Kłopoty niemieckiej ochrony zdrowia. Nadciągają największe zmiany od lat
Niemcy szykują bolesną kurację dla własnej ochrony zdrowia. Rząd chce zatrzymać wzrost składek, ale nie za darmo: pacjenci mają więcej dopłacać do leków i leczenia, zasiłek chorobowy ma być niższy, a część rodzin straci darmowe ubezpieczenie przez małżonka. W środę największe od lat zmiany przyjmie rząd w Berlinie.

Oficjalnie chodzi o stabilizację publicznych kas chorych. W praktyce to plan oszczędnościowy, który już wywołał bunt lekarzy, położnych, organizacji pacjentów i samych kas. Krytycy mówią wprost: składki może i nie wzrosną, ale za to pogorszy się dostęp do leczenia.
Dziura w systemie jest ogromna. Rząd boi się skoku składek
Niemieckie publiczne kasy chorych, a jest blisko 100, są pod coraz większą presją. Resort zdrowia przyznaje, że w 2024 r. kasy i fundusz zdrowia miały prawie 10 mld euro deficytu. Bez zmian luka w systemie może dojść do około 40 mld euro w 2030 r.
To nie jest abstrakcyjna księgowość. W niemieckim systemie składkę zdrowotną płacą pracownicy i pracodawcy. Jeśli publicznym kasom chorych brakuje pieniędzy, rachunek szybko trafia na paski wynagrodzeń i zwiększa koszty firm.
Ministerstwo ostrzega, że bez reformy całkowita składka zdrowotna mogłaby dojść do 19,3 proc. pensji. Dlatego rząd chce działać teraz. Problem w tym, że proponuje metodę, która wielu Niemcom może kojarzyć się nie z leczeniem systemu, ale z cięciem po kieszeni pacjenta.
Pacjent zapłaci więcej już przy okienku w aptece
Najbardziej widoczna zmiana dotyczy dopłat. Pacjenci mieliby płacić więcej za leki, środki medyczne i część świadczeń. Zasada ma być prosta: 10 proc. ceny, ale nie mniej niż 7,50 euro i nie więcej niż 15 euro. Za dzień pobytu w szpitalu również miałoby być 15 euro.
Dla osoby, która raz na jakiś czas wykupi receptę, to może nie być dramat. Ale dla seniora, przewlekle chorego albo kogoś, kto regularnie chodzi do lekarza, te kwoty szybko przestają być drobiazgiem. Kilka dopłat w miesiącu i z "symbolicznej opłaty" robi się spora suma.
Rząd zapewnia, że limity ochronią najuboższych i przewlekle chorych przed nadmiernymi kosztami. Tyle że krytycy widzą tu klasyczny problem: im ktoś bardziej choruje, tym częściej będzie płacił. A system zdrowia zaczyna wtedy działać trochę jak filtr - kto ma pieniądze, przechodzi łatwiej.
Chorujesz długo? Dostaniesz mniej
Jeszcze większe emocje budzi plan obniżenia zasiłku chorobowego. To świadczenie dostają osoby, które po dłuższej chorobie nie otrzymują już normalnej pensji od pracodawcy, tylko pieniądze z publicznej kasy chorych.
Rząd chce zmniejszyć jego wysokość o 5 proc. W praktyce najmocniej odczują to ludzie, którzy wylądowali na długim L4: po operacji, w trakcie leczenia onkologicznego, po ciężkim urazie albo z powodu długiej choroby psychicznej.
Pomysł podzielił niemiecką scenę polityczną. Krytyków nie brakuje w ugrupowaniach, które tworzą rząd. Karl-Josef Laumann, minister zdrowia Nadrenii Północnej-Westfalii z CDU, ostrzegał, że cięcie zasiłku uderzy przede wszystkim w ciężko chorych ubezpieczonych i domagał się korekt w projekcie.
To ważne, bo federalna minister zdrowia Nina Warken także jest z CDU - spór nie jest więc tylko partyjną przepychanką.
Darmowe ubezpieczenie przez małżonka? Nie dla wszystkich
Rząd chce też ograniczyć darmowe ubezpieczenie rodzinne dla małżonków i partnerów. Dziś część osób w Niemczech może być ubezpieczona przez pracującego małżonka bez osobnej składki.
Po zmianach bezpłatna ochrona ma zostać głównie tam, gdzie w grę wchodzi opieka: nad małymi dziećmi, osobami z niepełnosprawnością albo bliskimi wymagającymi pomocy. Zostanie też dla dzieci. W pozostałych przypadkach pojawi się dodatkowa składka - 3,5 proc. dochodu osoby ubezpieczającej rodzinę.
To uderza w konkretny model życia: jedna osoba pracuje, druga zostaje w domu albo ma przerwę zawodową, a ubezpieczenie zdrowotne jest wspólne. Po reformie część takich rodzin dostanie nowy, comiesięczny koszt.
Lekarze: To nie reforma, to cięcie dostępu do leczenia
Rząd przekonuje, że pacjenci nie będą jedynymi, którzy zapłacą. Największe oszczędności mają dać ograniczenia po stronie lekarzy, szpitali, stomatologów, producentów leków, rehabilitacji, transportu medycznego i samych publicznych kas chorych. W skrócie: wydatki w systemie mają rosnąć tak szybko, jak wpływy ze składek - i ani centa bardziej.
Brzmi rozsądnie, ale lekarze odpowiadają: na papierze to hamulec wydatków, w przychodni może oznaczać mniej pieniędzy na leczenie. Andreas Gassen, szef Kassenärztliche Bundesvereinigung, organizacji reprezentującej lekarzy kontraktowych i psychoterapeutów pracujących dla publicznego systemu, ocenił, że ustawa zredukuje realny zakres dostępnej opieki. KBV zarzuca też rządowi, że składkowicze nadal będą finansować część kosztów, które powinno brać na siebie państwo.
Jeszcze ostrzej zabrzmiała krytyka w niemieckiej izbie lekarskiej. Jej prezes Klaus Reinhardt mówił o "operacji z użyciem łomu" i apelował o poważne reformy zamiast gwałtownego dociskania systemu.
Krytykował też tempo prac: przy ponad 150-stronicowym projekcie organizacje dostały bardzo mało czasu na ocenę skutków.
Rząd kupuje czas, ale konflikt dopiero się zaczyna
Według projektu cały pakiet ma odciążyć publiczne ubezpieczenie zdrowotne o około 20 mld euro w 2027 r. i ponad 42 mld euro w 2030 r.
Największa część ma pochodzić z ograniczenia wydatków na świadczeniodawców, producentów i administrację, ale pacjenci też mają dołożyć swoje - przez wyższe dopłaty i niższe świadczenia.
Politycznie to bardzo ryzykowna operacja. Rząd próbuje sprzedać ją jako ochronę przed wyższymi składkami. Krytycy widzą coś innego: zamianę jednego rachunku na drugi.
Zamiast większej składki na pasku wynagrodzenia mogą pojawić się wyższe opłaty w aptece, niższy zasiłek podczas choroby i większa presja na przychodnie.
Z Berlina dla Interii Tomasz Lejman














