- Niech 23 czerwca przejdzie do historii jako nasz Dzień Niepodległości! - apelował dokładnie dekadę temu, w nocy z 23 na 24 czerwca, Nigel Farage, jeden z ojców brexitu. Nad ranem, nazajutrz po referendum, zagrzewał rodaków: - Miejcie odwagę marzyć, że świt wstaje nad niepodległym Zjednoczonym Królestwem.
Zanim król brytyjskich eurosceptyków mógł świętować swój największy polityczny triumf, on i jemu podobni obiecywali Brytyjczykom złote góry. Najgłośniejszą z obietnic było odzyskanie 350 mln funtów tygodniowo, które miały zasilić brytyjski system publicznej ochrony zdrowia.
Brytyjczycy słyszeli też, że po wyjściu z Unii Europejskiej ich kraj zacznie wreszcie prowadzić niezależną politykę handlową i podpisywać lukratywne umowy z globalnymi partnerami. Opuszczenie unijnego wspólnego rynku i zablokowanie swobodnego przepływu osób miało również stanowić remedium na migrację i poprawić położenie brytyjskich pracowników (m.in. poprzez podwyżkę wynagrodzeń).
"Podatek" za brexit: nawet 100 mld funtów rocznie
Liczne analizy, raporty i dane statystyczne, podsumowujące dekadę od referendum brexitowego, nie zostawiają suchej nitki na rzucanych przez brexiterów szumnych obietnicach. Czy Wielka Brytania odzyskała swoją składkę członkowską, która tuż przed referendum wynosiła 12,9 mld funtów rocznie? Tak, oczywiście. Czy składające się na tę kwotę 350 mln funtów tygodniowo rzeczywiście zasiliło brytyjską publiczną ochronę zdrowia? Bynajmniej.
To, o czym brexiterzy rodakom nie powiedzieli, to koszty w skali makro, które brytyjska gospodarka musiała ponieść wskutek rozwodu z Unią Europejską. Bo chociaż Wielka Brytania z UE wyszła, to nadal utrzymuje z Unią relacje handlowe. Tyle że na dużo gorszych zasadach i bez prawa głosu, co do kierunku unijnej polityki.

Rozwód z UE pokazał, jak silnie brytyjska gospodarka była sprzęgnięta ze wspólnym, unijnym rynkiem. Co ważne, nie była to relacja zbilansowana - to brytyjska gospodarka potrzebowała unijnego rynku dużo bardziej niż unijny rynek Wielkiej Brytanii. Tylko w 2025 roku Londyn odnotował deficyt handlowy z Brukselą na poziomie 88 mld funtów (eksport - 384 mld funtów, import - 472 mld). Jeśli spojrzymy tylko na wymianę towarów, to deficyt był niemal dwukrotnie większy i wyniósł ponad 163 mld funtów.
Nic dziwnego, że według wyliczeń podległego Ministerstwu Skarbu Biura Odpowiedzialności Budżetowej (OBR) brytyjski budżet na brexicie traci co roku od 75 do 100 mld funtów. Dla porównania: to od 5,8 do 7,7 razy tyle, ile wynosiła brytyjska składka do unijnego budżetu.
Opuszczenie UE uderzyło też w brytyjski PKB. Z wyliczeń analityków Banku Anglii wynika, że brexit przełożył się na skumulowany 6 proc. spadek produktu krajowego brutto Wielkiej Brytanii. Amerykańskie Narodowe Biuro Badań Ekonomicznych (NBER) szacuje, że spadek był jeszcze większy i mógł dobić nawet do 8 proc. W równym stopniu odpowiadają za to geopolityczny szok i gospodarcza niepewność w okresie po referendum oraz w czasie negocjacji z Unią Europejską dotyczących warunków wyjścia z UE, jak również nieobecne wcześniej bariery celne, które pojawiły się, gdy Londyn opuścił unię celną i jednolity unijny rynek. Z podobnych powodów spadła też produktywność brytyjskiej gospodarki - tutaj strata wobec trajektorii sprzed brexitu wynosi około 4 proc.
Inne kluczowe wskaźniki ekonomiczne wcale nie są dla Brytyjczyków pomyślniejsze. W swoim czerwcowym raporcie "Ten years on: What next for UK-EU relations?" think tank UK in a Changing Europe pokazuje, że opuszczenie UE wyjątkowo mocno dotknęło brytyjski eksport, który w minionej dekadzie skurczył się aż o 10 do 15 proc. Biuro Odpowiedzialności Budżetowej wskazuje, że podobne albo nawet większe straty poniósł brytyjski import.
Uderzająca jest też asymetria kosztów, które z tytułu brexitu poniosły poszczególne gałęzie brytyjskiej gospodarki. Najdotkliwszy cios przyjął na siebie sektor rolno-spożywczy, którego eksport produktów na unijny rynek zmalał o niemal jedną trzecią (29 proc.) w stosunku do sytuacji sprzed brexitu.
Wyjątkowo mocno brexit odczuły też małe i średnie przedsiębiorstwa. W odróżnieniu od wielkich korporacji i koncernów nie sprostały m.in. rosnącym lawinowo kosztom administracyjnym i prawnym, a także niedoborowi rąk do pracy. Ekonomiczny magazyn "Global Banking & Finance Review" podaje, że po brexicie brytyjskie małe i średnie firmy zostały zmuszone do rocznych wydatków na poziomie 36 mld funtów na samą obsługę nowych barier biurokratycznych w relacjach z UE.
Inwestycyjna ziemia zakazana
Fikcją sprzedawaną przez brexiterów okazały się też argumenty o tym, że uwolniona od Unii Europejskiej Wielka Brytania stanie się potężnym globalnym graczem handlowym i szybko odbije sobie z nawiązką koszty brexitu.
Co prawda, po opuszczeniu UE Londyn zawarł całe mnóstwo bilateralnych umów handlowych, ale zdecydowana większość z nich (ponad 70, m.in. z Kanadą, Norwegią, Turcją czy Koreą Południową) była tak naprawdę odnowieniem warunków, które Wielka Brytania miała jako członek Unii Europejskiej. Nie przyniosły one Londynowi żadnych nowych, wymiernych korzyści.

Oczywiście brytyjski rząd podpisywał w minionych latach także nowe traktaty handlowe - m.in. z Australią, Nową Zelandią czy Stanami Zjednoczonymi. Chociaż znoszą one cła na wiele towarów, to w ocenie analityków rynku ich wpływ na brytyjski PKB pozostaje śladowy. Nawet akcesja do Kompleksowego i Postępowego Porozumienia na rzecz Partnerstwa Transpacyficznego nie okazała się przełomem. Ułatwienia w handlu z azjatyckimi rynkami są co prawda faktem, ale ich pozytywny wpływ na brytyjską gospodarkę niweluje znacząca odległość geograficzna od nowych partnerów z Azji i basenu Pacyfiku.
Fiasko nowej strategii handlowej najlepiej obrazują liczby - nowe umowy z globalnymi partnerami mają przynieść Wielkiej Brytanii wzrost PKB o mniej więcej 0,5 proc. W porównaniu do kosztów wynikających z opuszczenia UE (6-8 proc. PKB), o których pisaliśmy powyżej, jest to od 12 do 16 razy mniej.
Postbrexitowe ograniczenia dobitnie pokazuje też kryzys inwestycyjny, z którym zmaga się Wielka Brytania. Poziom inwestycji zagranicznych przedsiębiorstw na Wyspach Brytyjskich spadł po brexicie o 12-18 proc. Prawie co szósta inwestycja przemysłowa lub technologiczna została wycofana albo przeniesiona do Unii Europejskiej. Ekonomiści podają jeden, zasadniczy powód: Wielka Brytania nie jest już postrzegana jako bezpieczny rynek i anglojęzyczna brama do wspólnego unijnego rynku.
Chude lata brytyjskiego obywatela
Ojcowie brexitu zapewniali rodaków, że wyjście z Unii Europejskiej zatrzyma migrację, podniesie wynagrodzenia Brytyjczyków i korzystnie wpłynie na poziom ich stopy życiowej.
Zacznijmy od migracji. Założenie brexiterów było następujące: wyjście z UE pozwoli ukrócić napływ taniej siły roboczej z Unii, zwłaszcza z krajów tzw. nowej Unii, czyli m.in. Polski. Co więcej, poziom migracji netto miał spaść do mniej niż 100 tys. osób rocznie.
Jak wygląda postbrexitowa rzeczywistość? Napływ ludzi z UE rzeczywiście udało się zatrzymać. Według danych Office for National Statistics, na koniec 2025 roku Wielka Brytania miała ujemny bilans migracyjny z UE - Wyspy opuściło 118 tys. Europejczyków, a przyjechało zaledwie 76 tys. Rzecz w tym, że zwolnionych przez nich miejsc na rynku nie zajęli bezrobotni Brytyjczycy, ale głównie przybysze z Afryki i Azji. Tych tylko w 2025 roku przyjechało do Wielkiej Brytanii aż 627 tys., co stanowiło aż 77 proc. całej imigracji.
Chociaż na koniec 2025 roku, po gwałtownym zaostrzeniu przepisów, migracyjny bilans netto wyniósł 171 tys. osób i był najniższy od 2012 roku, to na Downing Street nie mają powodów do świętowania. To wciąż ponad dwie trzecie więcej, niż zakładał obiecany brexitowy limit (100 tys. osób). Ironia losu polega zaś na tym, że Wielką Brytanię opuściło w tym czasie niemal ćwierć miliona Brytyjczyków, przy zaledwie 110 tys. Brytyjczyków powracających do ojczyzny. Analitycy rynkowi i socjologowie nazwali tę sytuację "drenażem mózgów", bowiem Brytyjczycy wyjeżdżali głównie za pracą i lepszymi warunkami bytowymi. Dokąd się przenosili? Zwłaszcza do Australii, Kanady i... krajów UE.

Spełnionej brexitowej obietnicy próżno też szukać w wyższej stopie życiowej czy lepszych wynagrodzeniach brytyjskich pracowników. Rozległe koszty brexitu dla brytyjskiej gospodarki w połączeniu z pandemią koronawirusa, a następnie kryzysem energetycznym, sprawiły, że brytyjskie społeczeństwo od lat zmaga się z wysoką inflacją - na koniec 2022 roku osiągnęła rekordowe 11,1 proc., przy czym sam brexit miał odpowiadać za wzrost cen o 6-8 proc. - i rosnącymi kosztami życia. Chociaż aktualnie inflacja oscyluje w granicach 3 proc., to trudy minionych lat doprowadziły do zubożenia dużej części brytyjskich gospodarstw domowych.
Tych kosztów Brytyjczycy nie odbili sobie na wyższych wynagrodzeniach. Chociaż nominalnie płace rosną (w pierwszej połowie tego roku średnio o 3,4 proc.), to przez lata wzrost ten z dużą nawiązką "zjadała" inflacja. Aktualnie nadwyżka wzrostu wynagrodzeń nad poziomem inflacji wynosi między 0,1 a 0,6 proc. - to zdecydowanie zbyt mało, żeby dało Brytyjczykom zasłużony i odczuwalny oddech po wielu chudych latach.
Jednym z kluczowych haseł kampanii brexitowej było: "Chcę z powrotem mojego kraju!". Ironicznie można stwierdzić, że po dekadzie zdanie to jest jeszcze bardziej aktualne. Z tą różnicą, że Brytyjczycy chcą dzisiaj odzyskać kraj sprzed brexitu, a nie ten z wizji Nigela Farage'a i jego sojuszników.
















