Donald Trump traci kontrolę nad Kongresem
Do początku przyszłego roku w Kongresie będzie zasiadała grupa republikańskich polityków, którym Trump zrujnował karierę. Nie mają już powodu, by być wobec niego lojalni, nie muszą się przejmować jego gniewem. Mają szansę, by się odegrać. Dla prezydenta to poważny problem.

W skrócie
- Część republikanów w Kongresie zaczęła kwestionować politykę prezydenta Trumpa, odrzucając jego propozycje dotyczące finansowania sali balowej i specjalnego funduszu dla osób pokrzywdzonych przez wymiar sprawiedliwości.
- Spada poparcie dla prezydentury Trumpa, a niektóre działania administracji, takie jak kontynuacja wojny z Iranem, budzą niezadowolenie opinii publicznej.
- Wewnętrzne spory w Partii Republikańskiej oraz próby narzucenia niepopularnych nominacji doprowadziły do oporu wobec inicjatyw prezydenta w Kongresie, co utrudnia mu realizację politycznych celów.
- Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii, otwiera się w nowym oknie
Na pytanie, czy traci kontrolę nad republikanami w Senacie, prezydent Trump odpowiedział:
Nie zabrzmiało to zbyt pewnie. Ale trudno, żeby było inaczej. Dodatkowe finansowanie nowej sali balowej czy specjalny fundusz dla "ofiar wymiaru sprawiedliwości" nie spotkały się z entuzjazmem na Kapitolu. Senatorowie okazali się sceptyczni wobec kandydata na nowego dyrektora wywiadu narodowego, Billa Pulte. Wątpliwości mają także co do Todda Blanche'a w roli pełnoprawnego prokuratora generalnego (na razie pełni to stanowisko tymczasowo).
Tymczasem Izba Reprezentantów zaczyna kwestionować politykę zagraniczną prezydenta - przegłosowując pomoc dla Ukrainy, czy próbując ograniczyć swobodę Trumpa w kontynuowaniu wojny z Iranem.
To sytuacja nowa. Mimo niewielkiej przewagi republikanów w obydwu izbach (219 do 212 w Izbie reprezentantów i 53 do 47 w Senacie), do tej pory udawało im się utrzymać dyscyplinę w kolejnych głosowaniach. Z jednej strony, dowodziło to skuteczności partyjnych liderów, Johna Thune'a i Mike'a Johnsona. Z drugiej, pokazywało siłę samego Trumpa - jego kontroli nad partią wynikającej z osobistej popularności, zasięgów w mediach społecznościowych i zgromadzonych zasobów finansowych. Każdy republikański polityk, który myślał o sprzeciwieniu się Trumpowi, musiał się liczyć z tym, że te zasoby zostaną wykorzystane przeciwko niemu.
Co zatem sprawiło, że dziś prezydenckie priorytety upadają w kolejnych głosowaniach? I jakie konsekwencje może to mieć dla przyszłości samego Trumpa?
Prezydent nie myśli o wyborach?
Dla wielu republikańskich polityków kluczowym wydarzeniem tego roku będą wybory połówkowe (midterm elections) na jesieni. Dla samego prezydenta one również są istotne - utrata kontroli nad jedną bądź dwoma izbami Kongresu może znacząco ograniczyć jego swobodę manewru podczas ostatnich dwóch lat w Gabinecie Owalnym.
Notowania Trumpa wyglądają kiepsko - poparcie dla jego prezydentury spadło z ponad 50 proc. na początku tej kadencji do niespełna 39 proc. obecnie. Prawie 60 proc. ocenia go negatywnie. Po ponad 500 dniach prezydentury lepsze notowania miał Joe Biden, ale nawet i sam Trump w pierwszej kadencji.
Szczególnie źle wypadają notowania obecnego lokatora Białego domu w kwestiach gospodarczych - wyborcy spodziewali się poprawy warunków życia, a dostali rosnącą inflację (w ujęciu rocznym przekroczyła ostatnio 4 proc., co ponownie oddala perspektywę obniżenia stóp procentowych i tańszych kredytów) oraz bardzo wysokie ceny na stacjach paliw.
Wbrew kolejnym deklaracjom Trumpa wojna z Iranem nie wydaje się bliska zakończenia. Konflikt sam w sobie jest niepopularny (37 proc. popiera, 57 proc. ankietowanych jest przeciwnych, według średniej sondażowej opracowanej przez Nate'a Silvera), do tego stoi w jawnej sprzeczności z obietnicami samego Trumpa. W niedawnym wywiadzie dla stacji NBC prezydent stwierdził, że wcale nie obiecywał żadnych nowych wojen.
Wkrótce potem media społecznościowe zalały rozmaite wypowiedzi z kampanii 2024 roku, kiedy Trump czy J.D. Vance przekonywali, że to Kamala Harris wciągnie kraj w kolejne konflikty zbrojne, zaś Donald Trump jest prezydentem pokoju, będzie trzymał się z dala od "niekończących się wojen" i uratuje USA przed udziałem w III wojnie światowej. W swojej zwycięskiej mowie sam Trump mówił o tym, że nie będzie zaczynał wojen, a jedynie je kończył.
Tymczasem prezydent wydaje się niewzruszony zarzutami o zaprzeczenie własnym obietnicom ani słabnącymi notowaniami. Przekonuje tylko, że konflikt w Iranie wcale nie trwa tak długo, bo przecież wojny w Iraku czy Wietnamie ciągnęły się o wiele dłużej. Pytany, czy bierze pod uwagę problemy finansowe Amerykanów podczas negocjacji z Iranem, odpowiedział, że "ani trochę", bo liczy się tylko to, by Iran nie miał broni nuklearnej. Trump skupia się za to na budowie sali balowej, łuku triumfalnego i renowacji sadzawki przed mauzoleum Lincolna.
To jedno ze źródeł oporu wobec Trumpa na Kapitolu. W momencie, kiedy notowania republikanów i tak już nie wyglądają najlepiej (48 proc. do 42 proc. dla demokratów według średniej sondażowej Real Clear Politics), nie ma entuzjazmu wobec najbardziej kontrowersyjnych propozycji Trumpa.
Miliard na salę balową
Na początku tego roku kluczowym tematem była polityka deportacyjna. W wielu miastach trwały protesty przeciwko masowym deportacjom, a w Minneapolis doszło do śmierci dwójki amerykańskich obywateli z rąk służb imigracyjnych.
Demokraci, którzy właśnie zaczęli odbudowywać swoją pozycję po wielu miesiącach zmagania się z wyborczą porażką w 2024, postanowili wydać republikanom bitwę i uzależnić uchwalenie budżetu dla Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego od nowych regulacji dla straży granicznej i służby celno-imigracyjnej (które mu podlegają).
Impas trwał ponad dwa miesiące. W końcu partie porozumiały się: uchwalono budżet dla departamentu, ale z pominięciem służb imigracyjnych. Republikanie zdecydowali, że przegłosują środki dla tych ostatnich bez udziału demokratów, wykorzystując mechanizm rekoncyliacji budżetowej. W amerykańskim senacie potrzeba 60 głosów w głosowaniu proceduralnym, poprzedzającym właściwe głosowanie, stąd konieczność szukania ponadpartyjnego kompromisu. Przy rekoncyliacji - aktualizacji istniejącego budżetu - tego wymogu nie ma.
Ustawa o finansowaniu służb imigracyjnych napotkała jednak inne przeszkody. Zawsze pojawia się pokusa, żeby przy okazji rekoncyliacji ugrać więcej. W ten sposób powstał przecież projekt "wielkiej, pięknej ustawy" Trumpa z zeszłego roku.
Tym razem prezydent najpierw zaproponował miliard dolarów na kwestie bezpieczeństwa zawiązane z nową salą balową. Projekt nowego budynku w miejscu wyburzonego niedawno wschodniego skrzydła Białego Domu jest przedmiotem wielu kontrowersji, ale prezydent obiecywał, że za wart kilkaset milionów dolarów obiekt zapłacą darczyńcy, nie podatnicy.
Przeznaczenie tak dużej sumy na niepopularną budowlę (popiera ją 28 proc. ankietowanych, 56 proc. jest przeciwnych) w momencie, kiedy Amerykanie martwią się rosnącymi cenami nie byłoby politycznie roztropne. Biorąc pod uwagę zarówno sprzeciw części senatorów, jak i wątpliwości proceduralne, kierownictwo republikanów zadecydowało o wykreśleniu środków na salę balową z ustawy.

Ofiary sprawiedliwości
To nie był koniec epopei z ustawą finansującą służby imigracyjne. Kolejnego spornego punktu dostarczyła propozycja wartego prawie dwa miliardy dolarów funduszu mającego sfinansować rekompensaty dla tych, którzy "ucierpieli" na skutek "upolitycznienia wymiaru sprawiedliwości" w czasach Joe Bidena.
Prezydent Trump czuje się osobiści pokrzywdzony działaniami Departamentu Sprawiedliwości za czasów swojego poprzednika, co jednak nie przeszkadza mu w używaniu go obecnie przeciwko swoim politycznym wrogom - pamiętny był jego wpis na Truth Social (który miał być najprawdopodobniej prywatną wiadomością) zaadresowany do ówczesnej prokurator generalnej Pam Bondi, w którym domagał się bardziej zdecydowanych działań przeciwko wybranym osobom.
Pomysł specjalnego funduszu narodził się jako element ugody pomiędzy Trumpem a IRS, amerykańską skarbówką. Prezydent oskarżył IRS, że przed laty dopuścił się przecieku na temat jego zeznań podatkowych, których Trump - odmiennie niż jego poprzednicy - nie chciał ujawniać opinii publicznej. Domagał się odszkodowania w wysokości 10 miliardów dolarów.
Aby zażegnać ten niewygodny konflikt (agencja podlegająca prezydenckiej administracji wypłaca prezydentowi miliardowe odszkodowanie z pieniędzy amerykańskich podatników?), Departament Sprawiedliwości przygotował ugodę. Trump wycofał swoje roszczenia w zamian za zakończenie wszelkich dochodzeń dotyczących przedsięwzięć biznesowych swojej rodziny. Dodatkowym warunkiem było powstanie wartego 1,776 miliarda dolarów funduszu - co stanowiło ciekawą formę upamiętnienia 250-lecia niepodległości ogłoszonej w 1776 roku.
Dodatkowym smaczkiem było podejrzenie, że część tych środków może trafić do osób skazanych za udział w zamieszkach na Kapitolu 6 stycznia 2021 roku (które Trump ułaskawił). Senatorowie i tym razem nie ulegli woli prezydenta - zapisy o funduszu nie znalazły się w finalnej wersji ustawy.
Problem ze szpiegowaniem
Są jednak kwestie, gdzie spór pomiędzy Trumpem a politykami republikańskimi może mieć dalej idące konsekwencje niż tylko urażone ambicje lokatora Białego Domu. Jak w przypadku wydłużenia obowiązywania sekcji 702 Foreign Intelligence Surveillance Act (FISA).
To bardzo szczególny zapis, pozwalający amerykańskim służbom na podsłuchiwanie obywateli innych państw bez sądowego nakazu, ale pod warunkiem, że nie znajdują się na terytorium USA.
Amerykańskie służby od lat podkreślają, że to jedno z kluczowych narzędzi ich pracy. Przepisy są jednak kontrowersyjne - mimo że wprost zakazują podsłuchiwania Amerykanów (nawet jeśli przebywają poza granicami kraju), to jednak często prowadzą do przeciwnego rezultatu w przypadku, kiedy podsłuchiwany obcokrajowiec komunikuje się z obywatelami USA. Dlatego część polityków uważa, że obowiązywanie sekcji 702 nie powinno być przedłużane.
Sekcja 702 musi być odnawiana co roku i tym razem termin upływał 20 kwietnia, ale Kongres zdecydował się wydłużyć czas jej obowiązywania do 30 kwietnia, a później do 12 czerwca. I tym razem miał już być gotowy do autoryzowania kluczowych zapisów na dłużej. Ale na przeszkodzie stanęła decyzja Donalda Trumpa.
Pod koniec maja rezygnację złożyła dyrektor wywiadu narodowego Tulsi Gabbard. Na jej miejsce Trump wskazał Billa Pulte. Biznesmena, który dotąd stał na czele Federalnej Agencji Finansowania Mieszkalnictwa. Pulte nie miał żadnych związków z wywiadem, ale z perspektywy prezydenta ma inne zalety: jest lojalny i nie waha się wykorzystywać powierzonych mu narzędzi na korzyść swojego patrona.

W ostatnich miesiącach Pulte przeszukiwał archiwa swojej agencji, by znaleźć dokumenty obciążające politycznych przeciwników Trumpa. Chodziło o nieścisłości we wnioskach o kredyt hipoteczny składanych przed laty, które mogły posłużyć jako podstawa do zarzutu o oszustwo. Taki ruch zastosował między innymi wobec prokurator generalnej z Nowego Jorku Letitii James czy zasiadającej w radzie gubernatorów Rezerwy Federalnej Lisie Cook.
Próba umieszczenia Pulte'a na stanowisku dyrektora wywiadu narodowego zirytowała część republikanów. Trzech senatorów tej partii zagłosowało za poprawką mającą zablokować możliwość tymczasowego objęcia przez niego tej funkcji. Poprawka upadła, ale trzy dni później aż siedmiu republikanów opowiedziało się przeciw wnioskowi o rozpoczęcie debaty nad przedłużeniem obowiązywania sekcji 702 FISA. Jednym z powodów sprzeciwu była nominacja Pulte'a.
Jeśli dodać do tego deklaracje demokratów, że dopóki nie zmieni się kandydat na dyrektora wywiadu, będą przeciwni przedłużeniu, problem staje się poważny. W momencie powstawania tego tekstu nie widać sygnałów, by Trump zamierzał ustąpić.
Siła Trumpa okazuje się słabością?
Problemy Trumpa w Kongresie nie wynikają tylko z przedwyborczych obaw części republikanów. Są też po części odwrotną stroną sukcesu prezydenta, który w ostatnich tygodniach udowodnił swoją dominującą rolę w partii. Jeśli ktoś zastanawiał się, czy kiepskie sondaże i niepowodzenia w Iranie zachwiały pozycją Trumpa wśród republikanów, ostanie prawybory pozbawiają złudzeń: tam, gdzie Trump chciał kogoś wyeliminować, odnosił sukces.
Szanse na ubieganie o reelekcję stracił senator z Luizjany Bill Cassidy, który głosował z impeachmentem Trumpa w 2021 roku. W przyszłym Kongresie zabraknie też Thomasa Massiego, który spierał się z prezydentem o "wielką, piękną ustawę" czy akta Epsteina. Prezydent przyłożył również rękę do porażki Johna Cornyna, jednego z najważniejszych republikańskich senatorów. Zamiast niego kandydatem z Teksasu będzie bliższy Trumpowi Ken Paxton. Siła popularności Trumpa i ogromne pieniądze, które jest w stanie przekierować na rzecz konkretnego kandydata, okazały się wystarczające.
Politycy republikańscy otrzymali jasny sygnał: nie ma co myśleć o przyszłości bez poparcia Trumpa, przynajmniej na razie. Ale efektem ubocznym tego sukcesu prezydenta jest problem na nadchodzące miesiące: do początku przyszłego roku w Kongresie będzie zasiadała grupa polityków, którym Trump zrujnował dalszą karierę. Nie mają już powodu, by być wobec niego lojalni, nie muszą się przejmować jego gniewem. Mają szansę, by się odegrać.
Dla prezydenta to poważny problem. Przy tak niewielkiej przewadze republikanów, wystarczy garstka tych, którzy uznają, że zdystansowanie się wobec Trumpa pomoże im politycznie i druga garstka tych, których nic już z Trumpem nie wiąże, by głosowanie poszło nie po myśli Białego Domu. Zarówno w sprawach wizerunkowo bolesnych, choć pozbawionych znaczenia (Trump nie podpisze pakietu pomocy dla Ukrainy, nawet jeśli Kongres go przegłosuje), jak i tych bardzo istotnych.
W okresie przedwyborczym miało dojść do uporządkowania spraw personalnych w administracji - stąd tak liczne ostatnio dymisje. Jednak teraz o każdą nominację trzeba będzie stoczyć polityczny bój o niepewnym rezultacie. Nie wiadomo, co z przyszłością sekcji 702 FISA, za chwilę na horyzoncie pojawią się kwestie budżetowe - rok fiskalny kończy się w USA 30 września.
Wiele prognoz wskazywało, że problemy mogą nadejść, jeśli po wyborach połówkowych republikanie utracą kontrolę nad jedną bądź dwoma izbami Kongresu. Wygląda na to, że jednak nadeszły wcześniej.
Andrzej Kohut













