Dawid zmierzy się z Goliatem w bitwie o przyszłość Nowego Jorku [MIĘDZYMIASTOWA]
Nowy Jork czekają zmiany i turbulencje. Naprzeciw dobiegającego osiemdziesiątki potentata i prezydenta z Queens, mówiącego prosto i dosadnie, staje dorastający w tej samej dzielnicy, elokwentny i pełen wdzięku młody prawnik. Przed nowojorczykami starcie Dawida z Goliatem.

Ponad połowa ludzkości mieszka w miastach. Coraz więcej osób się do nich przeprowadza. W cyklu "Międzymiastowa" na łamach Interii Paulina Wilk przygląda się wielkim globalnym metropoliom i nieznanym miasteczkom. Mierzy puls codzienności, ogląda z bliska współczesne fenomeny i pyta o naszą zurbanizowaną przyszłość.
Zwycięstwo Zohrana Mamdaniego w wyborach na burmistrza Nowego Jorku ucieszyło tylko część zwolenników i członków Partii Demokratycznej. Wyraźnie lewicowy program, którym ten bohater znikąd błyskawicznie zjednał sobie głosy rekordowej liczby - ponad miliona - głosujących, wywołał sporo niepokoju w samej partii, wśród miejskich aktywistów, a także elit władzy i biznesu najważniejszego amerykańskiego miasta.
Złożone w kampanii obietnice darmowych przejazdów autobusami, opieki dla dzieci do szóstego roku życia, sieci miejskich sklepów spożywczych z niskimi cenami i zamrożenia czynszów idealnie trafiły w potrzeby i nadzieje wyborców umęczonych wysokimi kosztami życia.
Ale też podrażniły tych, którzy rozumieją, ile pieniędzy potrzeba, by je sfinansować. Między wygranymi w czerwcu prawyborami a ostatecznym listopadowym zwycięstwem Mamdani nie tylko ścierał podeszwy butów, chodząc po Nowym Jorku i rozmawiając z mieszańcami. Odwiedzał też dyskretne apartamenty i odbywał uspokajające rozmowy z najbardziej wpływowymi postaciami, jak były burmistrz i gigant medialny Michael Bloomberg.
Mamdani, chłopak znikąd, głoszący niebezpiecznie wywrotowe poglądy i otwarcie krytykujący Izrael za śmierć cywilów w Gazie, musiał wysłać sygnał: da się ze mną pracować, dogadamy się.
I ten sygnał dotarł, przynajmniej na tyle, by zabezpieczyć zwycięstwo.
Miernik hejtu skoczył o 450 proc.
Nie tylko liberalne elity uważają, że zwycięstwo pierwszego Azjaty, migranta i muzułmanina w wyborach na burmistrza Nowego Jorku niesie ze sobą niebezpieczeństwo dla status quo.
Mamdani i jego brawurowa kampania, w której emanował luzem, autentycznością, nadzieją na zmiany i obietnicą rozliczenia możnych tego miasta (i szerzej - Donaldów Trumpów tego świata), to paradoksalnie także woda na młyn urzędującego prezydenta i jego wyborczej bazy spod znaku MAGA.
Donald Trump potrzebuje przeciwników, a Mamdani wydaje się dla niego idealnym obiektem ataków. W czasie kampanii islamofobiczne treści lały się na Mamdaniego i jego zwolenników strumieniami (demokratyczny kandydat zmobilizował około 100 tys. wyborców, głównie mężczyzn, imigrantów i muzułmanów, którzy wcześniej nie głosowali). Internet huczał od wezwań, by Zohrana deportować, mierniki antymuzułmańskiego hejtu w jesienią podskoczyły o 450 proc.
Prezydent doskonale gra na antagonizmach, a 34-letniego muzułmanina, syna dwójki wybitnych imigrantów z Indii, wprost nie znosi i deprecjonuje, nazywając go "małym komunistą".
Lewicowe poglądy Mamdaniego i samo to, kim jest - prawnikiem, urodzonym w Ugandzie i wychowanym w Queens, naturalizowanym Amerykaninem, synem wybitnej reżyserki Miry Nair ("Monsunowe wesele", "Vanity Fair") i profesora antropologii Mahmooda Mamdaniego z Columbia University, uznawanego za jednego z 50 topowych intelektualistów współczesnych - wystarczą, by Trumpa rozdrażnić, no i bez końca podniecać zwolenników twardej rozprawy z imigrantami oraz wiary w znów wielką, białą Amerykę.
Czy zjawi się Gwardia Narodowa
A przecież Mamdani zwyciężył także jako symbol antytrumpizmu. To żywy, ujmujący symbol Ameryki celebrującej swój multietniczny i wielokulturowy charakter. Ameryki, która ma także ciemny kolor skóry, zna język urdu i hiszpański, lubi jeść birjani rękoma, tak jak uśmiechnięty Zohran w klipach, które biły wiralowe rekordy.
Kampania Mamdaniego toczyła się w kontekście wojny, jaką Donald Trump wypowiedział kilku miastom Ameryki, tym zarządzanym przez demokratów: Los Angeles, San Francisco, Waszyngton, Chicago czy Portland, do których wysłał - lub chciałby, ale postanowienia sądów na razie mu nie pozwalają - oddziały Gwardii Narodowej, na ogół niosącej obywatelom pomoc w sytuacjach katastrof czy pożóg.
Esencją tego sporu jest pytanie o przekroczenie uprawnień konstytucyjnych przez prezydenta. Trump chce uczynić Gwardię Narodową swoją strażą przyboczną, dysponować nią śmiało przesuwając jej oddziały ze stanów przychylnych mu (jak Teksas) do tych, które uważa za niesubordynowane.
I choć San Francisco czy Los Angeles chwalą się spadającymi wskaźnikami przestępczości, to Trump próbuje rozpętać wokół nich histerię, opowiadając o panującym w nich chaosie, uniemożlwiającym obywatelom normalne życie. Pod pretekstem gaszenia rzekomych zamieszek i ataków na biura służb imigracyjnych prezydent zarządził już interwencje Gwardii Narodowej i agentów ICE, które kosztowały blisko pół miliarda dolarów (i życie kilku osób).
Sądy stanowe i okręgowe, uruchomione przez broniących swej autonomii burmistrzów i gubernatorów Kalifornii, Oregonu czy Illinois orzekają różnie - jedne Trumpa blokują, inne wstrzymują się z decyzjami. Pewne jest, że prezydent dopiero zaczyna rozgrywkę z metropoliami opozycyjnymi wobec jego władzy i stylu rządzenia. Ruszyła batalia o ducha wielkich miast Ameryki.
Miasto szykuje się do bitwy
Dlatego zwycięstwo Mamdaniego zelektryzowało miejskich działaczy i sprawiło, że nad Nowym Jorkiem (w którym na październikowej demonstracji No Kings przeciwko autorytarnym zapędom Trumpa zgromadziła się imponująca liczba 350 tys. protestujących) zawisło pytanie: czy prezydent sprowadzi tu Gwardię Narodową, by miasto zmilitaryzować i odebrać je lewicowemu demokracie?
Gubernatorka stanu Katy Hochul, umiarkowana demokratka (która poparła Mamdaniego w zamian za zapewnienie, że na stanowisku pozostanie komisarz policji Jessica Tish i że nie będzie się on upierał przy podnoszeniu podatków najbogatszym) spędziła ostatnie tygodnie na kuluarowych rozmowach o tym, jak wyprzedzić lub załagodzić jakiekolwiek próby uruchomienia służb federalnych w Nowym Jorku.
Wielu miejskich działaczy, liderów, związkowców, polityków i biznesmenów bierze pod uwagę trzy scenariusze: powstrzymania interwencji prezydenckiej, jej odroczenia albo zarządzania kryzysowego, gdyby taka nastąpiła. I są to scenariusze rozważane na poważnie. Sam sztab Mamdaniego zmobilizował około 200 prawników, by byli w gotowości do batalii prawnej o niezależność miasta.
Przyjęta nieformalnie strategia polega przede wszystkim na niedawaniu pretekstu do interwencji, czyli pilnowaniu, by w mieście nie doszło do zamieszek, wybuchów agresji i by wskaźniki przestępczości spadały. Pokojowy, utrzymany w pozytywnej, pełnej dowcipu atmosferze protest No Kings był pod tym względem wzorowy.
Trwa batalia wizerunkowa - Nowy Jork chce się pokazać jako miasto bezpieczne, impregnowane na oskarżenia, które dają Trumpowi pretekst do wprowadzenia oddziałów gwardyjskich czy agentów ICE, specjalizujących się w ochronie przed przestępczością transgraniczną i nielegalną imigracją.
I tak jak burmistrz San Francisco prosi wpływowych biznesmenów z Doliny Krzemowej, by odwodzili Trumpa od militaryzacji miasta, tak w Nowym Jorku uruchamiani są wszyscy - od duchownych po tytanów biznesu - którzy mogą zapewnić, że Wielkie Jabłko nie znajdzie się na celowniku prezydenta.
Trump grozi, że nie da pieniędzy
Jednak sam Mamdani to niewiadoma. Podczas gdy pani gubernator dwoi się i troi, by zażegnać kryzys lub być na niego gotową, to dość bojowe przemówienie burmistrza elekta w noc zwycięstwa odnowiło niepokój, że jego radykalne plany staną się iskrą, którą Trump wykorzysta.
A ponieważ Mamdani jeszcze urzędu nie objął, wszystkie dyskretne ustalenia toczą się póki co ze służbami administracji odchodzącego ze stanowiska Erica Adamsa. Jak miejskie służby i weterani nowojorskiego aktywizmu dogadają się z Mamdanim i jego ekipą - nie wie nikt, bo 34-latek jest w polityce zupełnie nowy.
Rok temu sondaże dawały mu jeden proc. szans na zwycięstwo, a on sam na dzień, w którym zwyciężył demokratyczne prawybory, nie miał nawet gotowej przemowy. Teraz zapowiedział, że otoczy się działaczami doświadczonymi i zupełnie nieznanymi, ale zdeterminowanymi, by pracować na rzecz miasta.
Co aktualnie robi Mamdani i jego zespół przejściowy? Jak twierdzi przyszły burmistrz, szykują się do wdrożenia najbardziej ambitnego planu reform od dekad. Na najbliższe współpracowniczki wybrał pięć kobiet, to one mają budować skład nowego ratusza.
Mamdani zapewnia, że znajdzie pieniądze na spełnienie wyborczych obietnic. Już wiemy, że nie sfinansuje ich z podwyższania podatków. A kolejna kłoda już majaczy na horyzoncie. Czy budżet miasta zostanie obniżony o fundusze federalne, czyli jakieś 7,4 mld dolarów? To realne ryzyko, bo Trump wielokrotnie powtarzał, że jeśli Mamdani wygra, on zahamuje transfer finansów do miasta.
Nowojorczycy zdecydowali. Wiedzieli, że ryzykują bezpośredni konflikt. A teraz szykują się na duże zmiany, a także na solidne turbulencje. Naprzeciw dobiegającego osiemdziesiątki potentata i prezydenta z Queens, mówiącego prosto i dosadnie, staje dorastający w tej samej dzielnicy, elokwentny i pełen wdzięku młody prawnik. Niczym Dawid przed Goliatem. Poprawia nieodłączny krawat, uśmiecha się i mówi, że nie cofnie się o krok.
1 stycznia obejmie urząd. Dopiero wtedy się zacznie.
Paulina Wilk















