dwie grupy. Pierwsza to zespoły koordynowane przez ONZ we współpracy z miejscowymi władzami. Są to zespoły poszukiwawczo-ratownicze (USAR) i zespoły medyczne koordynowane przez WHO (EMT) - wyjaśnia Wilk.
Szef PCPM dodaje, że w 2015 roku EMT Fundacji PCPM został dla przykładu skierowany przez Ministerstwo Zdrowia Nepalu do doliny Melamchi na wschód od Katmandu. - I tu nie mieliśmy wyboru, gdzie jedziemy, bo celem takich zespołów jest przede wszystkim wsparcie kraju i jego władz, a władze wiedzą zazwyczaj najlepiej, gdzie taka pomoc jest potrzebna - mówi Wilk.
- Natomiast drugą grupą zespołów są zespoły prywatne, bez certyfikacji w ONZ, które mogą rzeczywiście wprowadzać znaczny chaos. I tu władze mają prawo wybierać, czy je wpuszczają do kraju i rozpoczynają działania, czy nie - dodaje szef PCPM, który przez dekady organizował akcje pomocowe na całym świecie.
- Zakładam, że rząd Nepalu mógł początkowo nie doszacować skali katastrofy - tłumaczy Wilk.
Nieoficjalnie nepalscy urzędnicy mówią, że Chiny nie udostępniły władzom w Katmandu informacji na temat zagrożeń związanych z lodowcami i poziomem wody w zbiornikach. Chińskie MSZ odrzuca te oskarżenia.
Korea Południowa chce pomóc, Nepal odmawia
Według danych oficjalnych 279 pracownikom hydroelektrowni udało się przeżyć kataklizm. Część z nich miała szczęście i schronili się w wyższych partiach gór. Inni wydostali się z tuneli o własnych siłach. Nielicznych w ostatnich dniach przez morze błota wyciągali ratownicy.
Eksperci twierdzą, że zaginieni mają szanse na przeżycie - ale wpływ na to ma wiele czynników.
Na miejscu w Katmandu są rodziny południowokoreańskich pracowników hydroelektrowni, którzy zaginęli. Od ubiegłego piątku jest też jeden zespół ratowniczy z Korei Południowej. Władz w Seulu poinformowały, że we wtorek dotrze kolejny, 44-osobowy. W Korei Południowej narasta zaś złość na decyzje nepalskich władz.
Koreańscy ratownicy w sobotę i niedzielę nie mogli dołączyć do operacji, ponieważ nepalskie władze wojskowe nie udzieliły pozwolenia na użycie śmigłowca.
Z Katmandu dla Interii Tomasz Sajewicz, Polskie Radio
















