Reklama

Reklama

Łukaszenka: Nie wolno dopuścić do żadnych prowokacji

Prezydent Białorusi Alaksandr Łukaszenka oświadczył w czwartek, że nie wolno dopuścić do prowokacji i nielegalnych akcji podczas wyborów prezydenckich, które odbędą się 11 października.

- Nie wolno dopuścić do żadnych prowokacji, nielegalnych akcji czy bezprawnych działań ze strony rozmaitych sił destrukcyjnych. Na przykładzie sąsiadów naród już się najadł i prowokacji, i rewolucji - oświadczył Łukaszenka na posiedzeniu poświęconym sytuacji społeczno-gospodarczej i politycznej w kraju.

Według prezydenta obecna kampania wyborcza odbywa się w niełatwej sytuacji gospodarczej. - Wszyscy muszą oszczędzać, ograniczać się i obniżać koszty" - podkreślił. Zaznaczył jednak, że priorytetem władz są "pensje, emerytury i inne zobowiązania socjalne państwa".

Reklama

Łukaszenka wyraził też przekonanie, że organizatorzy głosowania nie potrzebują dodatkowych wydatków, by jak za sowieckich czasów "ludzie szli na wybory jak na święto". - A cudzoziemcy niech sobie oceniają, jak chcą - to ich sprawa i ich prawo - dodał.

Według służby prasowej prezydenta Łukaszenka powiedział też, że Białoruś jest gotowa wysłuchać opinii Zachodu na temat białoruskiego prawa wyborczego i skorygować je, "jeśli propozycje będą sensowne i do przyjęcia, i nie będą sprzeczne z krajowym ustawodawstwem".

W wyborach 11 października startuje czworo kandydatów: Łukaszenka, przedstawicielka opozycji Tacciana Karatkiewicz, a także szef uważanej za lojalną wobec reżimu Łukaszenki Partii Liberalno-Demokratycznej Siarhiej Hajdukiewicz i naczelny ataman białoruskich Kozaków i szef Białoruskiej Partii Patriotycznej Mikałaj Ułachowicz.

Według wrześniowego sondażu niezależnego ośrodka NISEPI prawie połowa (45,7 proc.) Białorusinów jest gotowa zagłosować na Łukaszenkę. Znacznie mniej respondentów oddałoby głos na pozostałych kandydatów. Na zajmującą drugie miejsce przedstawicielkę opozycji Taccianę Karatkiewicz w zamkniętym pytaniu wskazało 17,9 proc. ankietowanych, a w otwartym - 7,2 proc.

W poprzednich wyborach prezydenckich na Białorusi w 2010 r. startowało siedmiu kandydatów opozycji. Po zamknięciu lokali wyborczych 19 grudnia doszło do brutalnego zdławienia w Mińsku protestów przeciwko nieuczciwemu przebiegowi wyborów. Do aresztów trafiło ponad 600 osób, wiele z nich skazano. Jeden z ówczesnych kandydatów opozycji na prezydenta, skazany na sześć lat pozbawienia wolności Mikoła Statkiewicz, dopiero 22 sierpnia br. wyszedł na wolność.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL