Nagrania przeczą wersji władzy. Ameryka zapłonęła gniewem
Administracja Donalda Trumpa skupiła się na przekonywaniu agentów, że ich działania są objęte całkowitym immunitetem. O wiele mniejszą wagę przykładano też do zaleceń, by niepotrzebnie nie eskalować sytuacji. Ba, pokazowa brutalność zamaskowanych agentów miała być sama w sobie celem. Skończyło się podwójną tragedią. A sytuacja eskaluje.

Cała sytuacja rozegrała się w ciągu kilkudziesięciu sekund. Mężczyzna z telefonem w dłoni nagrywał funkcjonariuszy federalnych dokonujących zatrzymania. Widać wyraźnie, że drugą rękę ma wolną. Blisko funkcjonariuszy znaleźli się inni cywile, którzy próbowali coś im przekazać.
Kolejne sekundy są bardzo chaotyczne. Funkcjonariusze odpychają postronnych, używają gazu. Mężczyzna z telefonem najprawdopodobniej próbuje pomóc. Funkcjonariusze odciągają go i obalają na ziemię. Zaczyna się szamotanina.
Słychać gwizdki, których protestujący używają, by ostrzec imigrantów przed obecnością służb. Ktoś krzyczy: "On ma broń". Mężczyzna powalony na ziemię rzeczywiście ma pistolet, ale nie w ręce, tylko przy spodniach. Jeden z agentów odbiera mu go i szybko odsuwa się na bok. Niemal jednocześnie pada pierwszy strzał, a potem trzy kolejne.
Funkcjonariusze stopniowo odsuwają się od ciała, w kierunku którego oddają jeszcze kolejne sześć strzałów. Niedługo później przedstawiciele władz federalnych podają zupełnie inny obraz przebiegu zdarzeń.
Kristi Noem, sekretarz bezpieczeństwa krajowego, twierdzi, że zastrzelony mężczyzna "zaatakował" i "wymachiwał bronią". Doradca prezydenta Trumpa nazywa go na platformie X "zabójcą", a wpis podaje dalej wiceprezydent J.D. Vance. Dyrektor FBI Kash Patel sugeruje, że zastrzelony bezprawnie przyniósł broń na uliczny protest.
Przez następne godziny komentatorzy spod znaku MAGA kręcą się wokół tych zarzutów: mężczyzna nie dość, że przyniósł broń (więc sam się prosił), to jeszcze zaatakował agentów. Był lewicowym fanatykiem, który zagrażał bezpieczeństwu.
Ta wersja była jednak rażąco sprzeczna z nagraniami z miejsca wydarzeń: mężczyzna miał broń, ale po nią nie sięgnął. Nie brał czynnego udziału w zajściu, a tylko nagrywał. Włączył się do wydarzeń, by pomóc osobie, która oberwała gazem. Dodatkowo, jak stwierdziła lokalna policja, miał prawo mieć przy sobie broń. Alex Pretti nie był "zabójcą" ani "krajowym terrorystą", był pielęgniarzem w szpitalu dla weteranów.
W ciągu zaledwie miesiąca po raz drugi agenci mający zatrzymywać nielegalnych imigrantów zabijają w Minneapolis amerykańskiego obywatela. Po raz drugi wydarzenie zostało nagrane przez postronnych obserwatorów, a materiały wideo zaprzeczają opisowi sytuacji prezentowanemu przez władze federalne. Dlaczego Minneapolis znalazło się w centrum ogólnokrajowego kryzysu? I kto ponosi odpowiedzialność za te dramatyczne zdarzenia?
Minnesota. Ci źli Somalijczycy
Trudno dokładnie wskazać wielkość populacji nielegalnych imigrantów w USA, ale przed rozpoczęciem akcji deportacyjnej Trumpa szacowano ją na około 14 milionów osób (Donald Trump często podawał wartości nawet o 10 milionów wyższe). Większość z nich można spotkać w ludnych stanach jak Kalifornia, Floryda czy Teksas, gdzie mogą stanowić ponad pięć proc. populacji.
Według szacunków Pew Research w 2023 roku około 130 tysięcy z nich miało mieszkać w Minnesocie - nieco ponad dwa proc. populacji stanu i mniej niż jeden proc. ogółu nielegalnych imigrantów.
Dlaczego zatem właśnie w tym stanie władze federalne podjęły największą jak dotąd akcję zatrzymywania imigrantów, kierując do Minneapolis ponad 3000 funkcjonariuszy?
Powodów mogło być kilka. Wiele ważnych stanowisk w stanie zajmują demokraci, a na ich czele stoi gubernator Tim Walz, kandydat na wiceprezydenta u boku Kamali Harris w ostatnich wyborach. To właśnie w Minneapolis zaczęły się wielkie protesty na tle rasowym w 2020 roku, bo tam właśnie zginął George Floyd.
Dodatkowo Minneapolis (jak i bliźniacze Saint Paul) jest miastem azylem, czyli takim, w którym lokalne władze nie współpracują z władzami krajowymi w egzekwowaniu przepisów imigracyjnych. Prezydent Trump domaga się od Kongresu, by zakazał tej praktyki.
Jednak kamyczkiem, który spowodował lawinę, byli Somalijczycy. W Minnesocie jest ich ponad 80 tysięcy. Tymczasem w listopadzie wybuchł skandal: okazało się, że doszło do defraudacji ponad miliarda dolarów przeznaczonego na dożywianie dzieci w trakcie pandemii.
Oskarżono kilkadziesiąt osób, w tym wielu przedstawicieli somalijskiej diaspory. Na aferze ucierpiał sam gubernator Walz, który zapowiedział, że nie będzie się ubiegał o reelekcję - ciągłe tłumaczenie się z wielkiej afery nie służy żadnej kandydaturze.
Ale dla prezydenta Trumpa istotniejsi od Walza byli Somalijczycy. Od dawna nie szczędził im ostrych słów, po części za sprawą progresywnej polityczki, reprezentującej Minnesotę w niższej izbie Kongresu, Ilhan Omar.
Trump zasugerował kiedyś, że powinna wracać do swojego kraju (mimo że mieszka w USA od 13. roku życia). Teraz chciał odesłać też pozostałych. - Niczego nie wnoszą, nie chcę ich w tym kraju - powiedział. Ponad połowa Somalijczyków w Minnesocie urodziła się w USA, prawie 90 proc. to obywatele tego kraju.
Do Minneapolis skierowano funkcjonariuszy Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego. Najpierw garstkę, a później coraz więcej. Miasto liczące niespełna pół miliona mieszkańców stało się celem największej jak dotąd akcji deportacyjnej.
USA. Służby pod presją
J.D. Vance, dopytywany w czasie kampanii wyborczej, jak zamierzają deportować kilkanaście milionów osób, odpowiedział: "zacznijmy od jednego miliona", sugerując, że chodziłoby o najbardziej niebezpiecznych przestępców.
Nieoficjalnie administracja przyjęła ten "jeden milion" jako cel na pierwszy rok prezydentury. Nie udało się. Według estymacji "New York Timesa", udało się wydalić z kraju mniej więcej pół miliona osób. Mniej niż za czasów Bidena. Jak to możliwe?
Administracja Trumpa padła ofiarą własnego sukcesu: ponieważ bardzo skutecznie ograniczyła liczbę prób nielegalnego przekraczania granicy, zmniejszyła się również liczba "łatwych" deportacji ludzi, którzy dopiero co przekroczyli granice.
Aby spełnić wyśrubowany cel, trzeba było przeprowadzić o wiele trudniejszą i bardziej ryzykowną akcję wyłapywania tych, którzy w USA mieszkają od dawna - ponad dwie trzecie z nich dłużej niż pięć lat.
Często mają rodziny, dzieci w szkołach, na co dzień chodzą do pracy, a nawet płacą podatki (tak, w amerykańskim systemie można być w kraju nielegalnie i płacić podatki - w 2022 nielegalni imigranci zapłacili w podatkach federalnych, stanowych i lokalnych prawie 100 mld dolarów). Nie tak łatwo na pierwszy rzut oka odróżnić ich od zwykłych obywateli i osób przebywających w kraju legalnie.
I tak zaczęły się akcje widoczne na ulicach amerykańskich miast przez ostatnie miesiące: brutalne zatrzymania, pobicia, wybijanie szyb w samochodach, rajdy na zakłady pracy, zamaskowani agenci i nieoznakowane pojazdy. Do działania zostały skierowane dwie agencje podlegające Departamentowi Bezpieczeństwa Krajowego: Immigration and Customs Enforcement (ICE) i Customs and Border Protection (CBP).
Ta druga, znacznie bardziej liczna, do tej pory zajmowała się gównie patrolowaniem granicy i kontrolami na przejściach granicznych oraz lotniskach. Ale ponieważ granica stała się bezpieczniejsza, a potrzeby deportacyjne wzrosły, agentów CBP skierowano na ulice miast - do środowiska, z którym zawodowo nie mieli wiele do czynienia.
Na problemy natrafiło również ICE. W ciągu jednego roku agencja powiększyła swój stan osobowy o ponad 100 proc. Oznaczało to pospieszną rekrutację i ograniczony czas na szkolenie, które na dodatek przebiegało inaczej niż do tej pory.
Nowa administracja skupiła się na przekonywaniu agentów, że ich działania są objęte całkowitym immunitetem. O wiele mniejszą wagę przykładano też do zaleceń, by niepotrzebnie nie eskalować sytuacji. Ba, pokazowa brutalność zamaskowanych agentów miała być sama w sobie celem - sposobem na przekonanie przynajmniej części nielegalnych imigrantów do dobrowolnej deportacji.
Ta pokazowa brutalność oraz coraz częstsze błędy, polegające na zatrzymywaniu osób legalnie przebywających w USA (w tym obywateli) sprowokowały falę protestów. Agenci musieli się zmierzyć z kolejnym, nowym elementem swojej pracy: nieprzychylnymi obserwatorami nagrywającymi ich działania, ostrzegającymi potencjalnych podejrzanych klaksonami i gwizdkami, manifestującymi swoje niezadowolenie i czasem nawet utrudniającymi operacje.
Brak odpowiedniego wyszkolenia, często również brak doświadczenia w służbach, presja na wyniki, immunitet obiecany przez rząd, ignorowanie procedur mających zapobiec eskalacji, konieczność konfrontowania się z protestującymi - tak zaczęła tworzyć się mieszanka wybuchowa.
Ani kroku w tył?
Być może nastroje byłyby inne, gdyby administracji rzeczywiście udało się skoncentrować na najbardziej niebezpiecznych przestępcach, tych, którzy zagrażają bezpieczeństwu Amerykanów. Ale takich kryminalistów w każdej społeczności jest raczej niewielki odsetek i wcale nie tak łatwo ich złapać. Zaledwie pięć proc. zatrzymanych przez ICE do listopada 2025 popełniło poważne przestępstwo. 73 proc. w ogóle nie miało na swoim koncie wykroczeń.
Postrzeganie działań służb ewidentnie się pogarsza, choć widać wyraźne podziały partyjne - wyborcy republikańscy patrzą na ICE z większą sympatią. Ale wizerunkowo tracą nie tylko agenci.
Zaledwie 39 proc. ankietowanych pozytywnie ocenia politykę imigracyjną prezydenta Trumpa. 53 proc. jest jej przeciwnych. Niespełna rok temu, po pierwszych sukcesach w ograniczaniu nielegalnych przejść przez granicę te liczby wyglądały odwrotnie: 50 proc. oceniało prezydenta pozytywnie w tym aspekcie, 41 proc. negatywnie.
Republikańscy politycy czują niepokój. Jesienią czekają ich niełatwe wybory i akurat opowieść o sukcesie tej administracji w zabezpieczaniu południowej granicy byłaby doskonałym materiałem kampanijnym. Ale dyskusja wokół imigracji skręciła w kierunku ofiar na ulicach Minneapolis. 7 stycznia agent ICE zabija Renee Good, 24 stycznia ginie Alex Pretti z rąk funkcjonariuszy CBP.
W tym pierwszym wypadku obozowi Trumpa udało się do pewnego stopnia zapanować nad narracją: kobietę przedstawiono jako lewicową fanatyczkę, która próbowała przejechać agenta.
Po śmierci Prettiego jest jednak inaczej. Wersja wydarzeń lansowana przez przedstawicieli administracji rażąco odbiega od nagrań, które każdy może obejrzeć. Nie ma spójności w obozie MAGA, bo na przykład dyrektor FBI, Kash Patel sugeruje, że problemem był fakt posiadania przez mężczyznę broni.
Tego nie mogą zdzierżyć organizacje walczące o respektowanie drugiej poprawki do Konstytucji, czyli prawa do posiadania broni: jak to, republikańska administracja będzie teraz ograniczała nasze wolności?
Rośnie także niepokój na Kapitolu: demokraci grożą częściowym shutdownem (czyli zamknięciem rządu; do 31 stycznia musi zostać podpisana ostatnia z ustaw budżetowych), jeśli nie zostaną ograniczone metody działania ICE. Może więc nastąpić powtórka z jesiennego zamknięcia rządu, tylko w centrum debaty będą tym razem agenci federalni strzelający do obywateli USA. Nie jest to wymarzony początek roku wyborczego, który i tak zaczął się od awantury o Grenlandię.
Ta presja przynajmniej częściowo odnosi skutek: Trump powstrzymuje się od bezkompromisowej obrony funkcjonariuszy, deklaruje, że chce wyjaśnić sprawę i wysyła do Minneapolis Toma Homana, swojego zaufanego człowieka od imigracji, by na miejscu ocenił sytuację. Wysuwa też propozycję współpracy pod adresem władz lokalnych i nawet odbywa rozmowę z gubernatorem Timem Walzem.
Jednak to nie koniec problemów z akcją deportacyjną. Jeśli jej tempo zostanie utrzymane, a praktyki stosowane przez ICE i CBP nie ulegną zmianie, kolejne tragedie wydają się trudne do uniknięcia.
Andrzej Kohut
















