Reklama

Ekspertka OSW o "nowym poziomie wojny energetycznej". Wspomina o "operacji false flag"

Jeśli za wyciekami z Nord Stream i Nord Stream 2 stoi Rosja, to oznaczałoby to nowy poziom wojny energetycznej, przy czym prawdopodobieństwo, że Moskwa jest zaangażowana w ten incydent jest spore - komentuje Agata Łoskot-Strachota z Ośrodka Studiów Wschodnich. Analityczka OSW przywołuje też jednak argumenty, które - jeśli oceniać, kto zyskuje na incydencie - budzą wątpliwości co do zaangażowania Rosji.

- Prawdopodobieństwo, że Rosja jest zaangażowana i stoi za tym incydentem jest spore" - ocenia Łoskot-Strachota, koordynatorka prac OSW dotyczących europejskiego rynku i polityki gazowej. Zastrzega ona, że obecnie "rozpoczęte są śledztwa", a rurociągów nie można nawet zbadać, bo "cały czas trwa tam wyciek gazu".

W komentarzach, jak zauważa ekspertka, pojawiają się argumenty, że jest widoczne, iż incydent nie był przypadkowy. Wskazuje się, że "trudno sobie wyobrazić, by stało za tym państwo NATO". Istotny jest też "charakter Morza Bałtyckiego, które jest płytkie i dość dobrze obserwowane przez różne siły". Trudno byłoby więc - jak zauważa ekspertka - o działania "niepaństwowych" aktorów.

Reklama

Co zyskuje Rosja?

- Dodatkowo, w oba gazociągi są bardzo mocno zaangażowane właśnie firmy, aktorzy państwowi. Tak więc, pojawia się myślenie, że to musi być jakiś aktor państwowy. Zatem, sposób działania, ale też kontekst - mamy wojnę, rosnący kryzys na rynku gazu i Rosję, która eskaluje ten kryzys - w jakiś sposób kierują myślenie na Rosję - mówi Łoskot-Strachota.

W jej ocenie, przy próbie odpowiedzi na pytanie "kto zyskuje?" w wyniku incydentu można wskazać, że zyskuje Rosja. Eskaluje ona bowiem - według tej tezy - kryzys z Zachodem, "potęguje chaos i niepewność, pogarsza sytuację na rynku gazu w kontekście najbliższej zimy i w tym czasie, kiedy jeszcze może wykorzystywać gaz jako instrument. Wreszcie - przechodzi na nowy poważniejszy poziom konfliktu z Zachodem: już nie ma powrotu do business as usual ze strategicznym gazociągiem".

"Operacja false flag"

Są też opinie, iż wycieki z gazociągów mogą być "operacją false flag", czyli tajną operacją, która ma stworzyć wrażenie, że jest dziełem innej strony. Nastąpiłoby w tym wypadku "kierowanie winy na kogoś innego i wykorzystywanie tego jako pretekstu do eskalacji działań na Ukrainie i innych działań w tej wojnie, jaką w pewnym sensie Rosja toczy z Zachodem" - mówi Łoskot-Strachota. Wreszcie - dodaje - "może to być też sposób na odwrócenie uwagi. Właśnie zakończyły się pseudoreferenda na Ukrainie i możemy się spodziewać rozpoczęcia procesu aneksji" tych okupowanych terytoriów.

Analityczka OSW przywołuje też jednak argumenty, które - jeśli oceniać, kto zyskuje na incydencie - budzą wątpliwości co do zaangażowania Rosji. Moskwa bowiem traci instrument, który zawsze posiadała w relacjach z krajami europejskimi. 

- Mogła kusić państwa unijne tym, że jeżeli pójdą na ustępstwa, jeśli chodzi o sankcje i wsparcie dla Ukrainy, to ona wznowi dostawy gazu. To był instrument, który sprawdzał się, jeśli chodzi o interesy na Ukrainie i też dzielił Europę, a słabsza Europa była w interesie rosyjskim - mówi Łoskot-Strachota. Jak dodaje, padają też argumenty, że gaz przez Nord Stream 1 właściwie już nie płynął, a gazociąg Nord Stream 2 nie był w ogóle używany - "dlatego tu się pojawiają wątpliwości, co do korzyści dla Rosji".

"Wojna energetyczna weszła na zupełnie inny poziom"

Ekspertka OSW mówi, że jej zdaniem spore jest prawdopodobieństwo, że za incydentem stoi Rosja. Wyraża przypuszczenie, że oznaczałoby to, iż "wojna energetyczna weszła na zupełnie inny poziom, że już nie ma powrotu do tego, co dawniej". Byłby to też sygnał, "że w przywództwie Rosji nie ma myślenia o tym, co będzie za parę lat i jak sobie ułożyć dobrze relacje gazowe" - podkreśla Łoskot-Strachota.

Ekspertka przypomina, że do uszkodzeń gazociągów dochodziło w poprzednich dekadach w krajach postsowieckich: w kwietniu 2009 roku w Turkmenistanie, a kilka lat później - na Ukrainie. Pierwszy z tych incydentów nastąpił w momencie dogodnym dla Rosji, gdy spadło zapotrzebowanie na gaz. Oskarżenia pod adresem Moskwy padały ze strony turkmeńskiej.

Jednak w tych przypadkach "nie było jednoznacznych odpowiedzi" - zastrzega rozmówczyni. - Może dlatego, że było to na tyle daleko, na tyle poza zasięgiem zainteresowania zachodniego, że temu się tak blisko nie przyglądano. Może też dlatego, że w krajach obszaru poradzieckiego, w Turkmenistanie i nawet na Ukrainie, trudno było przeprowadzić bardzo szczegółowe i rzetelne śledztwo ze względu na ilość podmiotów rozmaicie uwikłanych w interesy ze stroną rosyjską - podsumowuje ekspertka OSW. 

PAP
Dowiedz się więcej na temat: Rosja | Nord Stream

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy