Mieszkania dla serwerów. Jak centra danych potęgują kryzys mieszkaniowy [13 PIĘTER]
Centra danych, napędzane rozwojem sztucznej inteligencji, coraz agresywniej rywalizują z mieszkalnictwem o kluczowe zasoby, "wypijając" wodę, blokując sieci energetyczne i windując ceny gruntów.

Cykl "13 pięter" Filipa Springera to felietony mieszkaniowe, w których autor - nagradzany pisarz, reporter, fotograf - mierzy się z kryzysem mieszkaniowym w Polsce i na świecie. Na łamach Interii opisuje, jak nam się mieszka, w skali mikro i makro, i co można z tym wszystkim zrobić.
Gruchnęła przygnębiająca wieść: miasto przyszłości jednak nie powstanie. Arabia Saudyjska nie wybuduje The Line - długiego na blisko 200 kilometrów futurystycznego molocha przecinającego pustynię. A jeszcze niedawno szejkowie chwalili się śmiałymi wizualizacjami, na których lustrzana struktura wije się pośród piasków pustyni.
The Line miało być ekologiczne, zeroemisyjne, idealne pod wieloma względami i wyznaczać kierunek w urbanistyce. Nie był to wprawdzie kierunek jakoś specjalnie nowy - pomysły na liniowe miasta pojawiały się już na początku wieku XX, a w jego połowie, w czasach rozkwitu modernistycznych megaplanów, mieliśmy ich prawdziwy wysyp.
Saudyjczycy zgłosili więc swój pomysł na liniowe miasto dość późno, ale zrobili to z właściwym sobie rozmachem. I zaczęli nawet przygotowania do jego budowy. Model realizowania inwestycji miał być typowy dla regionu - wysoko opłacana kadra zarządzająca projektem i eksperci oraz nisko opłacana, sprowadzana z Azji i Afryki tania siła robocza, którą po zużyciu można szybko wymienić albo uzupełnić.
Arabia Saudyjska chce zostać do 2030 roku światowym liderem sztucznej inteligencji. Do tego zaś potrzebuje gigantycznych centrów danych
The Line nie powstanie. Arabia Saudyjska ma inny plan
The Line miało być częścią większego założenia o nie mniej futurystycznej nazwie NOEM. W jego skład wchodzi także Trojena - zimowy kurort narciarski przygotowywany na zimowe Igrzyska Azjatyckie oraz Oxagon - ośrodek przemysłowy skupiony na produkcji wodoru oraz port. Wszystko to miało kosztować bambilion petrodolarów.
Okazało się jednak, że koszty The Line przerastają nawet naftowych szejków. Być może nie bez znaczenia był tu także fakt, że budowa takiej struktury nie miała żadnego uzasadnienia, poza chęcią zaimponowania światu.
Trudno bowiem zakładać, że Saudowie wzięli sobie do serca argumenty środowiskowe czy moralne. Tak czy inaczej - w ubiegłym tygodniu światowe media obiegła wieść, że The Line jednak nie powstanie.
W medialnym zgiełku nie wybrzmiała jednak należycie informacja o tym, co powstanie zamiast megamiasta. Otóż Arabia Saudyjska nadal planuje wybudować liniową strukturę na pustyni - już nie tak długą, bo liczącą sobie zaledwie dwa i pół kilometra. I nie dla ludzi, a dla serwerów.
Zgodnie z nową strategią kraj chce zostać do 2030 roku światowym liderem sztucznej inteligencji. Do tego zaś potrzebuje gigantycznych centrów danych. Z Linii powstanie więc Linijka, a zamieszkają w niej komputery.
Można by tę historię z Półwyspu Arabskiego uznać za kolejną lokalną ciekawostkę o niewiedzących, co robić z pieniędzmi szejkach, gdyby nie fakt, że skupia ona w sobie wiele problemów, które zaobserwować można w innych zakątkach świata.
Woda dla serwerów, nie dla ludzi
Powszechnie już wiadomo, że centra danych potrzebują wody. Zużywają jej dużo do chłodzenia, przez to coraz częściej brakuje jej dla ludzi. W 2022 roku w czasie suszy w Holandii lokalne media ujawniły, że tylko jedno centrum obliczeniowe Microsoftu w gminie Kroon zużyło 84 miliony litrów wody wodociągowej w czasie, kiedy w regionie panował zakaz podlewania upraw z wód gruntowych.
Lokalne władze przyznały dziennikarzom, że nie mają kontroli nad tym, ile wody pobierają technologiczni giganci. A ci ciągle tłumaczą, że używają wody tylko w szczególnych przypadkach. I jednocześnie ukrywają lokalizacje swoich serwerowni. Tak robi Microsoft w Polsce. Trudno bowiem tłumaczyć ich powstawanie nowymi miejscami pracy (zwykle pracuje tam garstka ludzi) i pozytywnym wpływem na lokalne społeczności.
Ośrodki takie zajmują duże powierzchnie terenu i oprócz tego, że są zasobożerne, to generują także irytujący hałas. W Dublinie - europejskiej stolicy danych - mieszkańcy dzielnic takich jak Clondalkin, Tallaght czy Lucan skarżą się na chroniczne problemy ze snem spowodowane szumem porównywalnym do dźwięku "samolotu, który kołuje, ale nie może odlecieć".

Centra danych a rynek mieszkaniowy. 100-150 proc. w górę
Centra danych mają jednak także bezpośredni wpływ na rynek mieszkaniowy. Przede wszystkim dlatego, że technologiczni giganci mogą sobie kupić za gotówkę i po wyższych cenach to, o co inni muszą się targować, brać kredyt albo spłacać ratami - ziemię i energię.
We Frankfurcie, niezwykle ważnym ośrodku technologicznym Europy kontynentalnej centra danych wywindowały ceny ziemi i wkroczyły do dawnych, poprzemysłowych dzielnic. 10 lat temu metr kwadratowy takiej poprzemysłowej działki (w biznesowym żargonie nazywanej "brownfieldem") kosztował tu około 200-300 euro. Taką ziemię kupowali głównie deweloperzy, by budować na niej osiedla.
Wraz z rozwojem sektora obliczeniowego w mieście ceny gruntów poszły w górę - osiągając w szczytowych momentach ceny rzędu dwóch, trzech tysięcy euro za metr. Deweloperzy, nawet gdyby mieli takie pieniądze, nie kupowaliby tej ziemi, bo wybudowane na niej mieszkania byłyby absurdalnie drogie. Tam, gdzie mogłyby powstać bloki, jak choćby w dzielnicy Gallus, stoją więc serwerownie. A kryzys mieszkaniowy narasta.
Podaż mieszkań nie nadąża bowiem za popytem. Średnia cena za metr kwadratowy mieszkania we Frankfurcie wzrosła z ok. 2,5 tys. euro w 2010 roku do ponad 6,6-8 tys. euro (w zależności od dzielnicy) w roku 2025. To wzrost o grubo ponad 100-150 proc. w dekadę.
Ale centra danych uniemożliwiają powstawanie mieszkań także dlatego, że potrzebują zbyt dużo prądu.
Prądożercy z nieskończoną gotówką
W 2022 roku brytyjskie media obiegła informacja, że budowa kilkudziesięciu tysięcy nowych mieszkań w zachodnich dzielnicach Londynu może zostać wstrzymana nawet na dekadę, ponieważ lokalny dostawca energii nie jest w stanie zagwarantować ich przyszłym mieszkańcom, że z ich gniazdek popłynie prąd.
Opublikowany trzy lata później raport Komisji ds. Planowania i Rewitalizacji Zgromadzenia Londynu wskazuje wprost, że źródłem tych problemów jest zwiększone zapotrzebowanie na energię ze strony wielkich centrów danych. BBC podaje, że w Wielkiej Brytanii jest blisko 470 takich ośrodków, z czego ponad połowa znajduje się w londyńskiej aglomeracji. I każde z nich generuje zapotrzebowanie porównywalne do 10 tys. gospodarstw domowych.
Operatorzy tych centrów - dysponujące nieskończonymi ilościami gotówki wielkie firmy technologiczne - rezerwują więc sobie odpowiednią moc na lata. Przez to nie starcza jej dla tych, którzy chcieliby w danej okolicy po prostu mieszkać.
Najgorszy scenariusz może być realny
W swoim czasie furorę w dyskusjach i debatach o mieście robiło hasło "Smart City". Amerykański badacz urbanistyki Boyd Cohen dokonał nawet kategoryzacji tej idei ze względu na etapy jej rozwoju.
Według niego Smart City 1.0 to idea właściwa wczesnym latom rozwoju cyfrowych technologii - pakowano je wszędzie gdzie się da, niekoniecznie reflektując nad tym, czy ich implementacja cokolwiek rozwiązuje. Technologia była celem samym w sobie, świadczyła bowiem o "nowoczesności" miejskich włodarzy. W efekcie to rozwiązania szukały problemów, a nie problemy rozwiązań.
W Smart City 2.0 inicjatywę przejęły władze miast, które zaczęły świadomie dobierać narzędzia cyfrowe do rozwiązywania konkretnych bolączek, np. korków czy smogu.
Z kolei Smart City 3.0 to model obywatelski, w którym technologia schodzi na drugi plan, a kluczowe staje się współtworzenie miasta przez mieszkańców (co-creation), by służyło ono ich realnym potrzebom społecznym, a nie tylko optymalizacji systemów.
Miejmy nadzieję, że nie wkraczamy w erę Smart City 4.0 - miasta, w którym zasilana sztuczną inteligencją optymalizacja rozwiązuje dylemat dostępu o kluczowe zasoby (wodę, prąd i ziemię) w taki oto sposób, że usuwa z miast generujący najwięcej problemów czynnik: mieszkańców.
Filip Springer












