Reklama

Reklama

Chleb podrożał o 500 proc., a burger stał się dobrem luksusowym. Inflacja pożera Turcję

- Jeśli spojrzymy na ceny w Turcji, to McDonald's nie jest już fast foodem, tylko prestiżową restauracją. Tak kończy się zabawa polityków gospodarką dla własnych celów - mówi w rozmowie z Interią Adam Michalski, analityk ds. Turcji z Ośrodka Studiów Wschodnich (OSW).

Łukasz Rogojsz, Interia: Turcja przypomina dzisiaj Polskę z początku lat 90. Inflacja na poziomie niemal 79 proc. oznacza spiralę cenowo-płacową. Ekonomiści mogą powiedzieć: a nie mówiliśmy.

Adam Michalski: - Tym bardziej, że trend inflacyjny jest rosnący. Dane tureckiego odpowiednika GUS-u pokazują, że w maju inflacja podskoczyła z 70 do 73,5 proc., a w czerwcu już do ponad 78,5, czyli o ponad 5 pkt proc. Widzimy więc, że kryzys, który na dobre rozpędził się w grudniu ubiegłego roku - inflacja podskoczyła wówczas miesiąc do miesiąca o 20 pkt proc. - nadal przyspiesza. Jest to tym ciekawsze, że Turcja jest obecnie poza sezonem grzewczym, który jest okresem mocno inflacyjnym ze względu na uzależnienie Turcji od importu ropy i gazu.

Reklama

Czyli prawdziwą skalę problemu zobaczymy dopiero jesienią?

- Tak. Najprawdopodobniej, jesienią wysokie ceny ogrzewania spowodują, że skoki inflacji będą jeszcze większe a sytuacja tylko się pogorszy.

Turcja z najwyższą inflacją od 1998 roku - czytaj w serwisie Biznes!

Sama inflacja to tylko część problemu. Druga strona medalu to historycznie słaba lira, co dla kraju opierającego się na imporcie większości produktów jest fatalną wiadomością.

- To jest właśnie esencja nowej odsłony kryzysu gospodarczego, który obserwujemy od mniej więcej ośmiu lat, a więc inflacja napędzana gwałtownym spadkiem wartości liry. Obecnie za jednego dolara płaci się około 17,2 liry, co jest niemal równe z rekordem z grudnia ubiegłego roku, gdy za dolara płacono 18 lir. Efekt jest taki, że rząd i tureckie firmy za te same kwoty w tureckich lirach nie są w stanie kupować tej samej ilości produktów co kiedyś, a te, które trafiają na turecki rynek są znacznie droższe niż jeszcze parę miesięcy temu.

Tłumacząc się z przyczyn tak głębokiego kryzysu turecki rząd jednym tchem wymienia wojnę w Ukrainie oraz rosnące ceny energii i żywności. Co z odpowiedzialnością samego rządu i tureckiego banku centralnego?

- Tak kończy się zabawa polityków gospodarką dla własnych celów. Rząd Erdogana prowadzi proinflacyjną politykę ze względu na zaplanowane na późną wiosnę przyszłego roku wybory parlamentarne i prezydenckie. Gdyby tureckie władze podniosły dziś stopy procentowe, zdławiłyby turecki biznes i wepchnęły w nędzę miliony obywateli, którzy nie byliby chociażby w stanie spłacać rat za domy i mieszkania. Pamiętajmy też, że zaplecze polityczne ekipy rządzącej opiera się na sektorze budowlanym, z którym powiązany jest cały szereg innych branż. Krach tego sektora posłałby na dno nie tylko turecką gospodarkę, ale i nowe elity prorządowe.

Teraz Erdogan myśli o wyborach, ale przecież ten kryzys rozpędzał się od lat, swoją kulminację mając w ostatnich kilkunastu miesiącach. Dlaczego nie zareagowali wcześniej?

- Interweniowali, a raczej próbowali interweniować, tyle że nieskutecznie. Gdy ministrem finansów był zięć Erdogana Berat Albayrak, resort wyłożył wszystkie oszczędności banku centralnego w celu podtrzymania wartości liry. Podniesiono wówczas także stopy procentowe. Zabiegi zięcia Erdogana pomogły na chwilę, ale szybko skończyły się rezerwy walutowe i turecki bank centralny nie mógł dalej sztucznie podtrzymywać wartości liry. Rząd musiał więc znaleźć inną odpowiedź na narastający kryzys.

Widzimy, że nie znalazł.

- Nie znalazł, powstała panika na rynku tureckim i międzynarodowym. Wiele firm zaczęło przewalutowywać swoje oszczędności z liry na dolara, co dodatkowo napędziło spadek wartości tureckiej waluty, a w ostatecznym rozrachunku podbiło i tak już wysoką inflację.

Podwójne wybory w Turcji dopiero w czerwcu przyszłego roku, jeżeli dotrzymany zostanie ich konstytucyjny termin. Rządowi Erdogana uda się przetrwać prawie rok w takiej sytuacji?

- To pytanie, które zadają sobie w Turcji wszyscy, na czele z opozycją i samym rządem. Ekipa Erdogana eksperymentowała już z wieloma pomyślani, które miały na celu choćby spowolnienie szalejącej inflacji. Próbowali m.in. nakłonić obywateli do składania w bankach oszczędności w lirach, a tym samym zwiększania rezerw sektora finansowego. Ale mimo licznych prób na razie żadne zabiegi nie przyniosły pożądanych efektów.

To od czego zależy, czy ekipa Erdogana dotrwa do konstytucyjnego terminu wyborów?

- Od tego, jaką Turcję czeka jesień i zima, a więc sezon grzewczy. W tym roku zima była bardzo sroga, a Stambuł przez długi czas był zasypany śniegiem, wciągając gaz niczym czarna dziura, tym samym nabijając potężne rachunki za importowane surowce energetyczne, a w rezultacie podbijając inflację. Jeśli nadchodząca zima będzie podobna, Erdogan raczej nie dotrwa do wyborów. Dlatego większość analityków uważa, że scenariusz przedterminowych wyborów jest wielce prawdopodobny. Erdogan będzie chciał je przeprowadzić, zanim sytuacja kompletnie wymknie mu się z rąk i nie będzie już czego ratować.

Zwłaszcza że już teraz partia Erdogana ma rekordowo słabe sondaże, chociaż wciąż w nich prowadzi.

- Faktem jest, że największa siła opozycyjna, czyli Republikańska Partia Ludowa, w sondażach bardzo mocno depcze już po piętach Partii Sprawiedliwości i Rozwoju Erdogana, na której skupia się gniew ubożejącego tureckiego społeczeństwa. Inflacja pożera nie tylko tureckie pieniądze, ale również wypracowywany przez dwie dekady kapitał polityczny Erdogana. Polityczny krajobraz Turcji powoli zaczyna się zmieniać.

Przecież mówimy o państwie autorytarnym, jeśli nie o dyktaturze. Rządzący naprawdę mają się czego obawiać, sondażowe poparcie musi ich obchodzić?

- Mówimy nie tylko o autorytaryzmie, ale o autorytarnym systemie prezydenckim, gdzie wszystkie najważniejsze kompetencje są w rękach prezydenta. To dzisiaj w zasadzie jedyny pozostały w rękach Erdogana atut. Jednak bardzo symboliczne jest to, że nawet w sondażach prezydenckich urzędująca głowa państwa przegrywa 20 pkt proc. z najpopularniejszym kandydatem opozycji. Kandydatem, który koniec końców pewnie w wyborach nie wystartuje, jednak różnica poparcia jest znamienna.

Zapytam wprost: Erdogan może stracić władzę czy nie?

- Wszystko zależy od dwóch czynników. Po pierwsze, jak ostry będzie w kolejnych miesiącach kryzys gospodarczy, w którym pogrążona jest turecka gospodarka. Po drugie, czy opozycja zdoła się zjednoczyć i wystawić wspólnego kandydata w wyborach prezydenckich. Żeby przejąć władzę, opozycja potrzebuje i w wyborach prezydenckich, i parlamentarnych wyraźnego, bezspornego zwycięstwa, a nie zwycięstwa o włos. Zresztą nawet pokonany Erdogan mógłby rządzić Turcją z tylnego siedzenia. Po dwóch dekadach u władzy ma pod kontrolą całe państwo, ze wszystkimi jego urzędami, instytucjami i służbami. Jednak jeśli Erdogan uzna, że zagrożenie porażką jest realne, rozpisze wcześniejsze wybory, żeby ratować tyle, ile uratować się jeszcze uda.

Wszystko zależy od odpowiedzi na kryzys gospodarczy. W zeszłym roku rządzący opracowali Nowy Model Ekonomiczny (NME), czyli de facto strategię pozwalającą politykom centralnie sterować turecką gospodarką. Do tego zmieniali prezesów banku centralnego jak rękawiczki, byle tylko utrzymać stopy procentowe wielokrotnie poniżej poziomu inflacji. Mimo tego, kryzysu opanować się nie udało.

- Niższe stopy procentowe to jeden z fundamentów ogłoszonego w grudniu NME. Natomiast najważniejszym założeniem tego programu było to, żeby używając słabej tureckiej liry, a więc podnosząc konkurencyjność tureckich produktów na zewnątrz, wygenerować nadwyżki eksportowe, którymi rząd finansowałby deficyt budżetu państwa - przy okazji zwalczając deficyt na rachunku bieżącym. Nie udało się, ponieważ lira okazała się zbyt słaba, a tureckie uzależnienie od importu zbyt duże i kosztowne.

- Podam panu przykład. Powiedzmy, że robimy pralkę. Turcja potrzebuje nie tylko metalu do jej wykonania, ale też płyty PCB z procesorem, która będzie obsługiwać oprogramowanie. To wszystko podrożało do tego stopnia, że Turcja nie była w stanie produkować takiej liczby pralek, żeby móc generować w ten sposób zyski. Mówiąc wprost: komponenty potrzebne do budowy takiej pralki okazały się zbyt drogie.

NME wydawał się ostatnią deską ratunku dla tureckiego rządu. Czy w takim razie ktokolwiek w Turcji ma plan albo chociaż pomysł, co dalej z gospodarką, co po wyborach?

- Na razie rząd i bank centralny próbują zmusić Turków, którzy mają bardzo dużo oszczędności w złocie i dolarach schowanych w skarpecie pod umownym "materacem", żeby wyciągnęli te środki i umieścili je w bankach.

Łatwo nie będzie. Zaufanie do państwowych instytucji finansowych w takich sytuacjach upada jako pierwsze.

- To prawda, ale pewne kroki ku temu już zostały podjęte. W grudniu Erdogan ogłosił specjalny "deposit scheme", który miał nakłonić Turków, żeby składali swoje oszczędności w lirach do banków. Państwo gwarantowało im, że będą mieć nie tylko zysk z oprocentowania, ale że jakikolwiek spadek wartości liry względem dolara zostanie zrekompensowany z tureckiego budżetu. Ten zabieg wygenerował 40 mld dol., tyle pieniędzy wpłynęło od Turków w ramach tego programu.

Wyczuwam jakieś "ale".

- Oczywiście. Program startował, kiedy za jednego dolara płacono ok. 13,5 liry, dzisiaj jest to już ponad 17 lir, a kurs tureckiej waluty nadal spada. Mówiąc wprost: depozyty złożone przez Turków już straciły na wartości i państwo musi do nich dopłacać. Tym sposobem turecki bank centralny nie tylko musi znaleźć na tę dopłatę środki, ale znowu musi rozpocząć poszukiwania funduszy pozwalających umocnić kurs liry.

Ktoś w rządzie ma na to odpowiedź?

- Tych odpowiedzi jest coraz mniej i są jeszcze bardziej desperackie. Pod koniec czerwca powstał nowy plan, mający ograniczyć dostęp do korzystnie oprocentowanych państwowych pożyczek dla firm, które posiadają zbyt dużą część swoich oszczędności w dolarach. Ma to pozwolić uzupełnić rezerwy sektora finansowego, w tym banku centralnego, i wzmocnić kurs liry. Jeżeli firmy się na to nie zgodzą, nie będą mogły ubiegać się o pożyczki od państwa. A pożyczki państwa są oprocentowane na poziomie dwudziestu paru procent przy inflacji ponad 78 proc., więc interes dla firm jest tutaj oczywisty.

Tureckie firmy na to poszły?

- Na razie jest zbyt wcześnie, żeby ocenić całość programu, ale pierwsze kilkanaście dni programu nie zwiastują sukcesu. W Turcji coraz częściej podnoszone jest więc pytanie, co jeszcze można zrobić i czy w przysłowiowym kapeluszu magika został jeszcze jakiś królik do wyciągnięcia? Na ten moment to wykracza już poza tradycyjną politykę gospodarczą, przypomina to raczej szukanie igły w stogu siana.

Co z poziomem makro? Turcja Erdogana od dwóch dekada swój model gospodarczy opiera na wysokim wskaźniku inwestycji, stymulowaniu wzrostu gospodarczego, ale też rosnącym zadłużeniu zagranicznym. Nikt dzisiaj nie kwestionuje tej drogi, nie mówi o konieczności zmiany?

- Takie pytanie zakłada dużą autonomię przynajmniej politycznej myśli gospodarczej w Turcji. Tego nie ma, wszystko kontroluje władza, a jej celem jest wygrana w nadchodzących wyborach. Erdogan to widzi, ale nie może się teraz poddać. Gdyby zaczął realnie działać w celu ratowania tureckiej gospodarki, np. podnosząc stopy procentowe, to straciłby poparcie Turków, bo znacząco pogorszyłoby to sytuację materialno-bytową obywateli w stosunku do tego, co jest teraz. A to poparcie jest dzisiaj dla Erdogana najważniejsze, więc wykonuje kolejne ruchy pozorowane, które raczej nie mają szans przynieść jakiegokolwiek rezultatu w walce z kryzysem.

Turcy nie widzą, że jest źle, a będzie tylko gorzej? Nie oczekują reakcji? Dane tureckiego odpowiednika GUS-u są porażające - transport rok do roku podrożał o 123 proc., a żywność i napoje niealkoholowe o 94. Co jeszcze stało się de facto dobrem luksusowym?

- Przede wszystkim elektronika, bo to rzecz, którą Turcja masowo importuje. Słynne iPhone'y podrożały parokrotnie. Wszystko, co ma mikroprocesory, chipy poszło mocno w górę. Mocno ucierpiał też sektor budowlany, który odpowiada za mniej więcej 8 proc. tureckiego PKB i jest politycznym zapleczem rządzących, a dzisiaj jest de facto niewypłacalny.

- Przeciętni Turcy obecną sytuację odczuwają też na swoich talerzach. W 2020 roku 250g chleba kosztowało około 1 liry. W ubiegłym roku to były już 2 liry. Teraz to 5 lir, a byłoby więcej, gdyby rząd odgórnie nie wprowadził ceny maksymalnej kilograma chleba wynoszącej 20 lir. Ekipa Erdogana stosuje takie "działania pomocowe" na wielu polach, żeby obywatele jak najmniej odczuli skutki kryzysu, tyle że patrząc całościowo są to działania mocno proinflacyjne.

Jeśli kawałek chleba podrożał w ciągu dwóch lat o 500 proc., to z czego jeszcze Turcy musieli zrezygnować z powodu rosnących cen?

- Jeżeli chodzi o żywność, to rzeczy, które importują. Przede wszystkim czerwone mięso. Dzisiaj jest to produkt cenowo niedostępny dla przeciętnego Turka.

Prawdziwy hamburger jest dzisiaj w Turcji wyznacznikiem statusu społecznego?

- Tak. Doszło do tego, że jeśli spojrzymy na ceny, to McDonald's nie jest już fast foodem, tylko prestiżową restauracją. A żeby utrzymać swój masowy charakter tego typu miejsca muszą kombinować, jak zrobić tego umownego kotleta, jednocześnie utrzymując najniższą możliwą cenę. To oznacza rezygnowanie z jakości - dodawanie mąki czy chleba i mniejszej ilości mięsa. Spada jednak nie tylko jakość potraw, ale również ich wielkość. Słynny turecki iskender kebap - cienko krojone mięso, położone na chlebie, polane sosem pomidorowym i rozpuszczonym masłem - jest o połowę mniejszy niż jeszcze na początku zeszłego roku, ale cena jest taka sama jak za większą porcję kiedyś.

Jak mocno zubożało już w wyniku tego kryzysu tureckie społeczeństwo? Turcy w ostatnich dwóch dekadach konsekwentnie się bogacili, więc obecny kryzys musi być dla nich tym większym szokiem.

- Zdecydowanie tak. Widać to chociażby po korzystaniu z infrastruktury, którą ekipa rządząca uwielbia się chwalić. Budowanymi na potęgę przez Erdogana drogami jeździ coraz mniej osób, bo mało kogo stać na benzynę. Jeżdżenie samochodem stało się luksusem.

- Erdogan stara się zachowywać pozory. W ciągu pół roku podniósł płacę minimalną z 2,7 czy 2,8 tys. lir do 5,5 tys. lir. Rzecz w tym, że w czerwcu turecki odpowiednik GUS-u oszacował próg głodu na 6,5 tys. lir, a więc wyraźnie powyżej płacy minimalnej. Oczywiście, inne są koszty życia w wielkich miastach niż na prowincji, gdzie te 5,5 tys. lir wystarcza jeszcze do przeżycia. Niemniej, jeśli ktoś dostaje płacę minimalną w mieście - gdzie żyje około 75 proc. tureckiego społeczeństwa - a próg głodu jest o tysiąc lir wyższy, to proszę sobie wyobrazić, jaka jest sytuacja tureckiego społeczeństwa. A w moim przekonaniu będzie jeszcze gorzej, bo kryzys przyspiesza.

***

Adam Michalski - analityk ds. Turcji w Ośrodku Studiów Wschodnich; absolwent University College London (MSc Security Studies) i The London School of Economics and Political Science (MSc International Relations); zdobywał doświadczenie analityczne w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji (MSWIA), Wise Men Centre for Strategic Studies (BILGESAM) i ostatecznie w Istanbul Policy Centre (IPC); oprócz Turcji specjalizuje się w krytycznej teorii stosunków międzynarodowych (Critical Theory) oraz zagadnieniach nacjonalizmu i socjologii historycznej

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy