Reklama

Reklama

Tragedia w Dziwnowie. Dziennikarze "Interwencji" rozmawiali ze znajomymi rodziny

Ponad tydzień od wypadku w Dziwnowie (woj. zachodniopomorskie) wciąż nie wiadomo, co było przyczyną tragicznego zdarzenia, w którym zginęła czteroosobowa rodzina. Pod uwagę brane są różne hipotezy - awaria pojazdu czy rozszerzone samobójstwo. Dziennikarze "Interwencji" rozmawiali ze znajomymi ofiar.

Do tragicznego wypadku w Dziwnowie doszło 28 lutego. Czteroosobowa rodzina ze Szczecina - 38-letnia Kamila P., 41-letni Dariusz P. oraz siedmioletnia Hania i trzyletni Filip - wjechali samochodem do kanału rzeki Dziwnej. Wszyscy zginęli. W pojeździe w momencie zdarzenia znajdował się także pies - on również utonął. Samochód prowadziła Kamila P.

"Interwencja" Polsatu dotarła do znajomych rodziny.

- Ojciec tu mieszka ze mną, to są fajni ludzie. Ja z jego matką pracowałam 20 lat w jednym zakładzie, no to przecież znam ich dzieci i wszystko. Ona z wnukami to wiecznie tam siedziała. Co jakiś czas jeździła - opowiadają sąsiedzi rodziny z Żabowa.

Reklama

- W sobotę byli u nich, a w niedzielę pojechali sobie tam. Oni jeździli nad morze zresztą zawsze - dodają.

Pan Dariusz prowadził w Szczecinie warsztat, był lakiernikiem. Jego żona miała niedługo wrócić do pracy po urlopie macierzyńskim. Mieszkali blisko szkoły, nie mieli problemów finansowych.

- Od początku tu mieszkali, dwójka dzieci za ścianą, a był spokój, cisza. Mam jak najlepsze zdanie o tej rodzinie - mówi w rozmowie z "Interwencją" sąsiad małżeństwa.

Czy to mogło być rozszerzone samobójstwo?

Prokuratura bada sprawę pod kątem nieumyślnego spowodowania wypadku. Jest kilka hipotez. Jedną jest awaria samochodu (na miejscu nie było śladów hamowania), drugą zasłabnięcie kobiety bądź nieuwaga. Ostatnią hipotezą jest rozszerzone samobójstwo. Ale z tą wersją nie zgadzają się rozmówcy "Interwencji".

- To były anioły. Żadnych konfliktów nie mieli, więc nawet trudno jest cokolwiek mówić. Ja słyszałam różne teorie: np. że to samobójstwo, ale na tyle, na ile znam Kamilę, takie rzeczy w ogóle nie wchodzą w grę. Ona to się tak cieszyła dziećmi, tym wszystkim. To była radość ze wszystkiego po prostu. Mój syn za każdym razem do nich leciał. Jest dla nas wszystkich szokiem to, co się stało - mówi przyjaciółka rodziny.

"Wyjątkowego pecha trzeba mieć"

"Interwencja" rozmawiała także z uczestnikami akcji ratunkowej.

- Dzisiaj możemy gdybać, ale można się uratować przy takim zjeździe do wody, to nie była duża prędkość, bo samochód nie odskoczył daleko od nabrzeża - mówi nurek Zbigniew Jeszka.

Inny dodaje: - Jeżeli ktoś jest przygotowany na taką sytuację, to jest w stanie to zrobić, wydostać się. Ale jeśli nagle uderzamy o taflę wody, to jest szok termiczny, tu jest wiele czynników, które działają źle na nasz organizm, naprawdę ciężko jest zrobić jakiś ruch.

Pani Beata, mieszkanka Dziwnowa, mówi: - Zakręt jest pod kątem 90 stopni. Jest murek, jest bojka do cumowania. Wyjątkowego pecha trzeba mieć, żeby się tutaj zmieścić. 

Więcej w materiale "Interwencji".

Wasze komentarze
No hate

Dodawanie komentarzy pod tym artykułem zostało wyłączone

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym, nasyconym nienawiścią komentarzom, niezależnie od wyrażanych poglądów. Jeśli widzisz komentarz w innych serwisach, który jest hejtem – wyślij nam zgłoszenie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje