Reklama

Reklama

Byłam w Berlinie. Nigdy nie widziałam tak małej liczby turystów

Kilkanaście osób przed Bramą Brandenburską, dwóch młodych chłopców robiących zdjęcia przy Checkpoint Charlie, statek wycieczkowy po Sprewie zajęty zaledwie w jednej czwartej, czy pusta stacja metra na imprezowym Kreuzbergu - tym ostatnio przywitał mnie Berlin. Zaskakuje to tym bardziej, że mieszkańcy tego miasta mówią: "Zazwyczaj tak to u nas nie wygląda".

Stolicę Niemiec odwiedzam regularnie od pięciu lat. Jej uroki - te bardziej i mniej turystyczne, z naciskiem na mniej - pokazali mi ludzie żyjący tam od ponad dwóch dekad. Zatłoczony U-Bahn? To norma. Liczne grupy turystów przechadzających się przy East Side Gallery, podziwiając malunki na przeniesionych fragmentach Muru Berlińskiego? Codzienność. Tereny tuż nad Sprewą? Pełne. 

Schöneberg - dzielnica artystów

Tym razem było inaczej.

Na miejsce docieram w czwartek. Dziwię się już na dworcu głównym - Berlin Hauptbahnhof. Ludzie, owszem, są, ale słychać głównie język niemiecki. Nie ma ich też tylu, co zwykle. 

Reklama

Nie przeciskam się przez tłum. Idę swobodnie, czasem prawie pustymi alejkami. Podobnie na zewnątrz - podróżni czekają spokojnie, łącznie może kilkadziesiąt osób.

Kupuję bilet miesięczny za dziewięć euro. To specjalna promocja wprowadzona od czerwca do końca sierpnia w całych Niemczech, również dla obcokrajowców. Mogę bez limitu korzystać z komunikacji miejskiej, aglomeracyjnej i regionalnej.

Wsiadam w S-Bahn w kierunku dzielnicy Schöneberg. To przy tamtejszym ratuszu John F. Kennedy wygłosił w 1963 roku słynne przemówienie zwieńczone hasłem "Ich bin ein Berliner" ("Jestem berlińczykiem - red.). W latach 80. w USA uważano, że prezydent Stanów Zjednoczonych ośmieszył się, używając niepoprawnie niemieckiej gramatyki, przez co zdanie to mogło zostać zrozumiane jako "Jestem berlińskim pączkiem". To nieprawda, choć w mieście do tej pory znajdziemy magnesy ze zdjęciem tej słodkości oraz wspomnianym sloganem.

Schöneberg zamieszkiwany był i jest przez wielu artystów, pisarzy różnych narodowości. Przy Hauptstraße 155 przez kilka lat żył David Bowie. Dzielnica ta to wiele pięknych kamienic, kawiarni i restauracji z daniami z całego świata. Wysiadam na przystanku Friedenau. Znów - pojedynczy ludzie, głównie okoliczni mieszkańcy wracający z pracy. Idąc kolejnymi przecznicami, nie widzę turystów, raczej starszych Niemców ciągnących wózki z zakupami.

Berlin. Wannsee - jezioro jak z serialu Ozark

Niedaleko od miejsca mojego noclegu jest jezioro Wannsee. Znów wsiadam w S-Bahn i docieram tam po kilkunastu minutach. Na plaży, w domkach letniskowych, ogrodach oraz na licznych łódkach wypoczywa zazwyczaj sporo osób, choć miejsce to - historycznie - kojarzy się negatywnie. W jednej z willi 20 stycznia 1942 roku członkowie rządu III Rzeszy uzgodnili projekt "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej". Krótko mówiąc - to tam naziści zaplanowali Holokaust.

Decyduję się na dwugodzinny rejs po okolicy. Obłożenie statku na około sto miejsc? Połowa. Głównie Niemcy, choć słychać też francuski i ukraiński.

Wieczorem wybieram stricte turystyczne zakątki. Linią S2 jadę pod Bramę Brandenburską. Wysiadam stację wcześniej - na Potsdamer Platz, teoretycznie jednym z największych i najbardziej ruchliwych rejonów miasta. Podziemnym przejściem (sama, nie ma nikogo) idę do Sony Center, futurystycznego kompleksu budynków. Są tam sklepy, restauracje, centra konferencyjne, kino, biura, muzea, pokoje hotelowe. Zazwyczaj jest tam tłoczno. Taki obraz pamiętam choćby z 2017 roku. Dziś? Ogródki restauracyjne pełne w połowie, przy fontannie kilka osób.

Opustoszałe rejony Bramy Brandenburskiej

Praktycznie pustymi ulicami docieram do Bramy Brandenburskiej. Wcześniej, co prawda, przez chwilę padał deszcz, jednak temperatura wciąż była letnia. Przeżywam szok. Wokół kręci się - góra - kilkudziesięciu turystów

Jak oni pozuję do zdjęcia i idę dalej (znów pustymi przecznicami), do Checkpoint Charlie - w okresie zimnej wojny jednego z najbardziej znanych przejść granicznych między NRD a Berlinem Zachodnim. Za każdym razem widziałam tam tłumy wycieczek. Teraz przy słynnej budce "sesję fotograficzną" robi dwóch młodych mężczyzn. Poza nimi jestem tam jedyną osobą.

Kolejny dzień, piątek. Dziś w planie Zoologischer Garten. Bilety kupuję wcześniej przez internet, więc nie stoję w kolejce. Jednak nawet gdybym chciała, nie zajęłoby mi to dłużej niż pięć minut. Przed kasami zgromadziło się maksymalnie dwadzieścia osób.

Alejki i kolejne wybiegi? Praktycznie puste. Czasem obserwuję zwierzęta sama. Czasem dołączają jedna, dwie rodziny z dziećmi.

Niedaleko zoo jest Kościół Pamięci. To tam, podczas jarmarku bożonarodzeniowego w 2016 roku, doszło do ataku terrorystycznego. Zamachowiec wjechał w tłum ciężarówką. Zginęło 13 osób, w tym Polak. W okolicy spaceruje niewielu ludzi - głównie Niemcy.

Wracając, przesiadam się na Wittenbergplatz, wokół którego koncentruje się wielkomiejskie życie. Stacja metra? Po mojej stronie, w kierunku Pankow, ja i jedna kobieta. Po drugiej - około 10 podróżnych.

Na obiad wybieram kultowy już Thai Park - azjatycki streetfood serwowany w Preußenpark od piątku do niedzieli. Linią U3 jadę na Fehrbelliner Platz. W myślach przygotowuję się na ogromne kolejki, w końcu jest piątkowe popołudnie, środek wakacji. Z tym też zawsze kojarzę to miejsce. Nawet w ubiegłym roku, gdy Niemcy zmagały się z kolejną falą pandemii.

Znów zaskoczenie. Na miejscu - wiele wolnej, zielonej przestrzeni. Do żadnego ze stoisk nie ma kolejki. Pojedyncze grupki spożywają pierożki, pad thaie i inne egzotyczne potrawy oraz desery.

Alex mnie zaskoczył

Sobotę zaczynam wycieczką do Schloss Charlottenburg - zespołu pałacowo-parkowego, jednego z najpiękniejszych w Berlinie, położonego tuż przy Sprewie. Miejsce to odwiedziłam ostatni raz w 2017 roku. Pamiętam duże grupy turystów, rodziny z dziećmi i spacerowiczów z psami. Teraz żwirowe alejki w ogrodach oraz przestrzeń przed pałacem są praktycznie puste.

Po odpoczynku na trawie obieram kierunek Alexanderplatz (berlińczycy nazywają go "Alex"). "Ówczesne centrum wschodniego Berlina musi być zatłoczone tak, jak zwykle" - powtarzam w myślach. Nigdy nie lubiłam tam chodzić właśnie ze względu na ścisk i licznych kieszonkowców.

Co widzę, dojeżdżając na miejsce? O połowę mniej osób niż zwykle. Nie zmieniło się tylko jedno - kolejki do Primarka.

Podobne przerzedzenie? Przy pobliskiej fontannie i Rotes Rathaus.

Wieczorem trafiam na Kreuzberg - multikulturową, tętniącą nocnym życiem (ze wszystkimi jego aspektami) dzielnicę miasta. Wysiadam na Görlitzer Bahnhof (po berlińsku: "Görli" - park nieopodal, miejsce nieodzownie kojarzące się z handlem narkotykami). Oprócz kilku dilerów i zapachu moczu pomieszanego z alkoholem "witają mnie" opustoszałe rejony stacji.

Inaczej, gdy przejdziemy kilkadziesiąt metrów. Wtedy - z każdym kolejnym krokiem - robi się gęściej. Ale - znów - pamiętam o wiele głośniejszy Kreuzberg.

Mur Berliński. Odgradzał dwa światy

Niedziela - ostatni dzień mojego pobytu. Jadę do Mauerparku na Prenzlauer Bergu. To okolica dawnej granicy między Berlinem Wschodnim a Zachodnim. W każdą niedzielę odbywa się tam pchli targ. Można też zjeść przysmaki z różnych krańców świata oraz przejrzeć prace rękodzielników oraz młodych projektantów.

Nie jestem nawet zdziwiona tym, że nie ma tłumów. Owszem, nie nazwałabym tego pustką, ale w moich wspomnieniach na tym terenie jest tak ciasno, że muszę się przeciskać między uczestnikami eventu.

Tym razem mogę spokojnie usiąść na ławce i poczytać książkę.

Odwiedzam też Gedenkstätte Berliner Mauer - miejsce pamięci podziału Niemiec - przy pobliskiej ulicy Bernauer Straße. To wzdłuż niej w latach 1961-1989 przebiegał Mur Berliński. Razem z grupą Amerykanów oglądam pomnik ze zdjęciami ofiar poległych podczas prób ucieczki do zachodniej części miasta. 

W tym ważnym dla stolicy Niemiec miejscu - oprócz wspomnianych mieszkańców USA - dostrzegam jeszcze jedną małą grupę i kilku innych turystów. Moja poprzednia wizyta tu (nikogo to już nie zaskoczy) odbyła się przy udziale wielu, wielu zwiedzających.

"Musiałaś być w innym mieście"

Zmierzając bulwarami nad Sprewą w kierunku Berlin Hauptbahnhof, mijam Bundestag. Przy budynku widzę kilkunastu turystów.

Za moment płynie wycieczkowy statek. Zaznaczę, że pogoda iście letnia - bezchmurne niebo, pełne słońce. Uczestnicy rejsu zajmują - co najwyżej - jedna czwarta miejsc.

Do pociągu do stacji Warszawa Centralna wsiadam o 15:41. W międzyczasie piszę o moich refleksjach do kilku znajomych berlińczyków. Na dowód załączam zdjęcia. "Musiałaś chyba być w innym mieście, to niemożliwe" - odpowiadają zgodnie, dziwiąc się i zastanawiając, gdzie zniknęli turyści.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy