Reklama

Reklama

Osierocone dzieci walczą z urzędnikami o mieszkanie po rodzicach

Urzędnicy chcą odebrać osieroconym dzieciom jedyną rzecz, jaka została im po rodzicach. Rodzeństwo walczy o mieszkanie, w którym się wychowywało.

Marta, Beata i Michał od lat żyją w rodzinie zastępczej. Ich ojciec zmarł w 2004, a matka w 2013 roku. Wtedy wujek, który opiekował się rodzeństwem, złożył w gminie (Chełm Gryficki w gminie Trzebiatów) wniosek o przyznanie mieszkania osieroconym dzieciom. Chodziło o lokal, w którym mieszkała ich matka, a który w rękach rodziny był od blisko 50 lat.

Reklama

- Jeszcze moi rodzice dostali to mieszkanie z urzędu miasta i gminy. Tam się wychowaliśmy, tam mieszkaliśmy, to wszystko działo się w tym domu - mówi Jan Kochański, wujek zajmujący się osieroconymi dziećmi.

Urzędnicy zdecydowali się przyznać dzieciom lokal. Ten jednak nie nadawał się do zamieszkania. Dzieci mieszkały u wujków, a ci regularnie prosili gminę, aby wyremontowała lokal. Niestety bez rezultatu. Rodzina też opłacała czynsz za mieszkanie - każdego miesiąca regulowała wszystkie rachunki.

- Jest krzywda robiona dzieciom, bo gdyby nie płaciły za to mieszkanie, nie starały się, niech urząd zrobi, co chce. Ale to mieszkanie jest przeznaczone dla nich, bo ja płacę co miesiąc, nie odkładam im na książeczki tych pieniążków, tylko płacę na mieszkanie - opowiada Zofia Kochańska, ciocia dzieci.

Po dwóch latach zwrócili się do gminy z prośbą o wycenę lokalu, gdyż chcieli wykupić go na własność. Zamiast wyceny otrzymali... wypowiedzenie umowy najmu. Urzędnicy powołali się na przepis, że lokal musi być zamieszkiwany. Gmina ignoruje argumenty, że stan mieszkania nie pozwalał na to, żeby w nim żyć.

"Nie wiem, co oni czują"

- To mieszkanie nie było w ogóle wyremontowane, chociaż chciałbym z tymi dziećmi tam przyjechać, czy coś, zamieszkać tam, w takich warunkach nie było to możliwe - opowiada wujek, Jan Kochański.

Rodzina wniosła do sądu o uznanie wypowiedzenia umowy za bezskuteczne. Wtedy gmina zdecydowała się wnieść o eksmisję dzieci. Aktualnie trwa sprawa, która ma rozstrzygnąć tę kwestię.

- Próbowałam ich w jakiś sposób zrozumieć, nie wiem, co oni czują, czy maja jakiś uraz do naszej rodziny. Bo ja sobie nie wyobrażam trójce sierot zabrać jedyną rzecz, jaką mają po rodzicach - mówi Marta Ptaszek.

Dzieci wspierane przez wujostwo walczą z urzędnikami o mieszkanie. Jak twierdzą, to ostatnia rzecz, która została im po rodzicach.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy