Fidesz przegrał, węgierskie disco zostało. I nie chce wyjść z głowy
Lubię, jak Orban śpiewa. Potrafił być cudownie ostentacyjny i miał tym swoim pełnym i pewnym siebie zadowoleniu coś wręcz swojskiego, bo stereotypowo sarmackiego. Taki trochę bardziej bezwzględny Zagłoba: wielki, ociężały, jowialny.

Gdy kurz po węgierskich wyborach opada, Ziemowit Szczerek zaprasza na wyjątkową podróż przez zaułki węgierskiej piosenki politycznej, która odegrała niebagatelną rolę w kształtowaniu opinii publicznej. Zapinamy pasy.
Zaraz przed wyborami Viktor Orban wrzucił do sieci dziwny filmik z samym sobą: jedzie oto węgierski premier samochodem, wybija dłońmi na kierownicy rytm i do lecącej mu z radia młócki disco z ludowymi wstawkami podśpiewuje: "Fidesz - bezpieczny wybór! Fidesz - bezpieczny wybór!".
Całe Węgry, chcąc nie chcąc, podśpiewywały tę piosenkę, tak samo jak dawniej w Polsce wszyscy, niezależnie od tego na kogo głosowali, śpiewali "Ole-Olek, wygraj, na prezydenta tylko ty". Wchodziło do ucha i nie chciało wyjść. Tak jak i ten węgierski wyborczy szlagier.
Kibolski rytm i stadionowy ryk, "Fidesz - bezpieczny wybór, Fidesz - bezpieczny wybór". Żeby weszło w łeb, razem z tymi wszystkimi ściemniarskimi niebezpieczeństwami, którymi Fidesz straszył Węgrów z każdej strony i które miały pokazywać, co to będzie, jeśli naród w swojej masie nie dokona "bezpiecznego wyboru" i po raz kolejny nie wybierze Fideszu.
Z tysięcy billboardów i plakatów straszyły bowiem Węgrów powykrzywiane twarze George'a Sorosa i Ursuli von der Leyen oraz ponuro pozerkujący Wołodymyr Zełenski, który, według fideszowskiej narracji, nie miał na głowie innych problemów, jak tylko stanowić egzystencjalne zagrożenie dla pokojowo sobie żyjących Węgrów prowadzonych ku świetlanej przyszłości przez Viktora Orbana.
Te wykrzywione gęby, ten demoniczny Zełenski knujący zamachy na zwykłych Węgrów i ich władze - było to wszystko tak kuriozalne, że trudno było uwierzyć, że dzieje się naprawdę. I że ludzie naprawdę mają się na to nabrać.
Bardziej niż z rzeczywistością kojarzyło się z estetyką filmów Quentina Tarantino, gdzie wszystko jest przegięte na maksa, z komiksową krwią i całą tą przemocą, której nie da się traktować poważnie. I możliwe, że Orban faktycznie przeholował.
Ukraińskie "zagrożenie" zniknęło, piosenki zostały
"Fidesz - bezpieczny wybór, Fidesz - bezpieczny wybór" - ryczało z głośników, gdzie się dało, i mózg - chcąc nie chcąc, zaczynał sam to podśpiewywać.
Jak "Ole-Olek wygraj, Ole-Olek prowadź". Albo jak piosenkę PiS sprzed kilku lat: "Prawo i Sprawiedliwość, Polska i solidarność", która stała się takim earbugiem, że gdy w pewnym momencie zagrał ją dla jaj na koncercie zespół Baaba Kulka, to cała sala zwijała się ze śmiechu.
Ale tak, przegięto. I niespecjalnie się z tym nawet ukrywano: zaraz po przegranych przez Fidesz wyborach skierowano do koszar całe wojsko, które w czasie kampanii wyborczej ostentacyjnie rozstawiono przy infrastrukturze energetycznej, żeby "broniło Węgier przed ukraińskim atakiem".
A po wyborach - do widzenia, już was nie potrzeba. Bez niczego, ot tak, w świetle dnia, bez tłumaczenia. Tak, jakby to było oczywiste, że wyborców robi się w wała i nie ma co się nad tym rozwodzić. Trudno, co prawda, zrozumieć, jak ktoś, kto w ten sposób traktuje własnych wyborców i własny naród, może nadal z dumą przypinać sobie łatkę "sił patriotycznych", ale - przyznać tu trzeba - to nie jest przecież sprawa wyłącznie węgierska.
Ale lubię, jak Orban śpiewa. Potrafił być cudownie ostentacyjny i miał tym swoim pełnym i pewnym siebie zadowoleniu coś wręcz swojskiego, bo stereotypowo sarmackiego. Taki trochę bardziej bezwzględny Zagłoba: wielki, ociężały, jowialny.
Jak w październiku zeszłego roku w Klużu, stolicy rumuńskiej Transylwanii i dawnym węgierskim Kolozsvarze, kiedy w restauracji, z wielkimi kielichami czerwonego wina w dłoniach, cała fideszowska i okołofideszowska ekipa śpiewała, w doskonałych nastrojach i szeroko uśmiechnięta, biesiadną węgierską piosenkę "Nem megyünk mi innen el", której tekst mówi ni mniej, ni więcej, tylko tyle, że "nie, nie, nie, nie ma mowy, nie ruszymy się stąd, choćby nas gospodarz do krwi bił kijami, nie pójdziemy, a gospodarz, jak chce, niech sobie dom zabierze, a my tu zostaniemy".
Roześmiani, pewni siebie, zawadiacko wywijający głosami. I nikt ich stąd nie wyrzuci. Bo oni już się zakorzenili i nie dadzą się wyrwać, a jak się coś nie podoba, to zapraszamy wiadomo co.
I cóż, pół roku później gospodarze Węgier (czy może, jak czarował w Polsce PiS - "suwereni") wyrzucili Orbana i Fidesz z domu, i to z takim hukiem, że niech się Fidesz cieszy, że jeszcze jest z niego co zbierać.
Tak, ostentacja. To Orbana i Fidesz pogrążyło. Przecież wielu wyborców nie tyle głosowało na Petera Magyara, tylko przeciwko Orbanowi.
W porządku, Magyar pojeździł po prowincji, i zdjął z siebie do pewnego stopnia odium aroganckiego miejskiego wymoczka z wysokich budapeszteńskich sfer prawniczych (brat jego babki, Ferenc Mádl, był na początku lat dwutysięcznych prezydentem Węgier), ale całe Węgry podśmiechują się z tego, że Magyar to "urodzony zwycięzca".
Przecież jeszcze dwa i pół roku temu był członkiem Fideszu i, podobnie jak w chwili, gdy pokonał Orbana, cieszył się podczas wszystkich poprzednich wyborów, kiedy wygrywał rząd Viktora Orbana.
I niejako firmował tę orbanowską ostentację, te miliardy euro zapisywane na rodzinę, na słupów w postaci sołtysa swej rodzinnej wsi Lorenca Meszarosa, te zebry w przysposobionym dla swojej rodziny pohabsburskim pałacu, które tyle mają wspólnego z deklarowanym przez Orbana "antyelitaryzmem" i "bliskością ze zwyczajnym człowiekiem" co pudrowana peruka i pludry z polskim chłopem pańszczyźnianym.
Raper tworzy alegorię kraju
Magyarowi udało się jednak odlepić od siebie naklejkę "Bindzsisztánu", która w pewnym momencie przestała najzwyczajniej w świecie przeszkadzać Orbanowi.
Trzeba tu wyjaśnić, czym jest Bindzsisztán: to fikcyjny kraj wymyślony przez znanego na Węgrzech rapera Majkę, którego piosenka "Csurran, cseppen" ("Cieknie, kapie"), trzeba to powiedzieć, była jednym z tych kamieni bardzo celnie wycelowanych w samo czoło Orbana, które silnie zatrzęsły jego pozycją.
Piosenka ma dziś na YouTube kilka razy więcej wyświetleń niż Węgry mają mieszkańców, i traktuje o premierze rzeczonego Bindzsisztánu, który jest czymś w rodzaju parodii orbanowskich Węgier.
Teledysk jest wymowny: raper Majka, przebrany za łysiejącego i pochrząkującego nieco prosięco premiera wspomnianego Bindzsisztánu, przygotowuje się do wywiadu telewizyjnego. Raczej rutynowego i ustawionego, bowiem widać od razu, że telewizję ma w garści, a prowadząca wywiad służalczo się wobec niego ustawia.
I wszystko pewnie by poszło jak zwykle, gdyby nie to, że szczupły blondyn w białej koszuli, mocno przypominający Petera Magyara, podaje mu podstępem serum prawdy. I wtedy się zaczyna.
Premier (Majka) dostaje słowotoku i rapuje o tym, jak na początku wystarczyło krzyknąć "Ruszkik haza" (Ruscy do domu - tak krzyczał Orban w początkach swej politycznej kariery po czym, jak wiemy, trochę o tym haśle zapomniał), by wszyscy go kupili, a potem po prostu rozrastać się ze swoim politycznym biznesem i trzaskać kasę.
"Stawaliśmy się coraz więksi i więksi, jak sekta. Wszystko co musiałem robić, to tylko szczuć na gejów. Śmialiśmy się z kretynów, dzięki którym zarabialiśmy pieniądze, wszystko co musieliśmy robić, to obiecywać, dawać chleb i igrzyska" - wykrzykuje Majka.
Piosenka stała się hitem, a Majka - celem ataków profideszowskich państwowych mediów. Ale Bindzsisztán zaczął już żyć własnym życiem, i im bardziej walono w Majkę - tym bardziej go pompowano.
W sieci pojawiły się tworzone już niezależnie od Majki piosenki o Bindzsisztánie: jego hymn ("Bindzsisztán, Bindzsisztán, jesteś fajniejszy niż Czyngis-Chan, prawie nie ma u nas korupcji, to znaczy jest, ale się o niej nie mówi"), pieśń sławiąca jego przywódcę ("Nieważne, czy publiczne zlecenie dostanie sługa przywódcy czy jego zięć, bo przywódca i tak na tym zarobi") oraz ministra spraw zagranicznych.
W węgierskim internecie są dziś już utwory wyśmiewające "narodową" muzykę, a jest to od ćwierćwiecza ważny na Węgrzech trend: od rocka (Karpatia, Hungarica i inne zespoły domagające się przywrócenia w granice Węgier terenów straconych w wyniku traktatu w Trianon) po rap.
Bo, owszem, przed wyborami pojawiły się i profideszowskie rapsy, jak na przykład utwór "Brüsszel - Babylon" rapera FankaDeli, który z całą powagą lamentuje, że Węgrzy "muszą tańczyć do melodii granej przez Brukselę" (co właściwie jest dosłownym skopiowaniem jednego z najnowszych haseł i sloganów Fideszu), więc ten "brukselski Babilon trzeba spalić".
Satyryzujący zespół Bëlga sparodiował ten trend, wydając piosenkę pt. "Nemzeti Hip-Hop" ("Narodowy hip-hop"), przy czym niektórzy, jak na przykład nacjonalistyczne Pannon Radio wzięło tę parodię na poważnie i grało na przemian z nawoływaniami do irredenty albo spalenia Brukseli.
"Czego chce naród węgierski? Narodowego hip-hopu!" - rapuje Bëlga. - "Aż uszy bolą, a serca nie pojmują, dlaczego w naszym radiu jest tyle zachodniej muzyki, a nie ma pięknego, kojącego narodowego rapu? Wąsy węgierskiego rapera są jak rogi węgierskiego byka, sterczą, nie opadają!".
Czasy więc się zmieniają, nacjonalistyczny szantaż (albo jesteś patriotą i idziesz z nami, albo zdrajcą i szkoda na ciebie nawet splunąć) działa coraz słabiej, coraz bardziej śmieszą dawni bohaterowie narodowych scen, jak przywoływana już Karpatia.
Wokalista tego zespołu prawie codziennie lamentuje za dawną świetnością Węgier podczas organizowanych co chwilę koncertów, że "jeszcze nasze wojsko w potrójnie podzelowanych butach wkroczy do Kolozsvaru" a "węgierski żołnierz odkopie stary kościół leżący w odebranych Węgrom Karpatach, który dziś jest zasypany śniegiem aż po krzyż".
Słowem - kończy się znów na Węgrzech (pewnie chwilowo) nadęty nacjonalistyczny modernizm, a wraca stary dobry kpiący postmodernizm.
Na zorganizowanym na finiszu kampanii Petera Magyara wielkim koncercie, w którym brały udział tuzy współczesnej węgierskiej sceny, jak na przykład, samorodny i ciekawy twórca Azhariah czy raper Krúbi, autor utworu "Orbán, Verd Ki A Ferinek", który to utwór opowiada o Viktorze Orbanie, który w publicznej toalecie spotyka się z Ferencem Gyurcsanyim, liderem socjalistów, również, jak Orban, oskarżanym o korupcję, tylko w czasach "przedorbanowych" - to właśnie Gyurcsany'a zmiotła orbanowska "antyliberalna i narodowa rewolucja", której jedną z największych zdobyczy jest pomoc w rozpylaniu po Europie egoizmu narodowego.
Orban, uwaga, szedł wtedy do władzy, mając na sztandarach hasła rozliczenia skorumpowanych polityków i ukarania bezpodstawnie wzbogaconych.
Tak jak dziś Peter Magyar.
Ale żeby nie było: Peter Magyar też jest obiektem żartów. Pamiętacie, na przykład, internetowy hit stworzony przez sztuczną inteligencję po zabójstwie skrajnie prawicowego influencera Charliego Kirka, szarpiący za serce (albo śmieszący wysokim stężeniem patosu) pt. "Wszyscy jesteśmy Charlie Kirkiem"? ("Stał niewzruszony, głos w burzy, człowiek pewny swoich przekonań, odrodzone serce, głosił prawdę, mimo wysokiego kosztu, żył dla Jezusa, nie bał się umrzeć / Jesteśmy Charlie Kirkiem, niesiemy płomień, będziemy walczyć za Ewangelię, czcimy jego imię" i tak dalej?).
No więc teraz jakiś zdolny prompciarz tak ustawił sztuczną inteligencję, że na tę samą melodię, prawie tym samym tekstem i z tym samym patosem stworzyła utwór "Mi vagyunk Magyar Peter", "Jesteśmy Peterem Magyarem": "Jesteśmy Peterem Magyarem, niesiemy płomień, będziemy walczyć za Ewangelię, czcimy jego imię, imię ojca partii Tisza".
I coś mi się wydaje, że epoka piosenek o Peterze Magyarze właśnie się zaczyna.
Ziemowit Szczerek











