Reklama

Reklama

Kryzys relacji francusko-niemieckich. "To najgorszy z możliwych momentów"

Niemcy i Francja po raz pierwszy od niemal 60 lat przeniosły termin wspólnego posiedzenia francusko-niemieckiej Rady Ministrów - donosi Deutsche Welle. Dotychczas to właśnie te dwa państwa były odpowiedzialne za nadawanie kierunku rozwojowego UE, jednak obecnie zarówno Berlin, jak i Paryż wolą działać w pojedynkę. Ma to związek z odmiennymi wizjami wobec przyszłości Unii Europejskiej, które coraz bardziej się od siebie oddalają. Kryzys we wzajemnych relacjach pojawia się w najgorszym z możliwych momentów.

Spotkania francusko-niemieckiej Rady Ministrów często nie są ani emocjonujące, ani szczególnie produktywne. Szefowie państw i gabinetów dwóch największych gospodarek unijnych spotykają się, decydują o wspólnych kursach językowych lub podobnie mało istotnych sprawach i deklarują, że pozostaną wierni temu niemiecko-francuskiemu tandemowi. W gruncie rzeczy chodzi tu głównie o symbolikę, która ma jednak kluczowe znaczenie dla funkcjonowania UE.

Tymczasem o głębokim rozdźwięku między obu krajami świadczy obecnie fakt, że przełożyły one tegoroczne wspólne posiedzenie Rady Ministrów na co najmniej początek przyszłego roku. Nie jest w stanie zatuszować tego nawet zaplanowana w pośpiechu na środę wizyta kanclerza Olafa Scholza u prezydenta Emmanuela Macrona. I choć takie nieporozumienia nie są czymś niezwykłym, jednak pojawiają się w najgorszym z możliwych momentów.

Reklama

Kryzys relacji francusko-niemieckich. "Nigdy nie odwołano żadnego szczytu"

- Odroczenie terminu w żaden sposób nie odzwierciedla stanu stosunków niemiecko-francuskich- pospieszył z komentarzem Pałac Elizejski na konferencji prasowej w ubiegłym tygodniu. Rzecznik Pałacu podkreślił, że nie chodzi o odwołanie terminu, lecz jego przesunięcie, bo nie wszyscy ministrowie mieli czas, a jeden z nich nie był jeszcze przygotowany do spotkania.

Informacja ta spotkała się jednak ze sporym sceptycyzmem nie tylko obecnych na spotkaniu dziennikarzy. - Odkąd te szczyty powołano po raz pierwszy w 1963 roku i zostały wpisane do traktatu, nigdy żadnego z nich nie odwołano - powiedział Deutsche Welle Stefan Seidendorf, zastępca dyrektora Instytutu Francusko-Niemieckiego DFI w Ludwigsburgu, który publikuje dokumentację spotkań dwustronnych. 

- Zwykle nowe głowy państw muszą przejść proces uczenia się, by zrozumieć wagę tych spotkań i osi Francja-Niemcy. Tak było już w przypadku byłego kanclerza Niemiec Ludwiga Erharda czy prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy'ego. - W Europie nie można bowiem realizować doktryny amerykańskich realistów, zgodnie z którą bardzo duże państwo przyjmuje rolę przywódczą, a inne podążają za nim - twierdzi Seidendorf. 

- Żaden europejski kraj nie jest na tyle duży, by samodzielnie zapewnić stabilność w Europie. Potrzebujemy zasadniczego konsensusu między Niemcami i Francją, których stanowiska są zawsze skrajnie odmienne. Pozostałe kraje członkowskie mogą się nastawić na rozwiązanie kompromisowe - ocenia Stefan Seidendorf.

"To niedobrze dla Niemiec i Europy, kiedy Niemcy się izolują"

Obecnie wydaje się, że obie strony wolą działać w pojedynkę. Berlin zatwierdził niedawno pakiet pomocowy o wartości 200 miliardów euro na rzecz walki z rosnącymi cenami gazu i energii elektrycznej, wcześniej nie informując o tym swojego francuskiego partnera. Co byłoby w dobrym tonie, ponieważ taki zastrzyk gotówki może zakłócić funkcjonowanie rynku europejskiego. Co więcej na ostatnim spotkaniu NATO Niemcy podpisały z tuzinem innych państw, ale bez Francji, nowy projekt wspólnej tarczy powietrznej, tzw. European Sky Shield. Choć Francja współpracuje już z Włochami nad tarczą antyrakietową "Mamba".

Od czasu rozpoczęcia w lutym inwazji rosyjskiej na Ukrainę obrona wojskowa nabrała nowego znaczenia. Na ubiegłotygodniowym szczycie szefów państw i rządów UE Macron wraz z Hiszpanią i Portugalią ogłosił plany budowy nowego rurociągu dla wodoru, a w razie potrzeby także dla gazu, który ma przebiegać między Barceloną i Marsylią. Projekt zastępuje preferowany przez Berlin plan tzw. połączenia MidCat między Hiszpanią a Francją przez Pireneje. Prezydent Macron przekomarzał się też w Brukseli, mówiąc: - To niedobrze dla Niemiec i Europy, kiedy Niemcy się izolują.

- Obie strony są poirytowane - mówi Seidendorf. - Niemcy myślą, że mogą znaleźć poza Francją wielostronne porozumienie z mniejszymi krajami. A Francja od wystąpienia Macrona na Sorbonie w 2017 roku czeka na to, by Niemcy zobowiązały się do większej integracji europejskiej. Macron opowiadał się wówczas m.in. za budżetem strefy euro i silniejszą współpracą w sprawach wojskowych i podatkowych.


"Unia Europejska jest niezdolna do działania"

Zdaniem Sophie Pornschlegel to wzajemne dąsanie się wcale nie jest zabawne. - Nie ma na to czasu. W Europie trwa wojna i stoimy w obliczu kryzysu energetycznego - mówi Deutsche Welle analityczka z brukselskiego think tanku European Policy Centre. 

- Jeśli dopisze nam szczęście i nie będzie zbyt zimno, to jakoś przetrwamy tę zimę. Ale w dłuższej perspektywie potrzebujemy europejskiego rozwiązania dla wysokich cen energii, np. funduszu solidarnościowego - wskazuje Pornschlegel. Jeśli UE nie będzie stać na energię, doprowadzi to do kryzysu gospodarczego i wysokiego bezrobocia. A obecny podział w Europie jest na rękę prezydentowi Władimirowi Putinowi, gdyż czyni UE niezdolną do działania.

Jacques-Pierre Gougeon ekspert ds. Niemiec w paryskim Instytucie Stosunków Międzynarodowych i Strategicznych (IRIS) uważa, że ten kryzys jest głębszy niż wszystkie poprzednie konflikty między obu krajami, np. w kwestii energii. Gdyż Francja w przeciwieństwie do Niemiec opowiada się za energią jądrową.

- Spór jest poważny także dlatego, że inne, mniejsze państwa, jak Polska i kraje bałtyckie, kwestionują wiodącą rolę tandemu francusko-niemieckiego - tłumaczy Gougeon w wywiadzie dla DW. 

Odmienne wizje przyszłości Unii Europejskiej

Dla Ronji Kempin z berlińskiej Fundacji Nauki i Polityki SWP, obecny spór odzwierciedla głęboką, fundamentalną różnicę zdań. - Macron od dawna chce, aby UE funkcjonowała w mniejszych, specyficznych dla danego zagadnienia grupach i jest bardzo sceptyczny wobec rozszerzenia na Wschód przed zreformowaniem sposobu funkcjonowania UE.

Dla Francji UE jest przede wszystkim środkiem do zwiększenia władzy - mówi ekspertka. - Z kolei Niemcy są bardziej skłonne przystać na rozszerzenie UE na Wschód, ponieważ postrzegają Unię jako element podlegający transformacji, wprowadzający pokój.

Oba kraje dzieli również dużo, jeśli chodzi o obronność. Niemcy, wbrew tradycji, zobowiązały się wprawdzie do zwiększenia wydatków na wojsko, ale raczej w formie bezpośrednich zakupów, a nie - wspólnych europejskich projektów wojskowych. A to z kolei jest sprzeczne z oczekiwaniami Francji - uważa Kempin.

Ekspert DFI, Seidendorf, widzi jednak światełko w tunelu: - Wszyscy dotychczasowi szefowie obu krajów zdali sobie w końcu sprawę, że bez tego drugiego nic się nie uda - nawet jeśli znalezienie kompromisu jest niewyobrażalnie pracochłonne. 

Lisa Louis, Redakcja Polska Deutsche Welle

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy